Właśnie hmm no czy bunt, wiesz różnie możesz to ocenić piszesz: "Wystarczy, ze bedziesz pisal wtedy, kiedy bedziesz mial taka potrzebe." mogę to rozumieć dwojako (conajmniej). Albo jako to, że ten wiersz mój uważasz, za cińki jak barszcz z torebki (nie będę podawał firmy barszczu bo regulamin zabrania;) i no z tym nie mogę dyskutować; popełniłem tutaj już chcbya z 50 wierszy albo więcej i niektóre się podobają bardziej, niektóre mniej, niektóre lubię, niektóre mniej. Zresztą zamierzam popełnić esej o sztuce, czy o dziele sztuki i wrażliwości estetycznej i tam co nieco rozjaśnie. Albo jest tak, że uznajesz mój wiersz jako bunt przeciwko szarości, bylejakości jednakowości, albo ogólnej, albo mojej osobistej. Wiesz jeżeli chodzi Ci o to drugie to nie jest tak, ja się nie martwię, nie buntuje w tym wierszu. Nie zrozum mnie źle ostatnio spotkałem się z Przyjaciółką ze studiów i doszło do mnie coś takiego (chociaż nie powiem, żeby to było jakieś pewne twierdzenie teza), że może być tak, że każdy człowiek nosi z sobą jakieś pytania czy jedno pytanie i to pytanie determinuje myślenie danej osoby. Przyjaciółka akurat nie mogła sobie wyobrazić świata bez Boga, mówiła, że jak nie ma Boga to to wszystko nie ma sensu. Ja natomiast starałem, się Jej powiedzieć, że to nasze teraz ma sens i ono jest naszą "Wiecznością" (była to bardzo fajna okoliczność bo akurat doszliśmy do wniosku, że znamy się od 10 lat, zjedliśmy kolację walneliśmy piwko niejedno). Właśnie i to piszę jako komentarz, ale to będzie też mój głos w sprawie teizmu i ateizmu. Jako filozof chcę sięgać wysoko, przyjaciółka też filozof. Ja jestem Agnostykiem, co to znaczy? To znaczy, że to nie jest moje pytanie polecam do przemyślenia aforyzm Leca: "A może mnie Bóg wybrał sobie na ateistę?". Warto się nad tym zastanowić. Właśnie dlaczego te dyskusje o Bogu są takie trudne? Przyjaciółka oczywiście ze swoim pytaniem do księdza nie pójdzie bo studia filozoficzne skutecznie leczą z teologii. Ja osobiście miałem kontakt na studiach z Profesorem Polakiem (Kiedy jeszcze był księdzem) i pojechałem kiedyś do Niego na rozmowę, badziałem się między Buddyzmem, a Chrześcijaństwem (zaraz wytłumaczę dlaczego nie jest to do końca związane z pytaniem o Boga bo to nie moje pytanie tylko z innym moim pytaniem). Myślałem tak, spytam się czy można być równocześnie Buddystą i Chrześcijaninem podejrzewałem, że odpowie, że nie. I teraz albo nagada mi głupot o Chrześcijaństwie i mnie nie przekona i zostanę Buddystą, albo przekona mnie do Chrześcijaństwa. No i co ? Wlaśnie Węcławski odpowiedział, że można być jednocześnie Chrześcijaninem i Buddystą jak się uznaję zwierzchnią i zbawczą rolę Chrystusa i zostałem po tej rozmowie tak jak stałem z niczym i na tym moim zdaniem polega wielkośc tego człowieka. Proszę na nim psów nie wieszać w komentarzach, bo po pierwsze znam Go jako wybitnego myśliciela i fajnego człowieka, a po za tym dowiódł w pewnej "niewygodnej" dla kościoła sprawie, że potrafi się zachować jak człowiek. Zatem powracając do dylematów mojej przyjaciółki, było to na kilka dni przed Jej wyjazdem zagranicę. Chodziliśmy po niemal zamkniętym super-markecie i wołaliśmy Boga nikt nie odpowiedział. Przyjaciółka mówiła mi, że nie widzi sensu istnienia, jeżeli tak po prostu umrzemy, mówiłem Jej o reinkarnacji jakoś niepodobała się Jej ta hipoteza. A właśnie i co najważniejsze sugerowała, że to, że ja nie pytam o Boga jest oznaką tchurzostwa. Właśnie i tutaj to niezrozumienie, zapewniłem Ją oczywiście, że jak się czegoś w tej sprawie dowiem to dam znać. Doświadczyłem kilku mistycznych sytuacji w życiu, ale pozostawiam je sobie takimi jakie były (czy jak mi się jawiły jawią) nie próbuję ich nadinterpretować. Chociaż kilku jeszcze nie zrozumiałem. Zatem zapewniłem przyjaciółkę, że odważnie stawię czoła pytaniu o Boga. Jednakże to nie jest moje pytanie, moje pytanie to pytanie o porządek moralny, albo o empatię, między ludźmi, staram się ją praktykować i myślę, że potrafię się z bardzo różnymi ludźmi dogadać i ze zwierzętami też; myślę, że mamy więcej w sobie ze zwierząt niż się niektórym wydaje, ale też i zwierzęta mają pewne zdolności, które przypisywano od wieków ludziom wyłącznie. Zatem chcąc pożenić Buddyzm i Chrześcijaństwo chodziło mi o dogadanie się jednej wielomilionowej grupy z drugą wielomilionową grupą ludzi. Kwestia stawiana tutaj na salonie na ostrzu noża czyli metafizyczne pytanie o istnienie Boga nie było dla mnie i nie jest istotne, Buddyści są ateistami, to jest trudno wytłumaczyć, jakiś czas temu w knajpie zagadała mnie na ten temat jedna kobieta i uparcie twierdziła, że dla Buddystów Budda jest Bogiem, kilka razy starałem się wytłumaczyć, że nie jest Bogiem tylko połączeniem lekarza-nauczyciela-filozofa, ale się poddałem nie dałem rady Jej tego wytłumaczyć. Plusy Buddyzmu: bierze pod uwagę wszystkie żywe istoty czujące. Problemem jest za to Buddyjskie pozbywanie się "ja" bardzo to ryzykowna teza, że jest się tylko wiązką wrażeń. Co do Chrześcijaństwa, jestem w stanie sobie wyobrazić ludzi z różnych religii, którzy dla dobra planety dogadują się, zresztą to uskuteczniał z uważam dobrym rezultatem Jan Paweł Drugi, oczywiście było to trudne, ale należy pamiętać, że samo Chrześcijaństwo kształtując się, krystalizując i dookreślając przez minione wieki uległ schizmom dwóm rozpadając się na Katolicyzm, Prawosławie i Protestantyzm. Po za tym solidna wiedza europejczyków o religiach Azjatyckich (solidne badania) liczy sobie dopiero kilkadziesiąd lat. Analogicznie do sytuacji między lidzkich to nawet jeżeli on i ona zakochają się w sobie od pierwszego wejrzenia to trochę czasu minie, zanim się do tego przyznają przed sobą nawzajem i zaplanują wspólną przyszłość i też nie zawsze po ślubie jest tak jak się myślało, że będzie (wiem to bo protokółuję rozwody w sądzie aktualnie, sam jestem jeszcze wolny). Jan Paweł Drugi i Dalajlama obecny lubili się jak mi się wydaje, ale Jan Paweł Drugi umarł niestety, udało Mu się pomóc w rozpadzie żelaznej kurtyny i może parę ważnych rzeczy powiedzieć młodym Polakom, ale na ile pokonał wzajemne niezrozumienie, niewiedzę, ale też i niechęć między wyznawcami różnych religii to jest ciekawe pytanie, ale nie zależnie od odpowiedzi na nie jest jeszcze w tej kwestii dużo do zrobienia, jeżeli nie bardzo dużo. Zresztą Buddyzm w sposób dla siebie tylko charakterystyczny (czy może w sposób charakterystyczny dla Hindusów na przykład) się podzielił na kilkanaście conajmniej odłamów i akurat ten reprezentowany przez Dalajlamę nie jest tym, który mi najbardziej pasował, ale Buddyzm Terawady nie jest tak popularny i ekspansywny jak pózniejsza Mahajana. Więc powracając do głównego wątku chciałem jeszce powiedzieć, że byłem Chrześcijaninem (nie dookreślałem się jako Katolik, mówiłem o sobie, że jestem Chrześcijaninem, chociaż chodziłem do koscioła katolickiego, ale to raczej przez moją ścieżkę życiową). Tylko, że cały wic polega na tym, że po dziś dzień wspominając te czasy i rozważając istotę Chrześcijaństwa jako taką nie potrafię zrozumieć co to znaczy wierzyć? Poczyńmy w tym miejscu rozróżnienie ogólniejsze na trzy światopoglądy: Teista- żywi przekonanie że istnieje Bóg, Ateista -żywi przekonanie, że Bóg nie istnieje, Agnostyk - nie wie czy istnieje Bóg czy też nie istnieje, jest otwarty bardziej lub mniej na obie ewentualności. Oczywiście ten podział jak prawie wszystko w filozofii jest dyskusyjny. Zarówno skrajni Ateiści, jak i Teiści twierdzą, że taki prawdziwy Agnostyk nie istnieje, ale jednkże właśnie ja jestem przykładem Agnostyka. Nie przypadkiem wyraz ten pochodzi od Gnozis (czyli wiedza po grecku) a Agnostyk to taki co tej wiedzy nie ma. Dlaczego nie potrafię zrozumieć wiary ? Ateistów rozumiem, ale nie mogę powiedzieć, żebym był Ateistą bo mam za mało danych, a jak to mawia Ferdynand Kiepski "Są takie rzeczy na tym świecie co się fizjologom nie śniły", zatem nie mogę powiedzieć, że Bóg nie istnieje, aczkolwiek może to być prawdą. Podobnie nie mogę powiedzieć, że jestem Teistą bo nie wiem, może Bóg istnieje, może doznam oświecenia, łaski ? Właśnie czy byłem Chrześcijaninem w ogóle? Czy wierzyłem? Tak jak napisał Tertulian "Wierzę bo to absurdalne" ? Ale ile się Absurdów przez te 1800 lat namnożyło nie tylko ten jeden. Ja "wierzyłem" w Boga bo podobała mi się idea prawa naturalnego czyli ładu moralnego, który miałby być zasadą świata na równi, albo nawet bardziej niż prawa fizyki. Ale czy "wierzyłem"? Co to znaczy? Niech sobie Chrześcijanie to czytający zadadzą to pytanie. Bo ja na przykład wierzę w kwarki, bo taki mnie nauczono na lekcji fizyki, a jestem zbyt leniwy, żeby to sprawdzić za pomocą obliczeń, i nie mam możliwości tego zbadać laboratoryjnie. Zatem "wierzę" w istnienie kwarków, ale jakby się nagle okazało, że nie ma kwarków (tak jak na początku wieku poprzedniego fizycy "wierzyli" w istnienie eteru, a potem się okazało, że to nie jest tak i nie ma żadnego eteru) to mój świat nie wywróciłby się na lewą stronę. A Czy jakby się okazało, że nie ma Boga? Jakby ogłosił to papierz? Co wtedy? Przypomina mi się piosenka T-love "Wychowanie". Zresztą to też dotyczy Ateistów takich zagorzałych, co by się stało gdyby Dawkins nagle odkrył, że Bóg istnieje, a nie jest tylko "wirusem mentalnym" przekazywanym z pokolenia na pokolenie? Wyszedłby na kompletnego idiotę. I który Dawkinks byłby "prawdziwym" ? Dawkinks Ateista, czy Dawkinks Neofita Chrześcijański? Który papierz? papierz "wierzący" ? Czy "niewierzący"?. Sięgnijmy teraz do Nietzschego tylko proszę nie kropić monitora wodą święconą tylko czytać dalej. W "Tako rzecze Zaratustra" wędrujący bohater główny tej powiastki z tysiącem morałów przyjmuję do swojej jaskini ostatniego papierza. Nie pamiętam już czy też tego człowieka przyjmuje, czy też nie, ale określa "najobrzydliwszego człowieka na świecie". Jest to figura człowieka, który zabijając Boga, ogołaca duchowo i pozostawia na pastwe niepewnego wszystkich "wierzących". Ja bym się na to nie poważył nawet gdybym osiągnął pewność absolutną, że absolut nie istnieje(co nie jest możliwe), ale też bym się nie poważył na nawracanie Ateistów. Bo nie poważyłbym się na tłumaczenie komuś bardzo cierpiącemu, że to jego cierpienie ma sens, że Bóg nadaje wszystkiemu sens i to niewysłowione cierpienie jest sensowne i jest jakby "darem od Boga", też nie poważyłbym się takiej osobie powiedzieć, że cierpi bo był złym człowiekiem w poprzednim wcieleniu. Cenię sobie rozsądek, i może też dlatego, że pytanie o Boga nie jest moim pytaniem dlatego lubię "ludowe" Chrześcijaństwo, pełne sprzeczności, ale takie "życiowe" czyli tak po ślubie to niekoniecznie, można przecież wcześniej itp. Jest tak, dlatego, że moim pytaniem jest pytanie o empatię dlatego nie zostanę nigdy żadnym krzyżowcem, terrorystom czy psychologiem ewolucyjnym. Co do Ateistów to tak można budować etykę bez Boga. Buddyści to robią już od ponad 2000 lat (chociaż może jest to dużo nawet trudniejsze bo w Indiach z których Buddyzm pochodzi Bogów co niemiara), co więcej podobnie sprawa się ma z Taoizmem, jak i też z Konfucjanizmem; ten ostatni jak sądzę (chociaż się na tyle dobrze na tym nei znam, by wypowiadać się autorytatywnie) jest właśnie głównie systemem etyczno-obyczajowo-administracyjnym skierowanym na praktyczną skuteczność. Zatem proszę mi nie mówić, że jako Agnostyk nie mogę być etyczny i że ateiści są nieetyczni (Buddyści też mieli swoje za uszami, ale Ci którzy się kierowali zasadami swojej religii napewno będą w Niebie jeżeli Chrześcijanie mają rację). Proszę mi też nie mówić, że nie można być Agnostykiem bo można ja nim jestem. Tylko po prostu inne pytania nas dręczą. Zatem ja przyznaję się nie rozumiem "wiary w Boga" mimo to szanuję wierzących, proszę też, abyście mnie szanowali zarówno Chrześcijanie jak i wyznawcy psychologii ewolucyjnej nawet jeśli nie rozumiecie że można niewiedzieć czy jest czy nie ma Boga i nie być ani człowiekiem nieetycznym, ani głupim.
83
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (17)