Pierwszy przemówił Edmund Klich były polski akredytowany przy MAK. W rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedział, że komisja Millera miała pełny dostęp do wraku TU 154 M. Podejrzewa, że nie wykonała ona badań w kierunku śladów materiałów wybuchowych, a jeżeli już to wykonane zostały pobieżnie. Nie mogło być inaczej skoro w opublikowanym w lipcu 2011 roku raporcie napisano, że we wraku samolotu nie stwierdzono śladów detonacji materiałów wybuchowych.
Klich mówi, że nie sądził na początku, że sprawa smoleńska nabierze takich rozmiarów politycznych, ale komisja Millera miała tę świadomość. Wiedzieli jak skrytykowano raport MAK i mogli przypuszczać, że będą pod takim samym ostrzałem. Nie widzi natomiast możliwości powołania międzynarodowej komisji. Powątpiewa, że ktoś z poważnych ekspertów chciałby w niej zasiadać.
Z tą ostatnią opinią trudno się zgodzić, bo tylko niepoważny człowiek nie dążyłby do prawdy, chyba, że strach wziąłby górę. Nie można przecież nie zauważyć, że odchodzą świadkowie. Nagle, bez pożegnania, bez objawów depresji, że ginie w górach doświadczony w wyprawach górskich profesor. Jeżeli jest to jedynie splot nieszczęśliwych wypadków to jednak wzbudza obawy.
Przypominam, że według wtorkowej „Rzeczpospolitej” polscy prokuratorzy i biegli, którzy ostatnio badali wrak tupolewa, odkryli na nim ślady materiałów wybuchowych.
Wprawdzie "Rzeczpospolita" wycofała się z ze stwierdzenia, że to był trotyl, ale nie wykluczono tego doniesienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)