Salon dławi się polityką,zwłaszza wschodnią.Grupa znających temat,albo tych,którym się tak tylko wydaje,kreśli scenariusze na nadchodzące dni i tygodnie,ale tu w Polsce życie toczy się dalej.
Życie pełne rozterek i moralnych dylematów,a że Dobranocka za nami i dzieci śpią można napisać o tym,co dotyka,albo dotknąć może każdego z nas,a dotyczy uczuć,o których rzadko się tu pisze.
Salon ma w swych szeregach pięknie piszące pióra i to na różne tematy,te parapsychologiczne,gdzie godzinami można rozprawiać o tym,czy my to my,albo czy pani X zareaguje na myzykę piosenkarza Y,bardziej niż gdyby jej organy słuchu narażone były na zespół Z.
Wszystko pięknie teoretyczne,ale pozbawione kanwy rzeczywistości,która brutalnie weryfikuje wszystko,wyrzucając na śmietnik scenariusze dramatów miłosnych znanych powieścipisarzy,ale ad rem.
Miejsce akcji to duże miasto południowej Polski.Ona jest kierownikiem na tyleż odpowiedzialnym,co stresującym stanowisku.Dwoje dzieci poza domem,ale w domu mąż i to po ciężkiej chorobie.
On,pracujący na jej zlecenie,a więc ktoś,kto jak to się ładnie mówi,niepostrzeżenie pojawił się w jej życiu,wcześniej o jej egzystencji nie mając pojęcia.
Pierwsza jego wizyta wiązała sie z kurtuazją wypicia filiżanki kawy,podczas degustowania której omówiono szczegóły współpracy.Już podczas pierwszej rozmowy wiedzieli oboje,że gdyby byli młodsi o kilkanaście lat i poznali się jak teraz byłaby to miłość od pierwszego wejrzenia,rzadko bowiem zdarza się że chemia między ludźmi zgadza się tak doskonale i po tak krótkim czasie.
Było więc rzeczą naturalna,że sie dogadali i on pojawiał się u niej każdego kolejnego dnia o tej samej porze.Każdego też dnia rytuał z piciem kawy i pogawędką był tak przez niego,jak i przez nią,co zdradzała jej mowa ciała, oczekiwany.
Tematy,od początkowo ogólnych,także kilkuletniej już choroby męża (który wyjechał na rekonwalescencję),schodziły powoli na bardziej osobiste,żeby nie powiedzieć intymne,jeśli wziąć pod uwagę,że znali się zaledwie kilka dni.Ona,wychowana w duchu katolickim,ale bez ortodoksji stale podkreslała,że zajmowanie się chorym mężem jest dla niej nie tylko obowiązkiem,z aktu małżeńskiego wynikającym,ale też kwestią czysto ludzką,mającą swe korzenie we wspólnie przeżytych chwilach radości i smutku,także dzieciach.
Jednak im częściej to powtarzała wydawało się to coraz mocniej ją przygniatać i kiedy on subtelnie zapytał się,jak zdołała przy swej urodzie być mu wierna i nie zdradzić męża,co mogłaby sobie na tysiąc sposobów uzasadnić ,oczyszczając swe sumienie,z lekko drżącym głosem odpowiedziała...no widzi Pan i tu jej niebieskie oczy zrobiły się wilgotne od łez.On wstał i ona oparła głowę o jego ramię i zaszlochała cicho.
On,obyty w takich sytuacjach wiedział,że była w tym momencie jego,ale jego ręce pozostały bierne,tylko łagodnie ją obejmując.Odsuwając ją po chwili od siebie,podał jej serwetkę,mówiąc,że jest wspaniałą kobietą i że nie powinna wątpić w wartość i słuszność swej postawy.
Choć myśli miał iście kudłate,nie zrobił tego,co wielu innych nie wahało by się zrobić,a co sądzisz Ty kolego,albo koleżanko?
Był durniem,bo nie zrobił tego,na co miał ochotę,ale ona bez cienia wątpliwości też.?On wybiegł myślami naprzód i zadał sobie pytanie,czy po będzie tak samo pięknie jak przed?
Ta refleksja spowodowała,że oboje zachowali godność i zyskali jeszcze więcej w swoich oczach.
Samo życie.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)