Niemcy to piękny kraj, gdzie od wielu lat przystanek znajduje mnóstwo Polaków.
Wielu patrzy nań przez pryzmat porządku, przyjaznego systemu podatkowego, możliwości jakie stwarza ambitnym i zdolnym ludziom, którzy głodni są sukcesu, niskich krawężników i kulturalnych kierowców
Niemcy to była kiedyś i moja ojczyzna, ale jednak mimo trudnego procesu adaptacyjnego, który zakończył się pomyślnie bowiem w meczu piłkarskim Polska-Niemcy kibicowałem Niemcom i relatywnego sukcesu ekonomicznego, okupionego latami ciężkiej pracy z czasem zacząłem mieć wątpliwości czy aby moje miejsce tam jest tym właściwym.
Wątpliwości przyszły powoli i kiedy dzieci poszły do szkoły. Nie żeby były szykanowane, czy coś podobnego. Zaskoczenie przyszło wraz z lekturą szkolną, której tytułu nie pomnę, a której przyswojenie było obligatoryjne dla mojego dziecka, a dla mnie stało się przekleństwem, bowiem godziny spędziłem na tłumaczeniu mu jak ją rozumieć, bo jaka była intencja jej autora długo mnie frapowało.. Bohaterką książki była Polka, która trafiła do szkoły podstawowej, a różniła się tym od innych dzieci, że była źle ubrana i nie zawsze czysta, co było powodem licznych konfliktów. Mimo tych ambarasów z polską dziewczynką znalazł się jednak porządny niemiecki chłopiec, któremu te wszystkie niedogodności nie przeszkadzały i zaprzyjaźnił się z dziewczynką.Taki pierwowzór ,,Nasi ojcowie, nasze matki,,.
Takie było główne przesłanie tego ,,dzieła,,. Mój protest u dyrektorki szkoły nie przyniósł rezultatu, a pismo do kuratora pozostało bez odpowiedzi.
Drugim czynnikiem, który zawarzył o powrocie do Polski była bardzo zła prasa dla rządu Kaczyńskiego w Niemczech, a to dla każdego myślącego było oczywistym indykatorem na to, że pierwszy raz w Polsce od 1989 roku ( przepraszam pana premiera Olszewskiego ) mamy rząd reprezentujący polską rację stanu, cokolwiek pod tym pojęciem by rozumiano.
Trzeci i najbardziej zlożony powód to coś, co gra w sercu, coś co każe myśleć o Polsce, jako domu rodzinnym, jako miejscu skąd pochodzę i dokąd chciałbym wracać. Jadąc bowiem pięknymi niemieckimi autostradami, widząc jak pięknie wyglądać może Goerlitz i Bautzen po renowacji przychodziło mi przekroczyć Odrę i znaleźć się na kiepskiej drodze, prowadzącej przez biedne i czasem obskurne wsie i miasteczka ( obraz sprzed 6 lat ) ale polskie, gdzie zostały jeszcze resztki prastarej, słowiańskiej gościnności i serdeczności w stosunku do swoich i obcych. Od jakiegoś momentu za każdym razem przekroczenie Odry było synonimem bycia u siebie, w domu.
Można to krytykować, jako infantylne czy nawet głupie, ale to jest moje odczucie i nikogo nie zmuszam do identyfikacji z nim.
Każdy zrobi jak uważa. Jeśli omamiony blaskiem zachodu odwróci się do Polski plecami to jego sprawa. Jeśli potrafi zapomnieć o swych korzeniach nie będę mu tego wypominał, ale ostrzegę cicho, żeby nie lekceważył wewnętrznego głosu, który kiedyś się odezwie. Oczywiście można go zdusić w sobie, ale kosztem siebie, swojej tożsamości i poczucia wartości.
Ja tego nie chciałem więcej w sobie dusić i wybrałem Polskę.


Komentarze
Pokaż komentarze (26)