0 obserwujących
83 notki
15k odsłon
83 odsłony

Wyemancypowane i obrzezane

Wykop Skomentuj2

Ach, te prawdziwe kobiety! Naturalne, skromne i posłuszne. Westalki domowego ogniska, które przenosząc życie i pamięć kolejnych pokoleń, w sposób doskonały uzupełniają działania agresywnych z założenia mężczyzn. Zadbane, szanowane, adorowane.

Jeżeli komuś obraz ten wydaje się zbyt idealny, lub będzie się w nim dopatrywał jakiejkolwiek ukrytej dyskryminacji, polecić mu trzeba lektury opisujące życie polskich dworów, rodzin mieszczańskich, czy szanujących się włościan w nie tak odległych czasach. Niedościgniona harmonia i spokój, przerywany jedynie niezawinionym nieszczęściem. Bez psychoanalizy, tabletek na sen, wyścigu szczurów, nocnej zmiany, prawa do widzenia i kluczy na szyi dziecka .

Przyjmując stosowne uproszczenie, należy sobie zadać najprostsze pytania. Komu przeszkadzało naturalne ułożenie świata sprzyjające zdrowiu kobiety, kondycji rodziny i sprawiedliwemu podziałowi ról?

Dlaczego nieludzki wyzysk i poniżenie kobiet nazwano przewrotnie „emancypacją”? W jakim zakresie kobiety „wyemancypowane” pozostają nadal kobietami? Czy te istoty w ogóle mogą być dzisiaj szczęśliwe?

Pomimo wciąż dominującej cywilizacji euro- atlantyckiej świat nie rozwija się jednolicie i mimo straszliwych nacisków miliony ludzi żyjąc dziś w niesłychanej bliskości, zdywersyfikowały swoje podejście do tzw. „postępu”. Czy jest to kwestia „zapóźnienia” w rozwoju, czy tylko - nie wciągnięci przez szalejącą „maszynkę do mięsa” i „pralkę mózgów” - niektórzy mają po prostu szansę powiedzieć - „nie”?

Cóż zatem się wydarzyło, że nie kwestionowane przez tysiące lat stosunki pomiędzy płciami, w naszej części świata nagle uległy dekonstrukcji? Dlaczego akurat Europejczycy, dlaczego akurat chrześcijanie, dlaczego akurat biali zdecydowali się najmocniej zakwestionować służący im w najcięższych czasach, a budujący wszystkie wspólnoty porządek?

Ano, gdyby tak zacząć od początku, to pustą w rzeczywistości Bastylię zdobywać miał plebs obydwu płci bez różnicy, zaś od pierwszej światowej kobietom na siłę przydano obowiązki męskie, bo milionowe armie potrzebowały zaplecza i nowej, zezwalającej na totalne wydziedziczenie orientacji. Z czasem zaczęto wyżynać na równi obie płcie, nie oszczędzając też starców i dzieci. Wszyscy dostali rekompensatę w postaci niewiele znaczącego prawa głosu, a kobietom skrócono spódniczki i pozwolono obcinać włosy. Po kilkudziesięciu latach szczytem emancypacji stało się równe wytrząsanie kobiecego ciała na traktorze, a że rewolucja uwielbia eskalację – po następnych wmówiono im, że o niczym innym bardziej nie marzą, jak o tym, żeby być – polityczkami, ministerkami, generałkami i biskupkami.
A tak w ogóle, to jak najmniej czasu w domu, najwięcej za to „w robocie”.
Takim, co jeszcze zachowały „prymitywne” potrzeby, zafundowano „darmowy” żłobek, przedszkole, oraz „skrobankę” (jakby się w trakcie rozmyśliły).

Poza tym, gdyby której na dobre nie szło z facetami (a wiele Europejek próbuje od trzynastego roku życia, co wydatnie zmniejsza szanse na sukces), to w sposób świadomy i równoprawny mogą sobie poeksperymentować ze stadłem lesbijskim, a nawet włączyć w to niczemu nie winne dziecko - z probówki, albo adopcji.

Ostatnio modne stały się głębokie penetracje wnikające w przebieg realizacji niemal wszystkich relacji między kobieta, a mężczyzną, tak więc regulacje obejmują kolejno: „małżeński gwałt”, „molestowanie w pracy”, „równą płacę” i „parytety płci”.

Pomijając rozczulającą troskę o sferę seksualną w domu i pracy - niedorzeczną, a przy tym niesprawiedliwą z zasady jest proponowana weryfikacja rynku, czy demokratycznych werdyktów w odniesieniu do płci.

Dlaczego kobieta na tym samym stanowisku ma zarabiać tyle samo, jeżeli od mężczyzny jest dajmy na to mniej wydajna, czy choćby z racji przyrodzonych ograniczeń bardziej kłopotliwa? A dlaczego nie może zarabiać więcej, jeżeli faktycznie „jest tego warta”? Czy kobiety nie mogą sobie demokratycznie wybrać jako swoich reprezentantów np. samych mężczyzn, jako naturalnie bardziej im od konkurencji przyjaznych?

Rozumu w tym wszystkim za grosz, ale za to wszystko jak należy „postępowe”. „Kobieto- podobnym” zostaje zalepiać znaczki na męskich kiblach i budować nowe, nieznane ludzkości problemy. Wiadomo: „samiec twój wróg!”

Nic dziwnego, że „europejski” mężczyzna na widok takiej oferty o byciu „głową rodziny” nie bardzo chce słyszeć. Bo niby po co „kupować browar”, jak i bez tego można się opić do woli? Po co eskalować życiowe ryzyko?

Bezpieczny seks, luźny związek, ucieczka od alimentów, ew. „widzenia w soboty”, jakby już za daleko zaszło. I tyle. Masakra płci. Pod każdym względem.

Dla przykładu w takiej Anglii z Walią żyje podobno co najmniej 2,2 mln par bez ślubu, które dorobiły się już 1,2 mln dzieci, co spowodowało wręcz potrzebę zmian w porządku prawnym. Wielka Brytania przoduje też w liczbie ciężarnych nastolatek. W przedziale wieku 13 – 16 lat w ciążę zachodzi 19 dziewczynek na 1000. Za główny powód takiej nieroztropności uważa się nadmierne i nieumiejętne … spożycie alkoholu. Jest zatem duże pole działania dla „organizacji kobiecych”. Przedtem już na początku ojciec stosował „przemoc w rodzinie”, był „szlaban” i pomagało. Ale to było zbyt proste.

Kobieta najzwyczajniej nie powinna zostawać bez opieki, a już na pewno szlajać się w wieku kilkunastu lat po ulicach, pubach i dyskotekach.

Krągłe, z natury mniej odporne na czas Muzułmanki łatwiej przystają na oferowane im tradycyjne warunki, niźli kościste, wysportowane i krańcowo znerwicowane mieszkanki chrześcijańskiej Europy.

Wyemancypowane i często samotne Francuski, Angielki, czy Niemki, ze zdziwieniem zauważają niewzruszone wręcz przywiązanie coraz to liczniejszych imigrantek do przywiezionych ze sobą obyczajów.

Chętnie nagłaśnia się nieudane związki Europejek z Arabami (rzadziej na odwrót), co oczywiście z uwagi na realnie istniejące różnice jest zrozumiale. Ale niedawno w polskim programie telewizyjnym można było usłyszeć wypowiedź kobiety, która stwierdziła, że w kraju arabskim czuje się o wiele bezpieczniej, niż u nas. Zapewniła przy tym telewidzów, że gdyby w miejscu publicznym jej uchybiono, a nie daj Boże napastowano, to tam bezwzględnie może liczyć na pomoc najbardziej przeciętnego przedstawiciela płci męskiej. Bo to dyshonor nie udzielić kobiecie pomocy - niezależnie od tego, czyją jest córką, czy żoną.

Jakże inaczej sprawy mają się w „europejskim” klimacie. Tutaj powodem do przechwałek jest uwiedzenie żony koledze, a dumny playboy czmycha przezornie w sytuacji zagrożenia życia, zdrowia, czy czci współobywatelki.

Kto by się najpierw narażał, a potem jeszcze wyjaśniał swą nieroztropność w kilkumiesięcznym areszcie? Prawo nadąża w tej kwestii za obyczajem.

Muzułmanki, choć w ponad 90% procentach tradycyjnie obrzezane (nie-obrzezane bardzo trudno wychodzą za mąż) w zasadzie zachowują hart i spokój ducha, mimo teoretycznie (a nawet praktycznie) możliwej konkurencji we własnym domu. Wyzwolone „Europejki” zaopatrzone w nieziemskie fetysze, czy „rajcery” wygniatają leżanki psychoanalityków, spowiadają się z braku orgazmów u seksuologów, odbywają kuracje odwykowe w szpitalach i odreagowują kolejne „związki” na żenujących „tok- szołach” .

Jeżeli w krajach arabskich występują jakieś ruchy sugerujące potrzebę zmiany obyczajów, wprowadzenia równych praw, czy równego dostępu - to dochodzi do nich najczęściej na bazie okresowej fascynacji części elit zachodnimi wzorcami życia, lub chęci przystosowania się do światowych, bardziej „cywilizowanych” wzorców.

Dla przykładu w Egipcie, w którym ponad 97 % kobiet jest obrzezanych, w odpowiednich badaniach aż 82% potwierdziło, że jest to „bardzo dobra tradycja”. Podobne wielkości występują w 28 krajach afrykańskich, a ponadto wielu krajach Azji, zaś histeryczne apele rozmaitych „koalicji przeciw obrzezaniu” (problemem zajmują się oczywiście także Unia Europejska) nijak się mają do uświadomionych potrzeb tych społeczności.

Nie ma co sobie pomagać dowcipami o zmianie kolejności na spacerze (że niby tam było - Arab, wielbłąd, dzieci, kobieta, jest – kobieta, dzieci, wielbłąd, Arab. Teraz są miny.. ha ,ha, ha…).

Po pierwsze - wcale tak źle nie jest, po drugie - każdy przynajmniej może liczyć na realizację przyrodzonych obowiązków tej drugiej strony, a po trzecie - oni są z siebie zadowoleni bardziej niż akcjonariusze nic nie wartych „związków partnerskich”, w których bywa że kobieta „poluje”, a facet „wysiaduje jaja”. Przynajmniej, jeżeli mówimy tu o zasadzie i panującym klimacie.

Polskie kobiety właśnie dlatego stanowią tak doskonały materiał na żony dla każdego normalnego (jeszcze) na umyśle europejczyka, że wciąż jednak zachowują pewną mentalną wierność własnej płci i nie dokonują obowiązkowo przedmałżeńskiego seppuku. I to zepsutej do niemożliwości „Europie” wręcz nieprzyzwoicie przeszkadza.

Formalnie żyje na Starym Kontynencie ponad 26% katolików, z ponad miliarda wyznających naszą religię na świecie. Wg statystyk nie jest źle, bo np. we Włoszech stosowną deklarację składa 97% , a w najgorszej by się wydawało Francji 78%. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pytamy o uczestnictwo we Mszy Św. Tu okazuje się, że podczas gdy na zachodzie kościoły odwiedzają głównie turyści, to w Polsce z 96 % zdeklarowanych katolików systematycznie chodzi do kościoła ponad 60% wiernych. Taki stan rzeczy musi skutkować pozytywną różnicą także w sferze obyczajowej.

Polki są nadal mądrzejsze i prowadzą się lepiej się od zachodnich „Europejek” mimo, że niekorzystne wzorce systematycznie są nam aplikowane głównie przez wszechobecne „polskojęzyczne media”.

Nie znaczy to jednak, że tak zmasowana ofensywa nie przynosi żadnych rezultatów. W Polsce podobno co szóste dziecko przychodzi obecnie na świat ze związku pozamałżeńskiego, podczas gdy w latach osiemdziesiątych odsetek ten wynosił zaledwie 5 procent. Podawany przez GUS systematyczny wzrost nieuporządkowanych związków i urodzin stanowi niewątpliwie solidny powód do narodowej refleksji.

Czego nam zatem trzeba, by ten nasz wręcz unikalny dziś na Starym Kontynencie stan rzeczy zachować? By nie kupować licencji na życiową katastrofę i zaleczonego świra?

Wydaje się, że wystarczy by mężczyzna nadal uparcie „polował”, dbał o zdrowie i zapewniając swojej kobiecie możliwy spokój - nie wyręczał się nią, ani też w niczym nie zaniedbywał.

Najlepszą gwarancją zachowania porządku jest wbrew narzucanym szablonom myślenia - nasz zdrowy polski katolicyzm, połączony z męską agresją, kobiecą łagodnością, oraz idącą za nimi intensywnością wspólnych przeżyć.

Co do naszych relacji z „Zachodem”, to z pewnością nie mamy czego „nadrabiać”. Jakże żałośnie wyglądają dziś Niemcy, Włosi, Francuzi, czy Anglicy ze swoimi nowoczesnymi „partnerkami”, które ich dziadkowie nie tak dawno nazwaliby po prostu „kobietami upadłymi”.

Kraków, 30 sierpnia 2009r.

Jan Szczepankiewicz

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale