Idąc tropem naszych parlamentarzystów, którzy 2 lutego spędzili w Częstochowie uduchowiając się i poświęcając Bogu swoje skromne osoby, postanowiłem wziąć z nich przykład. W końcu jestem istotą grzeszną, więc odkupienie mi się przyda. W tym celu udałem się do szefa oświadczając mu, że nie będzie mnie jeden dzień w pracy, bowiem wyjeżdżam na pielgrzymkę. A ten… Nie uwierzycie. Bolszewicka gnida powiedział mi, że jechać to ja sobie mogę, ale na zieloną trawkę i jak nie pojawię się w robocie to wywali mnie na zbity pysk. Jak tak można? Nie miałem co prawda już wolnego urlopu, ale to w końcu pielgrzymka. Mówię więc tłukowi: Nasi posłowie też formalnie byli w pracy, bowiem w tym czasie Sejm miał posiedzenie, a jednak Naród zrozumiał, zaaprobował (no może poza odszczepieńcem Palikotem) i dał przyzwolenie. Na to szef, ubecka menda, że Naród to go może w dupę pocałować, a ja jeśli nie chcę wylecieć z roboty to mam się stawiać w zakładzie, a na wycieczki krajoznawcze jeździć w wolnym czasie.
Podejrzewam, że takich wykolejeńców jak mój szef jest w Polsce więcej, dlatego zwracam się do posłów RP, a zwłaszcza tych, którzy wrócili właśnie z Częstochowy z apelem:
„Dajcie nam w roku przynajmniej jeden, a najlepiej dwa lub więcej dodatkowych dni wolnych, które można by przeznaczyć na podróże religijne. Uduchowiony i spełniony religijnie katolik jest bowiem pracownikiem o wyższej wydajności i gwarantem szybszego wzrostu PKB”
Modlę się o to, by apel trafił na grunt zrozumienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)