Słysząc, coraz to bardziej nachalne, entuzjastyczne głosy w debacie publicznej odnoszące się do inicjatywy politycznej, którą rzekomo ma podjąć były prezydent RP - Aleksander Kwaśniewski, mam wrażenie, że większość przedstawicieli mainstreamu cierpi na amnezję.
W ostatnim czasie mamy do czynienia z prześciganiem się mediów w serwowaniu kolejnych rewelacji dot. tego, czy niegdysiejszy lider lewicy odpowie na wyzwanie i wyprowadzi swoje ideowe środowisko z długo trwającego regresu. Obroni Polaków przed "widmem IV RP", zrzucając PiS na trzecią, mało liczącą się pozycję, a także w przypadku nadchodzącego wypalenia się, znudzenia Platformą, zastąpi ją przy sterach władzy. Palikot, Siwiec, Kalisz umawiają się z "Olkiem" na następne spotkania przy kawie o życiu, licząc na jednoznaczną deklarację i nakreślenie planu politycznego, którego celem będzie wielka reaktywacja. Obok opisanych wydarzeń dochodziło do zabawnych sytuacji np. lider Ruchu własnego imienia zapowiadał wystąpienia byłego prezydenta po rozmowie, z jakiej musiał wcześniej wyjść. Dziennikarze oczekiwali Kwaśniewskiego przed drzwiami budynku, lecz ten po wyjściu nie zamierzał z nimi rozmawiać. Następnie zapytano Ryszarda Kalisza, uczestniczącego w tym samym spotkaniu, który zaprzeczał jakoby miało do podobnej rozmowy (między Palikotem a Kwaśniewskim) dojść. Nic dziwnego, że poseł z Biłgoraja tak bardzo liczy na zaangażowanie dawnego lidera socjaldemokratów. Funkcjonowanie wraz z Kwaśniewskim (uznawanego za autorytet III RP, wśród polityków tej formacji ideologicznej najbardziej ceniony, popierany przez społeczeństwo) w ramach jednego ugrupowania, jako równy z równym, jeden z przywódców będzie miało dla samego zainteresowanego charakter nobilitujący. Doda mu pewności siebie oraz brakującej autentyczności dla elektoratu lewicowego stricte. Po ostatnich wydarzeniach, przynajmniej w najbliższym czasie Palikot nie ma co liczyć na współpracę z byłym prezydentem. Zraził do siebie jedno z ważniejszych liberalno-światopoglądowych grup do jakich należą oczywiście feministki (ku uciesze największych wrogów-sojuszników z SLD), wypowiedzią na temat Wandy Nowickiej. Kwaśniewski nie zaryzykuje na obecną chwilę dealu z nieprzewidywalnym szefem trzeciej siły w polskim Sejmie. Choć wielokrotnie udowadniał, że ma do niego słabość (zaczynał od próby godzenia, mediowania pomiędzy z waśnionymi Palikotem i Millerem, o dziwo hołubiąc tego pierwszego) kto wie może spektakularne przeprosiny wystarczą, przecież miłosierdzie „duchowego ojca” socjaldemokratów nie raz okazało się wielkie.
Co na to sam były prezydent? Początkowo się od nich odżegnywał, zapewniał, że nie zamierza uczestniczyć aktywnie w polskiej polityce, ewentualnie pośredniczyć, czy też biernie patronować sojuszowi Palikota z Millerem. Dziś jego deklaracje są niejasne. Podobno wciąż się waha...
A dopingowany jest ze wszystkich stron. Nie ukrywajmy Salon marzy o powrocie merytorycznej lewicy (jak by to nie brzmiało), Palikotem się zawiódł, która odważniej niż wcześniej forsowała by projekty proklamujące wolność obyczajową. W takim razie czego obawia się Kwaśniewski, skoro jest tak dobry, powszechnie popierany – media, społeczeństwo, ceniony zagranicą? Jednego – porażki.
Wracamy do punktu wyjścia. W 2007r. były lewicowy prezydent wpadł na pomysł wspólnej centrolewicowej listy, która miała zbić kapitał na niezadowoleniu (wykreowanym w znacznej mierze przez media) z rządów IV RP. Koalicja Kwaśniewskiego była porozumieniem kilku ugrupowań lewicowych (SLD, UP, SDPL) i laickich przedstawicieli dawnej UD, teraz Partii Demokratycznej-demokraci.pl. Podobnie jak dzisiaj zapowiadano wielkie otwarcie, powrót lewicy do władzy, rządu z Platformą. Prezydent Kwaśniewski stanął na czele komitetu wyborczego Lewicy i Demokratów, uczestniczył z jego ramienia w debatach liderów ugrupowań aspirujących do władzy (z ówczesnym premierem Jarosławem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem), przedstawiano go jako naturalnego kandydata centrolewicy na szefa rządu. Nazwisko, pozycja, w ogóle osoba „Olka” miała przynieść murowany sukces, a skończyło się jak zwykle. LiD osiągnął w wyborach trzecią pozycję z niewiele ponad 13% poparciem, niemalże analogicznym do tego, jaki SLD osiągnęło w 2005r. po Rywinie. Przypomnę Państwu miało to miejsce w okresie wzmożonej, często niezasłużonej nagonki na prawicę, a także dwa lata po zakończeniu prezydentury „Kwasa” - rzekomo tak pozytywnie ocenianej przez Polaków. A jednak inicjatywa zakończyła się klęską. Rok później LiD upadł. Prezydent sam przyznał się do porażki.
Czy teraz szanse na sukces są większe?
W żadnym razie. Pomysł polityczny jest ten sam. Nic się nie zmieniło, doszedł (odszedł?) Palikot. Nie mówiąc już o tym, że w 2015r. W zdecydowanej mierze znaczący głos będzie miało młode pokolenie, jakie Kwaśniewskiego nie pamięta, a także starsi z pewnością zdążyli nieco zapomnieć (jego prezydentura zakończyła się 8 lat temu). Dla nich jest po prostu dziadkiem Olkiem, starszym Panem politykiem, który był już przy korycie i zdążył się, kolokwialnie mówiąc, „nachapać”. Nie ma w nim siły, ani takiej charyzmy, która faktycznie mogłaby ten elektorat przyciągnąć. To samo odnosi się do pozostałych Towarzyszy z SLD, również Marka Siwca. Uważam, że wszem prognozowany sukces prezydenckiego ugrupowania jest bardzo mocno przesadzony. Jestem gotów zgodzić się z tezą, że Kwaśniewski jest również obojętny polskim wyborcą jak Leszek Miller.
Dziwi mnie brak znajomości (czy też celowe „zapominanie”) faktów związanych z LiD. Niedługo przekonamy się jaką decyzję podejmie były prezydent. Nie byłbym taki pewny, czy ostatecznie zdecyduje się na zapowiadany polityczny ruch. Może spróbuje z europarlamentem... Ale jestem niemalże przekonany, że wspomniana prawdopodobna próba mu się nie opłaci.


Komentarze
Pokaż komentarze