Nic się nie zmieniło. Kardynał Józef Glemp w swojej dzisiejszej homili w sposób niezgodny z prawdą podsumował sprawę abp Wielgusa. Począwszy od próby uczynienia ofiary SB z osoby, która poszła na współpracę po to, by uzyskać paszport (jak można coś takiego powiedzieć w mieście, gdzie leży ks. Popiełuszko...), przez "rekonstrukcję" atmosfery ostatnich tygodni - aż po próbę podważenia wiarygodności IPN.
Owa "rekonstrukcja" zawierała w sobie tak kuriozalne elementy, jak pominięcie oczywistego faktu prawdziwej inaczej wypowiedzi o tym, że abp "nie współpracował" i "nie podpisywał", późniejszej zmiany stanowiska w tej sprawie oraz drobnej kwestii, iż dokumenty zostały zweryfikowane zarówno przez historyków, jak i... komisję powołaną przez Episkopat. Wystąpienie prymasa było wielokrotnie nagradzane owacjami, jak wynikało z relacji, wiernych którzy na spodziewany ingres przybyli po apelu Radia Maryja (okrzyki przed katedrą po mszy: "my chcemy Polaka!" - kontekst: tradycyjne przypisanie inności narodowościowej adwesarzom, w tym przypadku: dziennikarzom "Gazety Polskiej"). Kardynał Glemp, najwyraźniej niesiony entuzjazmem, przeszedł od określenia SB "walcem, który penetrował duchowieństwo" do stwierdzenia, że w Polsce reżim komunistyczny był łagodny, a lustracja jest niepotrzebna.
Wszystko wskazuje więc, że to dopiero początek zamieszania wokół ujawniania akt służb specjalnych PRL dot. duchowieństwa. Warto też podkreślić cementujący się sojusz "Kościoła otwartego" z toruńską rozgłośnią. Obie strony, korzystając ze starej rady Lecha Wałęsy, postulują zbicie termometru jako najlepszy sposób na wyleczenie z gorączki.
Inne tematy w dziale Polityka