W ostatnich dniach, za sprawą kolejnych posiedzeń sądów, media przypomniały tzw. "sprawę Jaruckiej" oraz tzw. "sprawę Olina". Na ich tle świetnie możemy zaobserwować specyfikę III RP, w zupełnym oderwaniu od wzajemnych wycieczek między "michnikowszczyzną", a "ziemkiewiczo-rybińszczyzną"...
W jakim kraju demokratycznym byłaby możliwa sytuacja, gdy urzędujący minister spraw wewnętrznych z trybuny sejmowej oskarża urzędującego premiera o zdradę i żaden z nich nie staje przed Trybunałem Stanu do dzisiaj? Okazuje się zresztą, że wcześniej minister ów miał dużo inwencji w zwalczaniu legalnej opozycji (tzw. "inwigilacja prawicy").
Druga sprawa wiąże się z kolejnym funkcjonariuszem, który pracując w ministerstwie Milczanowskiego miał dość specyficzne podejście do zadań kontrwywiadu (np., jak informował "Dziennik", wystąpił o przeniesienie do powyższego kontrwywiadu osławionego "zespołu Lesiaka"). Pan pułkownik Miodowicz doprowadził do wyeliminowania z prezydenckiej kampanii wyborczej 2005 jednego z ówczesnych faworytów. Jaki to kraj, w którym największe prywatne media niemal pieją o roli pluszaków i sprzętu AGD w kampanii wyborczej, nie stawiając publicznie pytania: jeżeli Cimoszewicz okaże się czysty - kto w tej sprawie czysty nie był? I co to oznacza dla oceny stylu działania zarówno sztabów wyborczych, jak i konkretnych partii? Albo np. w porównaniu z tzw. "taśmami Morozowskiego", które omal nie doprowadziły do obalenia rządu (i których nieskutecznością - podobnie jak pasywnością PO w tym krytycznym momencie - był rozczarowany tak wzorcowy demokrata, jak red. Lis).
Do tego wszystkiego możnaby dorzucić nagranie dokonane przez jednego z działaczy lubelskiej Platformy, w którym zarejestrował on swoją rozmowę z posłem Palikotem (głównym adwersarzem Zyty Gilowskiej) ze stycznia 2005 o możliwym użyciu teczki TW Beata w konflikcie między regionalnymi władzami partii, a wciąż obecnymi w niej stronnikami Z. G. Zapis nagrania opublikowało kilka gazet, z "Dziennikiem" na czele. Ale bez "G.W.". Została podana informacja, że rozmowa miała miejsce zanim biuro Rzecznika Interesu Publicznego pierwszy raz, poufnie, skontaktowało się z minister finansów, sygnalizując jej możliwe problemy z uznaniem oświadczenia lustracyjnego za zgodne z prawdą.
Znów wracamy do pytań. Czy, i jaki, był związek między brakiem przeprowadzenia lustracji i pełnej kwerendy materiałów służb PRL, a doprowadzeniem do dymisji ministra konstytucyjnego przez byłego SB-ka, który - z pewnością z pasji kolekcjonerskiej - powynosił wcześniej dokumenty do domku na działce rekreacyjnej.
Wystarczy porównać sposób funkcjonowania tych wszystkich spraw "w eterze", by sobie pomyśleć, tak na prywatny użytek: jaki to demokratyczny kraj...
Inne tematy w dziale Polityka