W dyskusjach nad ogłoszonymi ostatnio pomysłami prorodzinnymi konsekwentnie umyka szerszy kontekst oraz systemowe umiejscowienie ich kosztów. Pozwalam więc sobie przytoczyć wywiad z "Rzeczpospolitej" (jak zwykle - dałbym link, gdyby materiały tak szybko nie spadały z portalu). Myślę, że jak najbardziej jest o czym dyskutować, lepiej jednak... gdy robi się to mając więcej informacji, niż mniej ;)
____________________________________________________
Ustawę o reformie finansów publicznych przedstawimy do końca marca
Rz: Czy spodziewa się pani jakichś problemów z przeforsowaniem w Sejmie planu obniżenia kosztów pracy poprzez redukcję składki rentowej?
Zyta Gilowska: Namawiam ludzi do dobrego, a nie do złego, dlatego sądzę, że nie będzie problemów. Zresztą szczegóły uzgodniłam z premierem. Dziś zbyt wysokie pozapłacowe koszty pracy są jednym z głównych problemów Polski. Jeśli teraz, mając dobrą koniunkturę, nie obniżymy ich, to chyba nigdy tego nie zrobimy. To niepowtarzalna okazja, której nie wolno zmarnować. Ten klin podatkowy to jest mniej więcej 38,5 proc. płac. Połowę z tego stanowi składka emerytalna, której nie wolno traktować jak haraczu, bo jest po prostu inwestycją we własną przyszłość. Działania reformatorskie należy adresować do drugiej połowy klina, czyli 19 proc. Składają się na to składka rentowa, chorobowa, wypadkowa i na Fundusz Pracy. I tu powinniśmy lokować nasze zapały reformatorskie.
Nie spodziewa się pani żadnych sprzeciwów wicepremierów Leppera lub Giertycha? Mogą znów powiedzieć, że są inne, pilniejsze wydatki? Np. na likwidację świńskiej górki, dopłaty do biopaliw lub na mundurki dla dzieci?
Wykluczyć tego nie można, ale nasz system polityczny daje bardzo mocną pozycję premierowi, czego koalicjanci są w pełni świadomi.
Pan premier będzie na tyle stanowczy, żeby przeforsować pani program?
Premier jest stanowczy, decyzje zapadły. Faktem jest, że to będzie kosztowne przedsięwzięcie. Tym bardziej że musimy równocześnie przygotować program wspierania rodziny. To powinien być wielki program polityki prorodzinnej na lata 2008 - 2014 z ułatwieniami w płaceniu składek, wydłużeniem urlopów macierzyńskich i znacznymi ulgami prorodzinnymi w podatku dochodowym. W sumie wydamy na to w tym okresie 17,5 miliarda złotych. Osobiście uważam, że obecny system z ulgami na każde dziecko nie jest skuteczny. Proponowałam dużo wyższe ulgi, ale na początek dla rodzin z trójką dzieci.
Zamierza pani skorygować ten błąd?
Nie, stało się już. Zresztą od początku 2009 r. ulga i tak miała objąć także rodziny z jednym dzieckiem. Po prostu przyspieszamy ten proces.
Ile to będzie kosztowało w 2014 roku, gdy program zostanie wdrożony w całości?
Ze wstępnych szacunków wynika, że ponad 4 mld złotych.
Zatem LPR walcząca o wsparcie rodziny nie powinna mieć pretensji o kosztowny program wspierający zatrudnionych.
Tak. Tym bardziej że Roman Giertych w swoim czasie łączył wzrost wynagrodzeń nauczycieli z obniżką klina. Nie obniżyliśmy wówczas składek, a środki dla nauczycieli otrzymał. Nie zawsze przełożyły się one na podwyżki, bo prowadzenie szkół podstawowych leży w gestii samorządów i nie poddaje się woli ministra. Dlatego, moim zdaniem, najlepszym pomysłem na bezinflacyjne podwyżki w sferze budżetowej jest redukcja klina. Niebezpieczeństwo przyspieszenia wzrostu cen jest w takim przypadku bardzo małe, ponieważ nastąpi jedynie przesunięcie części strumienia popytu.
Poruszamy się po wąskiej ścieżce
Czy planuje pani jeszcze jakieś pociągnięcia nieprzyjemne dla budżetu, a korzystne dla gospodarki?
Rozważamy obniżenie składki na Fundusz Pracy i połączenie go z Funduszem Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Dziś ta składka wynosi 2,45 procent i aż tak wysoka nie jest potrzebna. Wydaje się, że stawka 1 - 1,2 proc. jest wystarczająca. Jednak fundusz ma długi. Dopóki ich nie spłaci, nie można tego ruszać.
Program wsparcia rodzin ma kosztować 17,5 mld zł - docelowo 4 miliardy rocznie, kolejne 20 mld zł straci budżet na obcięciu składek rentowych, a jeszcze trzeba pamiętać, że od 2009 roku będziemy mieli tylko dwie stawki podatkowe. Skąd budżet weźmie na to wszystko pieniądze?
Wprowadzenie od początku 2009 r. jednego wysokiego progu z dwiema niższymi stawkami w PIT będzie kosztować ok. 8 mld zł. Odmrożenie progów w PIT już nas sporo kosztuje. Co istotne, wszystkie sygnalizowane koszty zmniejszenia klina i obniżki podatków rzetelnie uwzględniliśmy w programie konwergencji poprawionym w końcu ubiegłego roku. Nasz impet legislacyjny, a także analityczny skierowany jest w tej chwili na upewnienie się, że będziemy w stanie sfinansować znaczne ubytki, jakie powstaną w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w związku z obniżeniem składki rentowej. Chcemy mieć pewność, że nie naruszymy jednocześnie zobowiązań wobec Unii, które złożyliśmy w programie konwergencji. Poruszamy się wprawdzie na dość wąskiej ścieżce, ale jesteśmy bardzo ostrożni.
Czyli zapisany w programie konwergencji wzrost PKB na poziomie nieco powyżej 5 proc. jest wystarczający, żeby sfinansować te wszystkie programy?
Te 5 proc. jest wystarczające, żeby się dostosować do oczekiwań komisji i mieć pewność, że deficyt całego sektora w 2007 r. wyniesie 3,4 procent, w 2008 - 3,2, w 2009 - 2,9 proc. PKB.
A skąd dodatkowe dwadzieścia miliardów na składki, parę miliardów na dzieci...
Uwzględnialiśmy te skutki, chociaż nieco skromniej. Pisząc program, zakładaliśmy mniejszą redukcję klina - obniżkę z 13 do 7 procent stawki składki rentowej i wykonanie późniejsze o pół roku. Co się zmieniło w stosunku do programu konwergencji? Zmieniło się tyle, że redukujemy klin podatkowy nie o 6, ale o 7 punktów, a więc do 6 procent, i robimy to pół roku wcześniej. Jednak przypomnę, że i tak jest to pół roku później wobec planów z wiosny ubiegłego roku. Obecny wariant reformy jest więc nieco kosztowniejszy. Ale i nasze prognozy wzrostu gospodarczego zostały znacząco podwyższone. Liczyliśmy na tempo nieco powyżej 5 procent, a obecnie osiągalny jest przyrost rzędu 6 procent PKB w 2007 r. Sprzyja nam nawet tegoroczna wiosenna zima.
Jesteśmy spragnieni sukcesu i jeszcze nierozpieszczeni
Na giełdzie mieliśmy głęboką korektę kursów. Czy nie obawia się pani, że to osłabi wzrost naszej gospodarki?
To zależy, jak głęboka i trwała będzie ta korekta. Dla nas równie ważne jest tempo wzrostu gospodarki chińskiej. Nie mamy pewności co do perspektyw rozwoju tej gospodarki. A są one ważne także dla trwałości procesów ożywienia gospodarek zachodnioeuropejskich, zwłaszcza niemieckiej. Do tego dochodzą silne, lecz delikatne związki dolara z azjatyckimi rynkami finansowymi. Świat jest pełen niepewności co do perspektyw globalnej koniunktury. Na dodatek giełdy ewoluowały w sieć gigantycznych kasyn gry, w których na ogół się wygrywa, i miliony ludzi uznały, że tak to będzie już zawsze. Ale fundamenty wzrostu gospodarki polskiej są mocne. Źródłem naszych sukcesów jest hardość i kreatywność. Jesteśmy spragnieni sukcesu i jeszcze nierozpieszczeni. Dlatego nasz wzrost i tak sięgnie 6 - 6,5 proc. PKB. Ale marzyłoby się ponad 7.
Pani minister, wszystkie te reformy opierają się na założeniu, że nasz wzrost gospodarczy będzie wysoki. Co na to Unia Europejska?
Wybieram się do Brukseli w tym tygodniu z panem prezydentem na Radę Europejską. Wstępnie porozmawiam z panem komisarzem Joaquinem Almunią. Jesteśmy umówieni na rozmowy w sprawie perspektyw rozwoju gospodarki polskiej i realizacji programu konwergencji na przyszły piątek. Komisja Europejska z jednej strony przyznała, że finanse państwa polskiego są w perspektywie kilkunastoletniej najbardziej stabilne ze wszystkich finansów państw UE, bo mamy za sobą reformę emerytalną, która wprawdzie utrudnia nam wypełnienie zobowiązań wobec Unii, ale daje dobre i korzystne perspektywy. Z drugiej strony Komisja Europejska przyznała, że musi skorygować swoje prognozy tempa wzrostu gospodarki polskiej w 2007 roku. Pierwotnie upierali się przy 4,6 proc. dla PKB, ale zrewidowali to na 6 proc. Jednocześnie jednak cały czas obstają, że nie uzyskamy deficytu sektora rządowego i samorządowego na poziomie 3,4 proc. w 2007 r. Zdaniem Komisji Europejskiej będzie to 3,7 procent. Ja widzę pewną niespójność poglądów Brukseli. My nie mamy żadnej wątpliwości, że zrealizujemy swój plan konwergencji, pomimo że chcemy pół roku wcześniej zrezygnować z części wpływów i silniej obniżyć klin podatkowy. Nie mamy żadnej wątpliwości, że zmieścimy się poniżej 3,5 procent PKB w 2007 r., jeśli chodzi o deficyt sektora. I chcemy dotrzymać prognozy na przyszły rok na poziomie poniżej 3,2 procent i poniżej 3 procent w 2009. Przy czym pamiętajmy, że mamy swoisty garb w postaci rozliczania wydatków na OFE. Tylko z tego tytułu deficyt sektora wynosi 2 procent PKB. To deficyt papierowy, ale tak liczyć musimy, niestety. Drugi rok z rzędu obniżamy cały deficyt w relacji do PKB o ok. pół punktu procentowego rocznie. Począwszy od 2007 r., maleje relacja wydatków publicznych do PKB. Następuje stopniowa, lecz zauważalna poprawa.
Ale czy Bruksela nie naciska na nas, abyśmy zamiast ciąć podatki, redukowali jeszcze bardziej deficyt?
Ja myślę, że oni są w pełni świadomi, że wykazanie nadwyżki w sektorze rządowym i samorządowym, jak to się udało np. Estonii, w Polsce nie jest jeszcze możliwe. Choćby z racji tylko reformy emerytalnej.
Czyli te 30 miliardów złotych deficytu budżetowego nikogo w Brukseli nie denerwuje?
Nie, bo wszyscy wiedzą, że to jest zapasowy spadochron. Wiadomo, że ta asekuracja jest niezbędna na etapie uchwalania budżetu. Natomiast wykonania budżetu są w Polsce tradycyjnie lepsze od planów.
Redukcja klina powstrzyma tsunami
Wracając do planu obniżenia składki rentowej. Jak duża grupa Polaków odczuje to w swojej kieszeni?
Wszyscy zatrudnieni. Ponieważ składkę płaci się od zarobków w przedziale nieprzekraczającym 30-krotności średniej płacy, osoby dużo zarabiające niewiele zyskają. Ale dużo liczniejsza jest rzesza osób zarabiających miesięcznie mniej niż 2,5-krotność średniej krajowej i one wyraźnie zyskają na wzroście wynagrodzenia netto. Dotyczy to zwłaszcza pracujących w sferze budżetowej.
Dlaczego zwraca pani tak szczególną uwagę na pracowników budżetówki?
Dzięki redukcji klina chcemy osiągnąć trzy cele. Pierwszym i najważniejszym jest trwałe zmniejszenie wysokich pozapłacowych kosztów pracy. Dziś zatrudnieni często dogadują się z pracodawcami, że podejmą pracę na czarno albo nie będą wykazywać w pełni uzyskiwanych dochodów, żeby uniknąć płacenia składek na ZUS. Dlatego obniżenie składek jest celem samym w sobie. Ale są jeszcze dwa dodatkowe cele. Po pierwsze podwyżki wynagrodzeń osób zatrudnionych w sferze budżetowej. Co i tak jest społecznie nieuchronne oraz uzasadnione z ekonomicznego punktu widzenia. Po drugie, chodzi o wyprzedzenie presji płacowej, z którą mamy do czynienia w Polsce. Żeby ta fala oczekiwań na podwyżki nie przybrała formy tsunami i nie wywołała konfliktów, wprowadzamy redukcję klina podatkowego. To de facto oznacza wzrost wynagrodzeń. Jednak w sektorze rynkowym to może mieć charakter przejściowy. Nie będzie bowiem przeszkód do renegocjacji umów o pracę. Wówczas, po kilku, kilkunastu miesiącach dla części grup pracowniczych efekt tej podwyżki wygaśnie, natomiast pozostanie obniżka pozapłacowych kosztów pracy.
Jakie są scenariusze rekompensowania ubytków składki w finansach ZUS? Czy dopuszcza pani możliwość zaciągania przez ZUS pożyczek?
Możliwość istnieje, ale lepiej z niej nie korzystać. To jest oczywiste, że jeżeli państwo ma wolę obniżenia stawki którejś ze składek na ubezpieczenie społeczne, to kompensuje to w finansach ZUS większymi dotacjami. Wiadomo, że Skarb Państwa najkorzystniej pożycza pieniądze, minister finansów wykonuje to zadanie przy użyciu wyspecjalizowanych instrumentów, pod kontrolą parlamentu, wedle powszechnie przyjętych zasad i procedur. Po cóż więc przymuszać ZUS do zaciągania kredytów, gdy będą one mniej korzystne dla państwa? Zresztą kondycja Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jest coraz lepsza, a jego zadłużenie na koniec 2006 r. zmalało do ok. 2,6 mld zł.
Na jakim etapie znajdują się prace nad ustawą o reformie finansów publicznych?
Ustawa jest prawie gotowa i będzie do końca marca przedstawiona opinii publicznej oraz skierowana do tzw. uzgodnień międzyresortowych. Jeszcze nad nią pracujemy, mamy czas do końca marca. W niej jest to wszystko, co miało być. Po pierwsze, likwidacja zakładów budżetowych. Po drugie, likwidacja gospodarstw pomocniczych. Po trzecie, likwidacja samorządowych funduszy celowych. Po czwarte, likwidacja wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej. Po piąte, zmiana statusu wielkich funduszy państwowych. Po szóste, wprowadzenie audytu zewnętrznego. Likwidacja części agencji i rozmaitych instytucji, łączenie części z nich. Niektóre muszą pozostać. Agencja Rynku Rolnego, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa - przecież to są agencje płatnicze.
Jak nie my, to kto
Czy wszystko uda się przeprowadzić?
Oby się udało. To są zamiary naprawdę poważne. Jak w znanej piosence kabaretowej: "Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?".
Przedstawi pani obie ustawy razem?
I wiele jeszcze innych ustaw. Zamysły reformatorskie są dużo poważniejsze. Mamy szczerą wolę skonsolidowania aparatu celnego z aparatem skarbowym. Stosowne projekty ustaw znajdują się na etapie uzgodnień wewnątrzresortowych, podobnie jak ustawa o finansach publicznych. To będzie bardzo duża zmiana. Mamy też plan istotnej zmiany finansowania budowy, rozbudowy i modernizacji dróg, co wymaga zmiany ustawy o autostradach płatnych i Krajowym Funduszu Drogowym. W trakcie przygotowania jest sześć projektów ustaw dotyczących rynku finansowego, w tym trzy powinny w najbliższych dniach zostać rozpatrzone przez Radę Ministrów. Innymi słowy, podejmujemy spory wysiłek legislacyjny w kwestii obowiązków państwa jako regulatora rynku finansowego. I to w odniesieniu do rynku ubezpieczeniowego, bankowego i kapitałowego.
Jakie zmiany czekają rynek kapitałowy?
Chcemy zrobić wiele rzeczy, wprowadzić na przykład tak zwaną krótką sprzedaż. Chcemy cywilizować ten rynek finansowy. To jest rdzeń współczesnego państwa. Forsuję też zmiany w zasadach udzielania ulg, umorzeń i odroczeń podatkowych. Od siedmiu lat jest to zadanie naczelników urzędów skarbowych. Przygotowujemy zmianę polegającą na obowiązku zasięgania przez te organy opinii ministra. Ulgi, umorzenia, odroczenia podatkowe są instrumentami udzielania pomocy publicznej. Państwo powinno starannie monitorować te procesy i kontrolować ich skutki. Przede wszystkim nie wolno dopuszczać do podejrzeń, że lokalni biznesmeni w porozumieniu z pracownikami aparatu skarbowego załatwiają sobie umorzenia podatkowe. Przed laty było to uprawnienie ministra finansów, następnie zostało w całości przekazane aparatowi skarbowemu. Natomiast minister finansów ma nadal obowiązki publikacyjne i niektórzy myślą, że skoro informuje, to także zwalnia z podatków. Otóż nie, często minister nawet nie wie, że jakieś zwolnienie jest udzielane, dowiaduje się grubo po fakcie. Ciekawy przykład bezładu, prawda?
Rozmawiali Elżbieta Glapiak i Paweł Jabłoński
____________________________________________________
http://rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_070309/ekonomia/ekonomia_a_1.html
Co by nie pisać, jest to kolejny zwiastun interesującej wiosny w polityce... Ciekawe, jaką postawę przyjmie największa partia opozycyjna, której jeszcze wczoraj Tomasz Lis radził (vide mój poprzedni post) "rzucenie się do gardła" rządzącym, bo... "wszystko się sypie".
Być może. Na dłuższą metę lepiej się sprawdza jednak dyskusja merytoryczna, niż obustronne szczucie.
Zachęcam.
Inne tematy w dziale Polityka