Prezydent ma prawo wątpić, czy nowy traktat uda się wprowadzić w życie do 2009 roku. Nawet jeśli tak myśli, to po co zaraz o tym mówić głośno? - zastanawia się w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" Jacek Pawlicki. Naprawdę, robi wrażenie fakt, że pan Jacek przyznaje prezydentowi prawo do posiadania poglądów odmiennych, niż jego własne, nawet jeżeli zaraz za nim pojawia się wątpliwość, czy posiadając takie przekonania, głowa państwa powinna je artykułować.
Mamy więc deja vu z publicznej "debaty" przed referendum akcesyjnym. Okazuje się, że nie warty wzmianki jest np. merytoryczny drobiazg - proponowany przez "starą Unię" podział mandatów w Parlamencie Europejskim... Podobnie, jak w czasie negocjacji akcesyjnych najważniejsze jest "święto", a nie dyskusja o realnych interesach RP na forum Unii.
Tymczasem wśród dzisiejszych newsów agencyjnych jest i taki:
Wiceminister spraw zagranicznych Paweł Kowal powiedział, że Polska nie będzie 'hamulcowym' w procesie przyjmowania traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej. Paweł Kowal odniósł się w ten sposób do słów Lecha Kaczyńskiego. Prezydent stwierdził bowiem, że przyjęcie tego dokumentu będzie możliwe prawdopodobnie dopiero w 2011 roku, po polskiej prezydencji w Unii. Gość radiowych 'Sygnałów Dnia' przypomniał, że traktat został odrzucony w referendach w kilku krajach członkowskich Wspólnoty. W naszym kraju natomiast takiego głosowania nie było, dlatego nazywanie Polski 'hamulcowym' jest - w opinii wiceszefa MSZ - nieuzasadnione. Paweł Kowal podkreślił, że słowa prezydenta są wyrazem realizmu, bowiem przygotowanie traktatu jest skomplikowanym procesem dyplomatyczno-prawnym. Dodał, że proces tworzenia Deklaracji Berlińskiej był swoistym testem, jak można kooperować w sferze słów konstytuujących Unię i jak osiąga się kompromisy. (kif, Polskie Radio)
http://rzeczpospolita.pl/News/1,10,64874.html#64874
Doceniam łaskawość pana Jacka dla polityków, którym jego gazeta zarzuca skłonności autorytarne, jednak wolałbym, żeby w centrum debaty były rzeczy nieco inne, niż "zepsute święto". Baloniki zawsze można nadmuchać, platformy wypożyczyć i zorganizować kolejną "Paradę Schumana". Zwłaszcza, że z dużym prawdopodobieństwem zapłacą za nią instytucje unijne. Za kolejny bezrefleksyjny kompromis możemy płacić - dla odmiany - my.
Inne tematy w dziale Polityka