Komentarze awantury na wczorajszym meczu w Wilnie zajęły pokaźną część dzisiejszych salonowych wpisów (również w części "polityczniej"). Zabawnie czytało się szereg wypowiedzi... kibców klubów zwaśnionych z warszawską Legią. Na ich stadionach oczywiście mozna spotkać wyłącznie buddyjskich mnichów. Ubawiłem się setnie.
Własny komentarz rozpocznę od ciekawostki, która nikogo z "ludzi mediów" (zarówno "konserwatywnych", jak i "liberalnych") nie obeszła. Właśnie upływa rocznica akcji "Ostra Brama" (walki AK o wyzwolenie Wilna, 7 - 13 lipca 1944). Wczoraj na słynnej Rossie można było zrobić takie zdjęcie:
Nie pisałbym o tym, tak jak o wielu wcześniejszych podobnych wydarzeniach, bo to rzecz naturalna i robiona z przekonania, a nie dla poklasku. Jednak dzisiejsze dyskusje zakładające wszelkie generalizacje, przypominają zeszłoroczne wiece PiS i PO w Warszawie, gdy gospodarz każdego z nich twierdził: "tu jest Polska". A Polska była tu i tam.
O wydarzeniach ze stadionu pisał nie będę, m.in. dlatego że mnie tam nie było. Napiszę natomiast, że z niecierpliwością czekam na komentarze, że np. z powodu awantury na juwenaliach, należy aresztować wszystkich studentów (niech będzie: tylko tych z danego miasta), a podobne wydarzenia na festiwalu muzyki thrash/death-metalowej przekładają się na opinię o fanach takiego gatunku. Zwłaszcza jeżeli na kilka tysięcy uczetników będzie przypadało kilkudziesięciu policjantów lub ochroniarzy.
Wszystkim salonowiczom, którzy przy okazji informacji politycznych tropią piętrowe manipulacje mediów, radziłbym wziąć głębszy oddech. A ja tymczasem zaproponuję lekturkę:
"Najlepiej nam było przed wojną..." - brzmi refren popularnej piosenki. Jednak współczesny kibic mógłby się czuć nieswojo na pierwszoligowych stadionach. Wówczas nikt nie śmiał myśleć o chodzeniu w barwach, flagi były obecne jedynie na masztach a pirotechnikę można było podziwiać tylko w Sylwestra. Dominowała publika odziana w szykowne garnitury, przeważnie w średnim wieku bo młodzież nie zaliczała się do stałych bywalców trybun, tak jak ma to miejsce obecnie. Za to zbliżona do obecnej była frekwencja i przepaść jaka dzieliła w tym temacie Polskę od Zachodu. W 1929 roku, największą średnią widzów mogła się pochwalić Cracovia - niewiele ponad 2900 na mecz. Na tle spotkań w Europie Zachodniej takie wielkości wręcz śmieszyły a prasa wręcz rozpływała się nad popularnością futbolu w Europie. W 1929 roku "Przegląd Sportowy" donosił że na finale Pucharu Anglii zjawiło się 140 tysięcy widzów a ponad 300 tysięcy musiało odejść z kwitkiem od kas. Z kolei na mecz Anglia-Szkocja zjechało do Londynu 35 pociągami specjalnymi ponad 25 tysięcy kibiców szkockich. W komentarzach przewijało się pytanie - kiedy tak będzie u nas? A miało być nieprędko, bowiem polski futbol dręczyła zmora, która męczy nas również dzisiaj - brak odpowiednich stadionów. Problem ten miało rozwiązać budowa dwóch nowoczesnych obiektów, wojskowego przy Łazienkowskiej i reprezentacyjnego na Szczęśliwicach. O ile ten pierwszy udało się ukończyć, to drugi pozostał na deskach kreślarskich architektów. Mimo katastrofalnej sytuacji, za wstęp na mecze ligowe trzeba było zapłacić. W latach 30-tych najbardziej zasobny portfel musiał mieć kibic, który chciał uczęszczać na mecze Legii. Jak widać po 70 latach nic się nie zmieniło... Mimo to niektórzy mogli wejść na stadion za darmo, o czym świadczy komunikat, wystosowany przez warszawskie kluby: "Kluby ligowe z Warszawy znoszą bezpłatne bilety na mecze ligowe, wprowadzając w ich miejsce bilety ulgowe. Bilety bezpłatne przysługiwać będą jedynie graczom". I tutaj również możemy znaleźć analogie do naszych czasów, bowiem ten przywilej ostał się do dzisiaj, chociaż można się kłócić czy słusznie... Jak zachowywała się publiczność? Z relacji prasowych wynika że nie należała do najspokojnieszych. Najwięcej zastrzeżeń budzili kibice na Górnym Śląsku i w Warszawie. Ci pierwsi swego czasu "wsławili się" pobiciem piłkarzy Cracovii, z kolei stołeczni fani budzili powszechne zgorszenie niewybrednymi okrzykami pod adresem zespołu przeciwnika. "Piłkarska Polska staneła na skraju przepaści, w głębi której kryją się potężni wrogowie, jak absolutna depopularyzajca tego sportu, wśród kulturalnych warstw społeczeństwa a nawet zamykanie boisk przez władze bezpieczeństwa" - lamentował w 1931 roku dziennikarz "PS". W kontekście tego, co napisałem na wstępie, stadionowe ekscesy wydają się co najmniej dziwne. Trudno wśród statecznych obywateli szukać stadionowych rozrabiaków, gotowych wszczynać burdy. W tym momencie znów warto sięgnąć do ówczesnej prasy. Otóż nierzadko inicjatorami czy wręcz prowodyrami byli... działacze i dziennikarze, przeważnie pracujący dla lokalnych gazet. W 1937 roku na meczu sosnowieckego "Płomienia", miejscowy kierownik drużyny, dzielił się swoimi uwagami na temat pracy sędziego z widzami, sugerując niedwuznacznie, co z takim łotrem należałoby zrobić. Kibice zaś wzieli sobie te uwagi do serca, wbiegając na murawe aby dokonać samosądu. Arbiter salwował się ucieczką a zarząd podokręgu piłkarskiego w Sosnowcu, zdyskwalifikował kierownika-prowokatora na okres 2 lat. Z kolei w Warszawie, swego czasu złą sławą przez wzgląd na brutalną grę, cieszyli się piłkarze klubu "Gwiazda". Dzielnie sekudnowali im kibice, uznawani za jednych z najbardziej szowinistycznych w stolicy. W marcu 1930 roku, właśnie ta drużyna rozgrywała spotkanie o mistrzostwo klasy A (czyli zaplecza ligi), z zespołem rezerw Warszawianki. Zawody rozgrywano na boisku Legii. Spotkanie toczyło się w napiętej atmosferze, podgrzewanej głównie przez zwolenników "Gwiazdy". Kiedy gracz Warszawianki, Luxenburg zdobył bramkę dla swojego zespołu, wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Szczęśliwy strzelec nie cieszył się długo ze zdobycia gola, bowiem bramkarz "Gwiazdy" wymierzył mu "karę", kopiąc go z tyłu. Kiedy Luxenburg odwrócił się, chcąc ukarać agresora, otrzymał od stojącego obok obrońcy cios w twarz, po którym padł nieprzytomny na boisku. Wywiązała się ogólna bijatyka między graczami obu drużyn. Piłkarzy Gwiazdy z miejsca wspomogli oczywiście kibice, którzy tylko czekali na taką okazję. Zimną krew zachował tylko jeden z działaczy, major Piasecki, który uruchomiwszy hydrant, nakazał ochłodzenie rozgrzanych głów awanturników. Jest to chyba pierwsze, udokumentowane, użycie "armatki wodnej" na obiektach Legii. Nieustającą bolączką były obelgi rzucane z trybun, zazwyczaj komentujące postawę sędziego bądź grę przeciwnika. Oczywiście nie ma żadnego porównania z dniem dzisiejszym, bo w przedwojennej Polsce sędzia mógł być co najwyżej "kaloszem", ale i tak dla ówczesnych obrońców moralności, "chamstwo na stadionach" było jednym z ulubionych tematów. "Co innego, że atmosfera na boisku Legii jest dla drużyn przyjezdnych więcej niż przykra. Najwyższy czas aby zarząd Legii zajął się takimi widzami i pouczył ich, że dobre wychowanie jest cechą równie cenną w salonie, jak na trybunie sportowej" - tak "Przegląd" upominał kibiców wojskowych po meczu z Cracovią w 1928 roku. Nie inaczej było podczas spotkań lokalnego rywala, Polonii. Ubolewano że większość epitetów, pochodziła zazwyczaj z miejsc zarezerwowanych dla prasy i klubowych działaczy. Podejrzewano nawet że klub niedostatecznie kontroluje kibiców, którzy zajmują nieuprawnione dla nich miejsca, bo trudno było uwierzyć że tak zachowują się ludzie, którzy powinni dawać przykład bezstronności. Oczywiście dziennikarze nie byliby sobą, gdyby nie publikowali "programów naprawczych" sytuacji na trybunach. Porównując sytuacje z teraźniejszością, nic się pod tym względem nie zmieniło, z jednym tylko wyjątkiem - przedwojenni redaktorzy wypowiadając się na temat kibiców i ich zachowania, zazwyczaj bywali na stadionach. "Do akcji uzdrowienia stosunków trzeba wziąć się od zaraz, stosując środki jak najbardziej radykalne" - apelował "PS". "Zdaniem naszym wystarczy, aby spośród odpowiednio rozstawionych między publicznością dwudziestu funkcjonariuszy (tj. porządkowych - przyp. R.S.), tylko kilku zwróciło się do posterunku policji boiskowej o ostentacyjne wyprowadzenie prowokacyjnie zachowującego się widza, a panowie zamilkną natychmiast. Jeśli bowiem ktoś zdobywa się na demonstrowanie prymitywizmu swojej natury, musi być zwalczany w identyczny sposób - brutalnie i bezwzględnie. Aby zatem zaś taki brutal nie wnosił potem pretensji o zwrot kosztów biletu, władze piłkarskie winny przypominać klubom o tablicach urzędowych, tyczących się zachowania publiczności podczas zawodów. Nie trzeba dodawać że funkcjonariusze klubowi muszą być ludźmi poważnymi. Zdaniem naszym funkcjonariusze winni spełniać swe funkcje parami, tak aby jeden zostawał przy winowajcy, a drugi udawał się po policję." Jak widać nikt nie myślał ani o zamykaniu stadionów, ani podwyżkach cen biletów.
Rafał Slaski, "Nasza Legia"
Taka ciekawostka. A z kibicowania warszawskiej Legii byłem, jestem i będę dumny.
Inne tematy w dziale Kultura