W przeddzień Święta Niepodległości, Marszałek Sejmu był łaskaw udzielić następującej wypowiedzi:
- Nie można łączyć mandatu posła z funkcją dyrektora muzeum. Takie jest prawo. Nie może być świętych krów - to komentarz marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego do sprawy Jana Ołdakowskiego. Dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego jest oburzony zapowiedzią wygaszenia jego mandatu.
- Nie ma tu nic do rzeczy, czy to jest dobre muzeum, czy nie. Nie wolno łączyć bycia posłem czy senatorem z funkcjami podległymi samorządowi, takimi jak dyrektor instytucji kulturalnej, szkoły czy bibliotekarz – podkreślił Komorowski. Jak dodał, o północy minął termin dokonywania wyboru przez posłów i senatorów i znakomita większość wybrała mandat.
(źródło)
Stanowisko takie zostało zajęte po otrzymaniu - nie jestem pewny, czy również lekturze - oficjalnego stanowiska Marszałka Sejmu, załączonych do niego ekspertyz pp. prof. Kuleszy i Jaroszyńskiego oraz Mirosława Granata (sporządzonej na papierze firmowym sejmowego Biura Studiów i Ekspertyz). Jaki jest ich kluczowy punkt? Oczywiście:
(...) art. 30 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora nie znajduje zastosowania do pracowników samorządowej instytucji kultury, bez względu na stanowisko, na którym wykonują swoją pracę.
Z ekspertyzy prof. Michała Kuleszy
Jak widać, na życzenie samego zainteresowanego, Marszałek Sejmu w 2005, opierając się na ekspertyzach największych autorytetów w tej dziedzinie, w trybie formalnym, poinformował o prawnej wykładni przyjętej przez siebie (urząd, nie osobę). Stan prawny się nie zmienił, tymczasem nowy Marszałek Sejmu opowiadając o pracownikach szkół i bibliotek albo wprowadza publikę w błąd, albo nie interesuje go aspekt prawny. Można tylko przypuszczać, że prawdopodobną przyczyną takiego stanu rzeczy jest próba "skoku" warszawskiej PO na instytucję Muzeum Powstania Warszawskiego w sytuacji, gdy pozycja jego bardzo popularnego (również, a nawet przede wszystkim wśród Kombatantów) twórcy i dyrektora jest nienaruszalna i wyprowadzenie bezpośredniego ataku byłoby politycznym samobójstwem, tysiąckrotnie przebijającym motyw Stadionu Narodowego w Łomiankach, czy Łembełtowie.
Dlaczego wybrałem wariant braku zainteresowania prawną stroną problemu. Otóż wdrażający rządy miłości Marszałek Sejmu otwartym tekstem zadeklarował, jakie jest jego podejście do oficjalnego stanowiska... Marszałka Sejmu, popartego trzema jednobrzmiącymi ekspertyzami:
Komorowski ustosunkował się do twierdzeń Ołdakowskiego, który powołuje się na opinie ekspertów ds. samorządności - prof. Michała Kuleszy i prof. Adama Jaroszyńskiego. Według nich, dyrektor instytucji kultury nie jest pracownikiem samorządowym i choć pieniądze na muzeum idą z budżetu miasta, nie jest ono bezpośrednio nadzorowane przez władze Warszawy. Dlatego Ołdakowski może być i dyrektorem, i posłem.
- Opinie prawników mogą być różne, ale wykładnia prawa, którą tworzy parlament jest jasna - powiedział Komorowski. - Ja stoję na straży prawa takiego, jakie istnieje i to nie podlega dyskusji. Ołdakowski powinien powiadomić marszałka, że rezygnuje z mandatu, a tego nie zrobił.
(źródło)
Pozostaje najpikantniejsza przyprawa na tym wspaniałym Irish Stew. Conajmniej awagardowy wniosek, że poseł dysponujący oficjalnym stanowiskiem Marszałka Sejmu, popartym opiniami sygnowanymi przez sejmowe Biuro Studiów i Ekspertyz jest zobowiązany do realizacji wykładni przepisów przeciwnej do sformułowanej w tych dokumentach. Słyszałem wczoraj głosy, że mimo iż stan prawny się nie zmienił, B. Komorowski mógłby podważyć oficjalne stanowisko Marszałka Sejmu z 2005 powołując się na zasadę dyskontynuacji. Zwracam więc uwagę na pewien drobiazg - dotyczy ona: wszelkich spraw, wniosków, czy procedur nie zakończonych w poprzedniej kadencji. Gdyby w 2005 żadne stanowisko nie zostało zaprezentowane J. Ołdakowskiemu, nowy Marszałek Sejmu mógłby sprawę wykładni przepisów odnoszących się do tej kwestii prowadzić od początku, nie uznając wcześniejszych ekspertyz.
Rzecz sprawia wrażenie lekko żenujące, zwłaszcza w sytuacji, gdy z jednej strony mamy ekspertyzy, a z drugiej opinie B. Komorowskiego, które - zważywszy na poziom arbitralności w zestawieniu z brakiem znajomości/ignorowaniem stanu prawnego - mieszczą się raczej w kategoriach aparatczykowskiej publicystyki. Zwłaszcza użycie sformułowania "święta krowa" (których to zwierzaków w Irlandii II ma nie być - w końcu to nie Indie II) w kontekście J. Ołdakowskiego jest znaczące. Nasi cowboye mający aspiracje do selekcji w stadach zapominają jednak, że Irish Stew to potrawa z baraniny, a nie wołowiny ;) Być może szukają w złym miejscu... Przy okazji - czy ktoś może wie, gdzie są i co robią dwaj główni bohaterowie tekstu "Dojenie Platformy"? Ja trafiłem tylko na jeden ślad:
Marcin Rosół, podejrzewany o wyprowadzenie partyjnych pieniędzy i zawieszony przez władze PO, trafił do zarządu Agencji Rozwoju Mazowsza (...)
Dzięki rekomendacji PO do zarządu wszedł też Marcin Rosół, b. szef Biura Klubu Parlamentarnego PO. - Młody, dynamiczny - mówi o Rosole wicemarszałek Mazowsza Jacek Kozłowski (PO). Nie chce jednak zdradzić, kto zaproponował tę kandydaturę.
Tymczasem Marcin Rosół to jeden z bohaterów tekstu w "Newsweeku" "Dojenie Platformy" z czerwca ub.r. 28-letni Rosół był wówczas dyrektorem Biura Klubu Parlamentarnego PO i pełnomocnikiem finansowym sztabu wyborczego partii. Wcześniej pracował jako asystent sekretarza generalnego Platformy Grzegorza Schetyny i lidera PO Donalda Tuska.
Rosół wspólnie z Piotrem Wawrzynowiczem, wiceskarbnikiem PO, miał przez lata wyprowadzać pieniądze z partyjnej kasy. Według "Newsweeka" proceder trwał od wyborów do europarlamentu w 2004 r
(źródło)
Jakie jest oficjalne stanowisko Marszałka Sejmu (patrona warszawskiej PO) w tej sprawie? Czy ktoś zamierza fotel dyrektora Muzeum Powstania powierzyć Piotrowi Wawrzynowiczowi?
Moje podsumowanie tego wszystkiego jest zgodne ze spostrzeżeniami Roberta Mazurka, pointującymi krótki tekst "CBA is our friend" z wczorajszego "Dziennika" (nie znalazłem wersji elektronicznej).
Wymienia on "budzące wątpliwości" działania PO: pomysł na łączenie CBA z inspekcją finansową, który w zestawieniu z inicjatywą likwidacji finansowania partii politycznych z budżetu, na rzecz odpisu przez bywateli 1% PIT skutkowałoby sytuacją, w której w archiwach CBA leżąłyby stosy naszych formularzy PIT z wyszczególnieniem kto kogo finansuje. Biuro - w odróżnieniu od niedawnej sytuacji z dokumentami ZUS - nie potrzebowałoby niczyjej zgody na korzystanie z tych materiałów. Co się dzieje "w eterze" w kontekście tego wszystkiego? Ano nic.
Gdy Kaczor snuł bajania na temat Trybunału Konstytucyjnego. pianę toczyły nawet kręgi opiniotwórcze na Jamajce. Gdyby to ZIobro chciał rozszerzać kompetencje CBA, powstałyby setki listów Fiuta i Ćwiąkalskiego, artystka cierpiąca na globusa łkałaby, że musi emigrować, Manuela Gretkowska nie wyjeżdżałaby samochodem z garażu. Komitet Helsinski ogłosiłby, że to czysty stalinizm i "noc długich noży". Ale cóż, teraz nie musimy się o nic martwić, wszak Donald is our friend.
... jak pisze R. Mazurek.
Czy po zamilczaniu w "mediach głównego nurtu" wątków płk. Brochwicza, czy Mariusza Waltera w kontekście ich działań związanych z kreowaniem politycznej rzeczywistości to wszystko jest dziwne? Niespecjalnie. Jest to więc post w sam raz na Święto Niepodległości. Na razie dzień niepodległości Muzeum Powstania Warszawskiego ;)