Na początku rozmowy abp Wielgus wspomina jak to pacholęciem był i świnki pasał. Była bida i stalinizm... wierzę mu, że chadzał głodny i jadał głównie chleb ze smalcem popijając herbatą. Biedny, głodny, ambitny...
Potem pojawiają się konkrety o wyjeździe na stypendium Fundacji im. Alexandra Humboldta na Uniwersytecie Monachijskim w 1973 roku. Wielgus mówi: "Niezmiernie trudno było je dostać, bo było to bardzo dobre stypendium. Jeśli je uzyskał, człowiek był zupełnie niezależny finansowo."
Skąd te przyziemne myśli o "niezależności finansowej" w przypadku kogoś kto w drodze ze stacji kolejowej do domu odkrył, że "kapłaństwo to jego droga życiowa" to nie wiem... wiem, of koz że jestem teraz nieco cyniczny.
Potem pojawiają się wzmianki o złej esbecji, która molestowała nawet kleryków starających się o paszport przy wyjeździe do NRD. Aż strach pomyśleć jak SB musiała molestować księży znających dobrze niemiecki i mających szansę na wyjazd za żelazną kurtynę na uniwerek o światowej renomie...
Choć może nie było aż tak źle bo jak mówi abp Wielgus: "Na pewnym stopniu ogólności trzeba było z nimi, niestety, rozmawiać. Jeśli mi zależało na paszporcie, to nie mogłem powiedzieć panu z SB brutalnie 'odczep się'.
Czemu nie można było tym ubekom powiedzieć zdecydowanie "odczep się" skoro wielu innych tak jednak robiło tego się z wywiadu laurki jednak nie dowiemy. Z wywiadu wynika, że jednak warto było rozmawiać, choćby po to żeby móc ponownie w 1978 roku wyjechać na 'bardzo dobre stypendium, gdzie człowiek był zupełnie niezależny finansowo'.
W sumie, to ta cała esbecja była wielce litościwa - wystarczyło z nimi kilkanaście godzin poględzić na "pewnym stopniu ogólności" i otwierały się wrota na świat. Ot, taki tam zwykły "dialog operacyjny", a potem można było sobie siedzieć i zgłębiać "Quaestiones in libros Physicorum" Benedykta Hesse z Krakowa.
Z przedstawionej wersji wydarzeń wynika, że esbecja ulitowała się, wypchała sianem i za friko wydała paszport rezygnując z posiadania kontaktu operacyjnego w Monachium...
Takie to miałem przemyślenia przed obiadem... po obiedzie trochę się zmieniło, bo publikatory zapodały, że odnalazło się trochę zmikrofilmowanych akt z których wynika, że abp Wielgus już pod koniec lat 60-tych ględził sobie z esbecją...
Nie tak dawno tutaj napisałem, że przynajmniej część hierarchii kościelnej brała udział w "kontrakcie" jaki został ubity z odchodzącą bezpieką - tyle, że bezpieka głupia nie była: nie spaliła wszystkich "papierów wartościowych" jakie wytworzyła przez całe lata zbierając haki na opozycję, inteligencję i duchowieństwo...
Logika i kombinatoryka nasuwa mi myśl, iż abp Wielgus łgał w żywe oczy, wierząc iż płk Mroczek zatarł wszystkie ślady... no i chyba się "przejechał".
No to pięknie... ciekawe czy Watykan wyda z tej okazji kolejne "bezprecedensowe" oświadczenie, a abp Życiński ponownie będzie nawoływał do bojkotu gazet i programów telewizyjnych rzucających "nieuzasadnione oskarżenia"?
Teraz się dopiero zacznie... idę sobie w siną dal, żeby na te żałosne igrzyska nie patrzyć... jest parę ciekawszych rzeczy na świecie ;)
"Fanów" odsyłam do blogów Tomasza Terlikowskiego, Maćka Zielińskiego czy Gdańszczanina ;)
No to pa!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)