Czy Martin Heidegger zażywał środki psychoaktywne?
To pytanie zapewne po wielekroć stawiał sobie doktor filozofii*, p. Kamil Sipowicz, autor dysertacji p.t.Zagadnienia nieautentyczności i degeneracji w filozofii Martina Heideggera, napisanej i obronionej ze dwadzieścia lat temu z górą pod kierunkiem prof.Andrzeja Półtawskiego na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej ówczesnej Akademii Teologii Katolickiej (obecnie Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) w Warszawie. Jeśli ktoś się chce zapoznać, to może przeczytać książkę, która, jak sądzę, jest odpowiednio zredagowaną wersją dysertacji (K. Sipowicz, Heidegger: degeneracja i nieautentyczność, Warszawa 2005, Aletheia). Jak zatem zaraz (w trakcie przewodu sądowego) się okaże, rozmyślania filozoficzne wymagają nie tylko czasu spędzonego na lekturach, rozmów z kolegami - badaczami filozofii i filozofami (należy chyba te dwie kategorie odróżnić), ale również przyjęcia pewnych zabójczych dla tkanki mózgowej (i nie tylko jej), a w dodatku nielegalnych substancji. Nieustraszony badacz sięgnął i po to narzędzie! Pytanie tylko, czy jest to część prac nad habilitacją, czy też pomniejszych badań, i czy jest jakiś instytut naukowy, który firmuje użycie marihuany do badań filozoficznych. Niedługo później pewnie okaże się, że źródłem prawa w Polsce może być nie tylko wdzięczność premiera wobec naćpanego elektoratu, ale i Drzwi percepcji Huxleya.
Chyba lepiej będzie, panie doktorze, albo wzorem Platona mieszać w kraterze wino z wodą, albo pić legalną i dobrze nam znaną tanią i dobrą gorzałeczkę.
* b. dziękuję p. 4PoryRoku za wskazówkę.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)