613 obserwujących
1599 notek
9294k odsłony
840 odsłon

Dezintegracja

Wykop Skomentuj261

 

Gdzie te czasy, kiedy na s24 obok siebie można było znaleźć katarynę, Danza, Yarroka, Marylę, Rolexa, Foxxa, Aspirynę, michaela, Unicorna, Rekontrę, tada9 etc.? Wydają się one odległą, mglistą przeszłością. Może jeszcze akcja z chamską deanonimizacją kataryny przeprowadzoną przez redakcję pewnej gazety na de, której naczelny kazał się całować w de, stanowiła jakiś wspólny dla wielu stron punkt odniesienia, lecz otrząśnięcie trwało krótko i dziś też już nikt o nim nie pamięta.
 
Przez to, że ostatnie tygodnie spędziłem głównie na wakacyjnym wojażowaniu i życiu z dala od Sieci, to może jest mi łatwiej spojrzeć na pewne sprawy, a może też moje własne, nie ma co kryć, bardzo przykre doświadczenie z s24 i startowaniem z POLIS MPC (grudzień 2008), jakoś pomagają połączyć rozmaite wątki w całość. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że zarówno s24, jak i cała wartościowa część blogosfery przeszły poważną, skomplikowaną metamorfozę na przestrzeni ostatnich lat, polegającą na tym, że nastąpiła tak daleko idąca atomizacja środowiska ludzi mających coś sensownego do powiedzenia, iż można czekać dnia, gdy obszar debaty publicznej, w którą tyle osób z głową na karku było zaangażowanych, zamieni się nie tyle w klub brydżystów (gdzie każdy stolik zajęty jest własną grą), co klub szachistów-indywidualistów, gdzie każdy gra sam ze sobą, wertując książkę ze strategiami.
 
Ta perspektywa nie jest ani odległa, ani absurdalna. Nie chcę już wchodzić w powody emigracji tak wielu publicystów i komentatorów z s24, jak i powody, dla których ze środowiska emigracyjnego wytworzyło się wnet kilka grup blogerskich, które wzajemnie oskarżają się o najgorsze i w ogóle nie chcą siebie znać. Animozje te ujawniły się szczególnie przy okazji niedawnej akcji pacyfikującej osoby reprezentujące Blogmedia24 i doprawdy z ubolewaniem patrzyłem na to, jak ludzie kiedyś walczący ramię w ramię nagle sami okładają się pałami, jak w jakimś szale. Moim zadaniem nie jest dociekać kto kogo w jaki sposób i czym dotknął, kto komu jak za skórę zaszedł i kto komu jest winien przeprosiny – pragnę jedynie wskazać na parę rzucających się w oczy zjawisk, które świadczą o tym, że nie mamy do czynienia z procesem spontanicznym i przypadkowym.
 
Nie od dziś piszę o tym, że jednym z podstawowych, jeśli nie najważniejszym problemem polskiej współczesności jest to, że niemożliwa wydaje się do odtworzenia wspólnota narodowa. Sternicy przemian – ludzie, którzy uznali, że na kompromisie z sowieciarzami można zbudować wolne, niepodległe i nowoczesne państwo – pilnują na wszelkie sposoby, by nie zawiązywały się więzi międzyludzkie o charakterze narodowym. Zauważmy, jak wielką karierę zrobiło w III RP (oczywiście dzięki salonowym mędrkom) określenie „społeczeństwo obywatelskie”, a z jaką niechęcią, jeśli nie pogardą, przywoływany jest zwrot „naród polski” czy „polska wspólnota narodowa”. O tym, że mamy do czynienia z postpeerelem czy nawet neopeerelem świadczy przeniesienie z okresu komunistycznego i udoskonalenie przez establishment mechanizmów skłócania ludzi (pozwalających na blokowanie zawiązywania się więzi). Mechanizmy te były widoczne już u zarania neopeerelu, gdy nie chciano wprost słyszeć o rozliczeniu komunistów i gdy sumiennie dbano o to, by ich lądowanie w „nowej rzeczywistości” było miękkie, czyli by komunistom żyło się lepiej w obecnej Polsce niż w „Ludowej” (!). Zalegalizowanie sowieciarzy jako pełnoprawnych uczestników życia społecznego, politycznego i ekonomicznego nie mogło nie podtrzymać (i zaognić) antagonizmów istniejących w polskim społeczeństwie jeszcze za poprzedniego reżimu, kiedy przecież widziało się na własne oczy, jak się powodzi ludziom związanym z czerwoną nomenklaturą. Kolejnym mechanizmem generującym w III RP trwały konflikt społeczny było zamykanie ust osobom czy grupom domagającym się budowy państwa na zdrowych fundamentach. Twierdzono, że taka (tzn. w istocie postkomunistyczna) ma być Polska, że „miłosierdzie wymaga”, by się „nie mścić”, że w szeregach sowieciarzy było pełno fachowców i nie można ich odstawiać na boczny tor, że nie można dyskryminować, i głoszono z całkowitą powagą tym podobne banialuki. To również nie mogło nie wywoływać antagonizmu (znów – przeniesionego z okresu peerelowskiego, kiedy to krytyka monopartyjnej nomenklatury była niedozwolona).
 
Oprócz jednak tych mechanizmów o skali, by tak rzec, globalnej (makrospołecznej), wprowadzono subtelne mechanizmy mikrospołeczne, generujące konflikty w skali wewnątrzgrupowej czy wewnątrzśrodowiskowej. Pilnowano tego, by pozostawały we wzajemnym (śmiertelnym zwykle) skłóceniu najrozmaitsze ugrupowania prawicowe i to skłócenie pokazywano potem jako dowód „obłędu zoologicznych antykomunistów” czy permanentnej niezdolności tychże ugrupowań do zajmowania się polityką na serio. Nie muszę dodawać, że w ten sposób tworzono przedpole do twórczych działań (powracających na ministerialne stołki zawsze w glorii chwały) komunistów, dla których władza jest żywiołem, odkąd do niej po trupach doszli z armią czerwoną. Te mechanizmy znakomicie funkcjonują przy próbie (przynajmniej częściowego) zrekonstruowania wspólnoty narodowej dzięki wykorzystaniu Internetu.
 
O tym, że blogosfera stanowi dla twórców i gloryfikatorów pseudodemokracji, czyli dla sterników, istotne zagrożenie, wiemy od lat i mamy na to wiele dowodów. Pewne też było od dawna, że (po okresie systematycznego lżenia, dezawuowania etc. co poważniejszych blogerów przez „komentatorów” czy innych publicystów z Bożej łaski) wcześniej czy później dojdzie do frontalnego ataku przeciwko niezależnym blogerom, ponieważ mimo rozdrobnienia na małe wspólnoty, blogosfera wciąż wykazywała się wpływem na opinię społeczną. Różne robiono podchody, w końcu w ramach „walki z chamstwem” rozmaite chamy w białych kołnierzykach zabrały się za rozwałkę kataryny, a przy okazji i innych blogerów. Ta akcja jednak okazała się tylko połowicznym sukcesem (zdemaskowanie blogerki a odejście paru głośnych redaktorów z gazety na de), między innymi dzięki temu, że przynajmniej część mainstreamu (także s24) opowiedziała się po stronie blogosfery. Z perspektywy czasu można jednak się zastanawiać (tego rodzaju wątpliwości zgłaszali niektórzy obserwatorzy już wtedy), czy faktycznie chodziło owej części mainstreamu o obronę bogosfery, czy raczej o walkę z redakcją gazety na de, której naczelny kazał się całować w de. Do takiej refleksji skłania kolejna, tym razem frontalna wojna z blogosferą, osnuta wokół prób zorganizowania uroczystości urodzinowych p. A. Walentynowicz – wojna w której s24 wziął tym razem czynny udział (wywalenie Maryli, 1Maud, Franka – być może wnet i Foxxa). Nie wchodzę tu w szczegóły, powiem tylko co się najbardziej rzuca w oczy. Po pierwsze, media, które przez długie lata neopeerelu wieszały ostatnie psy na Walentynowicz, naraz stanęły w jej obronie przed blogerami ukazanymi jako osoby nie tylko niepoważne, szukające wyłącznie własnego poklasku (skąd my to znamy), ale i jako oszustki/oszuści, jeśli nie złodzieje. Na kilometr widać było, że chodzi o zdyskredytowanie blogosfery, nie zaś o obronę czci Walentynowicz. To że akurat poszło o BM24 też nie było przypadkiem, bo to przecież to środowisko zorganizowało znakomitą, poruszającą konferencję dotyczącą 4 czerwca 1989 r. z udziałem Fedyszak-Radziejowskiej, Olszewskiego, Macierewicza, Michalkiewicza itd.
 
Po drugie (i to jest clue mojego wystąpienia), wyjątkowo zdumiewające jest to, że dezintegracja środowiska ludzi mających coś sensownego do powiedzenia zachodzi w obszarze generowanym przez medium służące chyba najbardziej wszechstronnej (z dotychczasowych) formie komunikacji. W pewnym momencie ktoś po prostu ucina dyskusję i nie chce rozmawiać, a przecież bez otwartej i szczerej rozmowy niemożliwe jest wyjaśnienie niczego. Niepoprawni.pl nie rozmawiają z BM24, BM24 z Blogpressem itd., a I. Janke (wraz z adminami) wywala nagle paru autorów s24, nie próbując nawet się upewnić, czy racja leży po jego (i administracji) stronie.
 
Jest coś złowrogiego w tych (zachodzących już dostatecznie długo, by ich nie dostrzegać) procesach dezintegracyjnych. Nie chodzi mi o to, że komuna i postkomuna na tym wygrywa, bo to oczywiste (zresztą środowisko komunistyczne jest największym zwycięzcą „obalenia komunizmu”). Chodzi o to, że osoby – zdawałoby się – walczące o to samo, nie tylko nie są w stanie ze sobą współdziałać, nie tylko nie są w stanie jakoś odłożyć na bok animozji, które zawsze się między ludźmi pojawiają (lecz które przecież są do pokonania przy odpowiedniej dozie dobrej woli), ale przede wszystkim nie potrafią ze sobą normalnie, spokojnie się skomunikować, choć wymaga to tak niewiele. W sytuacji więc, w której naszym psim obowiązkiem jest rekonstruować wspólnotę narodową, odbudowywać polską kulturę i wzmacniać polską świadomość narodową, niemal wszystkie inicjatywy na prawicy ulegają stopniowej dezintegracji i deprecjacji, można dojść do przekonania, jakby w kółko realizowany był ten sam scenariusz.
 
Ludzie dobrej woli działający na prawicy nie mają chyba do końca świadomości, jak wielkim wrogiem rzeczywistych przemian w Polsce jest komuna i postkomuna, i że są ważniejsze sprawy do załatwienia w tym kraju aniżeli „stawianie na swoim” w takim czy innym sporze wewnątrzśrodowiskowym. Innymi słowy, trzeba wiedzieć, że tylko działania na rzecz integracji środowisk (dążących do zakończenia epoki postkomunistycznej) i kooperacji w walce ze wspólnym wrogiem mają sens i wartość, albowiem działania pogłębiające rozpad tychże środowisk służą wyłącznie utrwaleniu status quo, w jakim gnijemy od 20 lat.
 
 
PS.
Głos Danza z Niepoprawnych.pl - http://faxflash.salon24.pl/121566,tad9-na-prezydenta
Wykop Skomentuj261
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale