614 obserwujących
1599 notek
9291k odsłon
496 odsłon

Wspólny Europejski Dom pn. "UE"

Wykop Skomentuj78

 

W znakomitej książce W. Bukowskiego i P. Stroiłowa „Unia Sowiecka czy Związek Europejski” (Warszawa 2005), przytoczone są wypowiedzi rozmaitych „mędrców tego świata”, którzy już pod koniec lat 80., a więc, kiedy jeszcze o idei superpaństwa ptaki specjalnie nie ćwierkały, planowali nie tylko zjednoczenie Starego Kontynentu i stworzenie federacji europejskiej, ale i włączenie w ten proces ZSSR, oczywiście, by doprowadzić do realizacji święte idee socjalizmu vel socjaldemokracji. Problemem było wprawdzie, czy cały ZSSR należałoby włączyć „do Europy”, czy tylko jego europejską część, lecz była to kwestia bardziej techniczna niż merytoryczna.
y 
 
Pozwolę sobie przytoczyć kilka co ciekawszych cytatów i na ich tle postawić kwestię zaangażowania rozmaitych środowisk uważających się za konserwatywne, katolickie i antykomunistyczne w proces konstruowania superpaństwa, może bowiem nie wiedzą one, że cały ten proces został już dawno zaplanowany albo też nie dostrzegają coraz wyraźniejszych dowodów na to, że takie superpaństwo (w dodatku o wyraźnie antykatolickim charakterze) powstaje. Wprawdzie V. Klaus otwarcie powiedział, że Czechy stracą państwową suwerenność, ale po pierwsze, jeśli tak faktycznie ma się stać, to jako głowa państwa powinien był do końca się takiej sytuacji przeciwstawiać, a po drugie jest to wołanie na głuszy, dziś dla wielu przeciętnych zjadaczy chleba bowiem pojęcie państwowej suwerenności jest zupełnie nieczytelne, nie wiedzą, ani o co chodzi, ani po kiego diabła mieliby wiedzieć, o co z tym pojęciem co chodzi. Wystarczy, że jest hipermarket w okolicy i karta kredytowa z jakimś zasobem na koncie. No i wozik, którym po shoppingu można wrócić przed telewizor.
 
Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że część ludzi uważających się za tzw. eurorealistów, jakkolwiek komicznie to brzmi, bo kojarzy mi się nieodłącznie z socrealizmem, wychodzi z założenia, że któregoś dnia Polska złapie wiatr w żagle i zwyczajnie wyjdzie na prostą nie tylko w swoich dziejach, ale i w polityce „unijnej” czy szerzej europejskiej. Do tej pory wprawdzie żadne przesłanki za tym nie przemawiają, można raczej odnieść wrażenie, iż im bardziej polskie drzewo się pochyla tym więcej kóz na nie wskakuje, ale czekać latka tatka oczywiście może (jeśli ma czas). Jeśli jednak uosobieniem polskiej siły na arenie międzynarodowej mogłaby być wybitnie operetkowa postać „ministra Radka Sikorskiego”, to niech nas Pan Bóg strzeże przed takimi politycznymi realistami. Tenże Sikorski na pytanie, co on na to, że USA dopiero w 2018 r. planują (a nie w 2015 r.) zabrać się za „nową tarczę”, wyśmiał dziennikarza, zarzucając mu, że „chciałby się targować”, a przecież wszystko dopiero muszą omówić „eksperci”. Tenże Radek (dziś coraz częściej Radosław) na wieść, że H. Clinton przedłuża pobyt w Maroku, a przecież on sam pojechał do USA właśnie z nią się spotkać, bez mrugnięcia okiem wykazuje się pełną wyrozumiałością dla tego rodzaju sytuacji. Oczywiście, ja się nie dziwię Clintonowej, bo niby czemu miałaby Polskę traktować poważnie? Mógłbym się wprawdzie dziwić, że operetka tak służy Sikorskiemu, ale przecież każdy gra w takim przedstawieniu, w jakim go zatrudniają, prawda? Nawiasem mówiąc, nawet wielcy politycy potrafią mieć chwile operetkowe, tak bowiem niedawno A. Merkel w Stanach zabłysnęła powiedzeniem, że jak ktoś grozi Izraelowi, to tak jakby Niemcom pogroził (http://www.dw-world.de/dw/article/0,,4854053,00.html). Chodziło w domyśle oczywiście o to, że armia naszego zachodniego sąsiada wesprze Żydów, jak zajdzie potrzeba. Zabrzmiało to jednak nazbyt bombastycznie, zważywszy na fakt, że kto jak kto, ale niemiecka armia w chronieniu Żydów ma swój własny, dość wyraźny wkład in minus, co by nie mówić.
 
Od operetki przejdźmy jednak do spraw poważnych, czyli wróćmy do superpaństwa. Jeden z ojców „eurokonstytucji”, czyli podpisanego właśnie „traktatu lizbońskiego” (w jednych krajach z hukiem, w innych z marszem pogrzebowym), prezydent F. Mitterand 26 listopada 1988 r. mówił do M. Gorbaczowa o sowieckiej koncepcji integracji (sformułowanej pn. „Wspólny Europejski Dom” 26 marca 1987 r.i stawiającej sobie - nawiasem mówiąc - za cel finlandyzację Europy Zachodniej i wyparcie USA z kontynentu; koncepcję WED, której źródeł Bukowski dopatruje się w ideologii włoskiej partii komunistycznej (eurokomunizm), na której czele stał w latach 80. A. Natta, Gorbaczow przedstawił Jaruzelowi 21 kwietnia 1987 r.): „Stworzenie „Wspólnego Europejskiego Domu” to świetny pomysł. Każdy, kto ma wyobraźnię i intelektualną odwagę jest w stanie wyobrazić sobie europejski kontynent, wszystkie leżące na nim kraje, jako nową jedność połączoną relacjami nowego typu, w ramach których każdy pozostaje sobą, a jednocześnie wszyscy, w imię wspólnych celów, współdziałają ze sobą. Osobiście uznaję realizację tej idei za priorytetową”(s. 36-37).
 
Inny z ojców „eurokonstytucji” G. d'Estaing tak mówił w styczniu 1989 r. na spotkaniu delegacji Komisji Trójstronnej z Gorbaczowem: „Europa Zachodnia doświadcza obecnie pieriestrojki, zmienia swoje struktury. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie się to zakończy, za 5, 10 czy 20 lat. Jednak w wyniku tego procesu wyłoni się nowe współczesne państwo federalne. W tym kierunku zmierzamy, a Związek Sowiecki powinien być przygotowany, by móc porozumieć się z tym rodzącym się państwem. To przyszłe państwo będzie otwarte, gotowe na wszelkie formy współpracy.
 
Zapewne pojawi się wtedy kwestia akcesji innych państw. Najprawdopodobniej będzie to Austria, Szwajcaria, kraje skandynawskie oraz niektóre państwa Europy Wschodniej. Nie zamierzamy destabilizować krajów Europy Wschodniej, nie jesteśmy tym zainteresowani (...)” (s. 45-46).
 
Inny słynny eurosocjalista, wielokrotny premier Hiszpanii, F. Gonzales (jeden z sygnatariuszy Traktatu z Maastricht) w październiku 1990 r. mówił Gorbaczowowi: „Rewolucja 1917 roku zapoczątkowała podział świata na dwa antagonistyczne obozy. Wyłonienie się tych dwóch alternatywnych modeli otworzyło właściwie drogę próbom stworzenia modelu trzeciego – socjaldemokracji, nazizmu, faszyzmu. Dziś esencją tej rewolucji jest ruch mający na celu zjednoczenie światowej społeczności.
Muszę powiedzieć, że pogmatwane ideologicznie i politycznie analizy jakie przeprowadzaliśmy przez wiele lat, i za które, w pewnym stopniu, wszyscy jesteśmy odpowiedzialni, uczyniły fetysz z przeciwstawienia kapitalizmu i socjalizmu. Przez wiele lat, dość sztucznie, wspieraliśmy ten antagonizm.
 
Dziś dochodzę do jednego z najdziwniejszych wniosków. Odkąd doszliśmy do władzy muszę walczyć z moimi towarzyszami partyjnymi, tłumacząc im, że najlepszym narzędziem do osiągnięcia naszych głównych celów jest gospodarka rynkowa. Nie jest ona celem samym w sobie, ale jedynie najlepszym narzędziem. Odczuwam intelektualną odrazę, gdy muszę czytać np. ustępy z dokumentów grupy G7, gdzie problemy demokracji, wolności jednostki i ideologia gospodarki rynkowej umieszczane są na tym samym poziomie. Jako socjalista nie akceptuję takiego zrównania.”(s. 36).
 
Oczywiście można było na te deklaracje patrzeć przed 20 laty przez palce, traktując je bardziej jako pobożne życzenia aniżeli realistyczne plany. Dziś, gdy superpaństwo od 1 grudnia 2009 r. rozpoczyna swoje istnienie, sprawy mają się zupełnie inaczej. I niekoniecznie tak beztrosko, jak to opisuje M. Migalski, bawiący się dobrze na eurosalonach.
 
Wykop Skomentuj78
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale