614 obserwujących
1599 notek
9316k odsłon
2995 odsłon

Smoleńsk w wersji dla idiotów

Wykop Skomentuj156

 

O tym, że Polska nie jest krajem ani normalnym, ani zachodnim, ani demokratycznym, ani nawet cywilizowanym, przekonaliśmy się, gdy doszło do smoleńskiej tragedii. Skandaliczne zachowanie „rządu”, uzurpatorskie działania gajowego, cenzura w polskojęzycznych mediach przy uporczywym lansowaniu przez nie (głosami „komentatorów” i „ekspertów”) rosyjskiej wersji wydarzeń już od pierwszych minut po ogłoszeniu wiadomości o katastrofie – to wszystko pamiętamy bardzo dokładnie, szczególnie że wiele z tych zachowań powraca do dziś. W takiej sytuacji ktoś, kto miałby możliwość błyskawicznego (jak na neopeerelowskie warunki) wydania książki na temat katastrofy z 10 kwietnia, mógł – korzystając choćby z przeobfitych materiałów z Sieci, sklecić dzieło od razu „klasyczne” i bestsellerowe. Taką okazję miał Piotr Kraśko, który nie tylko w Smoleńsku w dniu tragedii był, lecz także, jako znany telewizyjny dziennikarz, mógł dotrzeć do wielu świadków, a nawet uczestników tamtejszych zdarzeń. Jego książka zaś z hukiem była zapowiadana właśnie jako pierwsze dzieło na temat katastrofy, a więc poprzedzona była intensywną kampanią reklamową (zresztą miała patronat medialny TVP - pieniędzy na klakę nie brakowało).

 
Zabierając się za jej lekturę, łudziłem się, że może przedstawia ona jakieś kulisy wydarzeń, że autor szuka, węszy po jakichś zakamarkach, że przepytuje kogoś, drąży sprawę – tymczasem gdzie tam! Kraśko opowiada o straszliwych przeżyciach biegających jak spłoszone zwierzęta, polskich dziennikarzach, o ekscytujących relacjach medialnych, a następnie padłszy na klęczki, o niesamowitym pojednaniu warszawsko-moskiewskim. Pół zawartości książki stanowią zdjęcia – m.in. z miejsca katastrofy, ale przede wszystkim z uroczystości pogrzebowych. Są też oczywiście zdjęcia ofiar, ale też mnóstwo jest fotografii zagranicznych gazet, portali informacyjnych, no i oczywiście polityków (Putin figuruje na nich 7 razy).

 
Kraśko do tego stopnia wczuwa się w podniosłą atmosferę pojednania, że nawet przez chwilę nie zajmuje się – przypomnę: w książce dotyczącej największej tragedii polskiej po II wojnie – hipotezami dotyczącymi zamachu. Jedyna, doprawdy delikatna wzmianka, że coś może z tą katastrofą smoleńską było nie tak, brzmi następująco (s. 29):

 
Tamtego dnia często powtarzano <drugi Katyń>. To nie było dobre sformułowanie, bo tamte wydarzenia były zbrodnią, a to był tragiczny wypadek, ale grały emocje.”

 
Autor więc nawet pilnuje się, by przez ułamek sekundy nie popełnić zbrodniomyśli. Dodaje też zaraz nieco usprawiedliwiająco w stosunku do tych, którym się we łbach nieco pomieszało od nadmiaru emocji:

 
Smoleńsk po prostu kojarzył się z wydarzeniami z czasów wojny. Wszyscy obecni koło miejsca tragedii dojechali z cmentarza polskich oficerów. Katyń był powodem naszego tu przyjazdu. Katyń był powodem przede wszystkim „ich” przyjazdu.”

 
Składnia zresztą godna uznania. Domyślamy się wprawdzie, że Kraśce nie chodziło o „przyjazd” polskich oficerów na katyński cmentarz, lecz delegacji prezydenckiej, aczkolwiek jasno powiedzieć tego mu się nie udało. No ale jeśliby ktoś chciał poznać jakieś wątpliwości dotyczące przyczyn katastrofy, to niestety, w książce ich nie ma, więc najwyraźniej i sam autor stwierdził, że nie warto było nimi się – choćby „z dziennikarskiego obowiązku”, jak to mawiają dziennikarze – zająć. Wot, zginął w niezwykle tajemniczych okolicznościach Prezydent z Małżonką, członkowie sztabu generalnego, wysocy urzędnicy państwowi, Prezydent Kaczorowski, Anna Walentynowicz... - zaś Kraśko powtarza jedynie za rosyjskimi władzami, że zawinili piloci. Innych pytań do rosyjskich władz, rzecz jasna, autor nie ma. No bo i o co tu pytać, nawet jeśli był na miejscu katastrofy i wiele mógł zobaczyć na własne oczy?

 
Przy płocie i przy wozach strażackich było już pełno ludzi: strażacy, milicjanci, ci którzy pracowali albo mieszkali obok. Nie było jednak żadnej z naszych ekip, żadnej z naszych kamer. Wszyscy byli już albo w Katyniu, albo przy filharmonii w Smoleńsku, gdzie miał być później prezydent. Zobaczyłem reporterów z innych stacji, ale wszyscy wiedzieli to samo:Samolot skrzydłem zawadził o drzewo.
 
Pewnie po wylądowaniu zjechał z pasa i w nie uderzył. (…)

 
Nic nie mówiąc do siebie zaczynamy biec.(…)Przed nami stoi zwarty kordon milicjantów, skutecznie powstrzymuje wszystkich, którzy chcą zobaczyć, co się stało. Gdybyśmy zatrzymali się i zaczęli przekonywać, by nas puścili, nic by z tego nie było. Marek [Czunkiewicz – przyp. F.Y.M.]jeszcze w biegu jeszcze w biegu krzyknął:Ja się na nich rzucę, a wy biegnijcie dalej.

 
Nie bardzo wiedziałem, co miał na myśli, ale z Radkiem [Sępem – przyp. F.Y.M.]po prostu przyśpieszyliśmy. Marek rzeczywiście rzucił się na milicjantów. Skoczył, przewrócił chyba trzech, w tym, jak się potem okazało, dwóch pułkowników.

 
W różnych miejscach świata widziałem przepychanki reporterów z policją i sam w nich brałem udział, ale pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego. Chyba nawet Marek nie spodziewał się tego po sobie, a już na pewno nie przewidzieli tego milicjanci. Jednak nie mieli żalu[???– przyp. F.Y.M.].Przyznawali potem, że na naszym miejscu zrobiliby to samo(s. 8-10)”

 
Nasi bohaterowie dobiegają na odległość 100 metrów od wraku, gdzie zatrzymują ich już mniej spolegliwi od poprzednich milicjanci:

 
Dostałem SMS-a od kogoś z redakcji Wiadomości: - Według naszego MSZ ekipy ratowniczepróbują wydobywać pasażerów [! - przyp. F.Y.M.].

 
Krzyczeliśmy, że to polski samolot, tam są nasi ludzie, nasz prezydent, ale to nic nie dawało. Milicjanci obiecywali, że jak przyjdzie dowódca, to zdecyduje, czy można przepuścić nas dalej. - To nasza tragedia, a wy chcecie pytać naczelnika o zgodę? - krzyczała Basia Włodarczyk, wieloletnia korespondentka TVP w Moskwie, ze zdenerwowania tak głośno, że słyszeliśmy ją z bardzo daleka.
 
Co jakiś czas przebiegali obok oficerowie, ale wszyscy twierdzili, że to nie oni dowodzą. Przede wszystkim nie chcieli powiedzieć, co się stało. Jeden tylko odwrócił się i zupełnie spokojnie oznajmił:Roztrzaskał się, kompletnie się roztrzaskał.

 
Przez drzewa widzieliśmy coś białego. Nie wiedzieliśmy jeszcze co. Byliśmy 100 metrów od miejsca katastrofy. Wciąż nie wierzyliśmy, że może być aż tyle ofiar. Myśleliśmy, że nawet jeśli się samolot rozbił, to większość ludzi się uratowała. Przecież to wielki samolot. Od lat narzekaliśmy, że to wstyd, by najważniejsi ludzie w państwie latali tak starą maszyną, ale chyba czuliśmy się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Zawsze wierzyliśmy, że latają nią najlepsi piloci i gdy prezydent czy premier są na pokładzie, nic się nie może stać. Jeśli ten oficer miał rację, „roztrzaskał się” znaczy, że część samolotu jest zgnieciona, ale w kadłubie wciąż są ludzie przypięci pasami(s. 10-11).”

 
I jeszcze jeden istotny fragment:

 
Przy szczątkach widzieliśmy wielu strażaków, milicjantów, ludzi z OMON-u, lecz nikogo w białych kitlach. Z boku stało pięć czy sześć karetek pogotowia, nikt jednak nie biegał z noszami. Wszystkie wozy ratownicze miały włączone sygnały, karetki nie. Dziwne. Nie szukają rannych. Zmroziło nas. Potem obaj mieliśmy podobne skojarzenia. Tak samo było 11 września po zamachu w Nowym Jorku. Lekarze i sanitariusze stali na Manhattanie przed szpitalami, czekając na rannych, ale ich nie było. Byli tylko ci, którzy zdążyli uciec, i ciała tych, którzy zginęli(s. 11).”

 
Niestety na tychże gorączkowych (ale już uładzonych, jeśli chodzi o portretowanie rosyjskich służb) relacjach kończy się najciekawsza część książki, potem są już tylko długie i nużące opowieści o dzielnych politykach zdających egzamin i o tygodniu żałoby – i właściwie z jednej strony pozostaje nam płakać po utracie tylu ważnych osobistości, ale z drugiej strony możemy płakać ze szczęścia, że doszło do Pojednania (przemowa Miedwiediewa odlatującego po pogrzebie Pary Prezydenckiej w Krakowie przywoływana jest w ostatnich akapitach arcydzieła Kraśki). Na prawdziwą, a nie propagandową książkę o zamachu w Smoleńsku musimy więc jeszcze poczekać. Chyba że będzie wolno jedynie pisać albo o „wypadku”, albo w ogóle.

 

 
Piotr Kraśko,„Smoleńsk. 10 kwietnia 2010”, Warszawa 2010.
Wykop Skomentuj156
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale