612 obserwujących
1599 notek
9299k odsłon
10844 odsłony

W cieniu makarowa

Wykop Skomentuj260
FSO, zatrzymawszy S. Wiśniewskiego (który przedstawił się jako „polski dziennikarz”, bo, jak sądzi, słowa „montażysta” mogliby Ruscy nie zrozumieć), domaga się od niego kamery.
 
u
 
Moonwalker twierdzi, że chowając ją, pozostawia ją włączoną (1h03'47'' relacji sejmowej http://www.youtube.com/watch?v=ctNcvVAqLUk), by jeszcze nagrywała, ale przecież niedługo po jej schowaniu, kamera właśnie przestaje nagrywać (a przynajmniej zapis się urywa). Zostaje więc wyłączona – gdyby bowiem jej nie wyłączono, rejestrowałby się dalszy ciąg rozmów z czekistami i być może „rozmowa z polskim dyplomatą”. Kto w takim razie wyłącza kamerę – SW czy czekiści? Moonwalker twierdzi, że po włożeniu kamery, wyciąga zapasową kasetę (wedle jego relacji, tę akurat z nagranymi z hotelowego parapetu przylotami z 7-go kwietnia, żeby było śmieszniej) i na tym się wstępnie sprawa kamery kończy. Wydaje się jednak, że bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz. Skoro FSO chce kamery, to (zakładając, że całe to zatrzymanie na pobojowisku nie jest jakimś cyrkiem nagranym na potrzeby dezinformacji)  na pewno każe ją „polskiemu montażyście” wyjąć i pokazać. Nawet bowiem, gdyby ruskie ciołki nie wiedziały, jak się posługiwać taką kamerą, to w prosty sposób (za pomocą makarowa) zmusiłyby SW do zaprezentowania/odtworzenia nagrania – w to zaś, że SW podczas swej księżycowej wędrówki „niczego nie nagrał”, uwierzyłby jedynie strach na wróble na lotnisku Siewiernyj (znany ze zdjęć z 7-go kwietnia). Historię typu „Okazanie demonstracyjne, że chowam kamerę do torby i przy okazji wyciągając z torby kasetę, dając... (…) Stary numer, który wielokrotnie się sprawdził” można włożyć między bajki.
 
przed strzałem drzewa
 
po strzale drzewa


 
Ruscy zatem musieli natychmiast po zatrzymaniu obejrzeć z SW nagranie, a skoro nie zostało ono skonfiskowane ani zniszczone (jak te materiały, które zabierano polskim dziennikarzom), to znaczy, że uznano je (na pewno po konsultacjach ze zwierzchnikami: „co z tym gościem robimy?”) za ważny element uwiarygadniający Zdarzenie – oto przecież polski „operator” robi na gorąco zdjęcia „po katastrofie”. To że katastrofa się jeszcze nie zdarzyła, to drobiazg, gdyż wystarczy ten materiał (po odpowiedniej obróbce na „stole montażowym” właśnie – np. dodanie dźwięków syren pogotowia) przekazać do mediów następnego przedpołudnia jako „dokument” związany z wypadkiem – daty ani godziny na nim nie ma, więc w czym problem? Resztę wystarczy uzupełnić egzaltowaną opowieścią o tym, jak to „operator” ganiał się po pobojowisku z FSB i zapadał po kolana w błocie. I właściwie cała opowieść moonwalkera „pracuje” - w zeznaniach opisuje on niektóre swe przygody z 9-go kwietnia, ale film, jako element narracji z 10-go, traktuje on jako dokument „katastrofy”, bo „wszyscy” tak ten film traktują i żadna z oficjalnych instytucji nie podważa wiarygodności wideo-dokumentu.


 
Interesujące jest to, że „poza obręb kadru” i „poza plan zdjęciowy” w swych relacjach z pobojowiska SW nie za bardzo chce w swych zeznaniach wychodzić. Dopytywany przez członków Zespołu o to, co sam widział (na własne oczy) albo co było w oddali, konsekwentnie odsyła pytających do tego, co jest sfilmowane, tłumacząc się tak, że gdyby coś dodatkowego było lub gdyby coś jeszcze widział, to na pewno by to sfilmował. Problem jednak w tym, że film moonwalkera zawiera, co tu dużo kryć, tyle, co nic. Pomijając kilka zbliżeń na „czarną skrzynkę”, usterzenie, silnik, ogon i parę ujęć „strażaków” udających akcję przeciwpożarową – rozdygotana jak diabli kamera pokazuje błoto, kałuże, śmieci, liście, kurtkę, ręce moonwalkera, drzewa i tym podobne „ciekawe” detale. Ten materiał właśnie jako dokument jest zupełnie do niczego. SW najpierw robi parę ujęć na pobojowisku, a potem udaje się w oniryczną doprawdy wędrówkę po „stawach”, po której wyłania się w okolicy „strażaków” i niedługo później zostaje zwinięty. Jak sam twierdzi, wychodząc z hotelu miał zapasu materiałów na filmowanie przez 2 godziny; dodatkowo dysponował aparatem „z dużym zoomem”. Szykował się więc na długie zdjęcia (oczywiście, jeśli wierzyć, temu, co SW mówi), a tu raptem robi niedbale parę minut „dokumentu” i daje się capnąć?


 
Dlaczego ten jego dokument tak się dziwnie zaczyna? Czemu nie ma sfilmowanej drogi na pobojowisko od ul. Kutuzowa? SW zeznaje, iż przed wyjściem z pokoju, sprawdził, czy kamera nagrywa – czy ten fragment został następnie przez niego skasowany? Co więcej, na pobojowisku ponoć... zagina mu się kaseta, czyżby więc materiału było zrazu więcej? W sejmie (1h09'46'') moonwalker mówi wszak, że o 8.49: „zaczyna się zapis. Może być minuta wcześniej (początek zapisu na pobojowisku – przyp. F.Y.M.), bo akurat nie było od końca, bo mi się kaseta akurat zagięła w tym momencie.” (Od końca? Od końca czego?). Nie opisuje jednak „polski montażysta” okoliczności tego „zagięcia się”, a przecież przed wyjściem z hotelu wszystko dokładnie osobiście posprawdzał, z nagrywaniem włącznie, w jaki więc sposób kaseta w prawidłowo rejestrującej kamerze mogła mu się nagle zagiąć? Chyba tylko w taki, że... SW ją jeszcze wyjmował przed filmowaniem na pobojowisku i niedokładnie (np. w zdenerwowaniu) ulokował w kieszeni kamery. Dlaczego jednak miałby ją wyjmować? Szedł z kamerą gotową do rejestrowania – niczego nie musiał już z nią robić poza włączeniem – co zatem mogłoby być powodem wyjęcia kasety? Albo konieczność zmiany kasety, albo spotkanie z kimś, kto każe wyjąć kasetę.


 
Wróćmy do chwili, w której, zastygłszy w hotelowym pokoju, polski montażysta już ściągnął kamerę z parapetu, wyłączył ją, zaobserwował „skrzydlatą orkę” i deliberuje: iść – nie iść na ruskie wojskowe lotnisko. Przypomnę, że mówi on wtedy, iż słyszy on jeszcze dodatkowe dźwięki zatrzymujących się samochodów. Jeśliby auta się zatrzymały „po katastrofie”, to przecież przynajmniej kilku kierowców wyleciałoby zobaczyć, co się stało. Jeśliby to były auta ruskich służb, to tym bardziej. Czy więc Wiśniewski zdąża od ul. Kutuzowa całkiem sam, czy raczej przechodzi między gapiami, chowając kamerę za pazuchą? Gdyby osób było więcej, to na pewno ktoś by się zainteresował przemykającym się „operatorem”, zwłaszcza jeśliby ten wyjął w końcu kamerę i zaczął filmować. Wtedy zaś mogłoby dojść do „zagięcia się kasety”, o którym wspominałem wyżej.


 
Jak jednak wiemy z samego filmiku moonwalkera, gdy zaczynają się jego zdjęcia przez blisko 2 minuty nie słychać żadnych głosów, żadnych klaksonów, żadnego gwaru gapiów za plecami (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/z-punktu-widzenia-fachowcow-wojskowych.html). Słychać wyłącznie ptaki. Pierwsze klatki filmu pokazują... ziemię, dopiero po paru sekundach kamera się podnosi i widać kawałek usterzenia oraz szerszy plan. Dlaczego dopiero do tej chwili i dlaczego od „ziemi” zaczyna się „dokument”? Każdy, kto robił zdjęcia, doskonale wie, że najpierw się człowiek ustawia z obiektywem i „celuje w jakiś obiekt”, a dopiero potem włącza i coś rejestruje. Nikt poza jakimiś kompletnymi amatorami, pierwszy raz trzymającymi w ręku sprzęt, nie włącza kamery trzymając ją skierowaną do ziemi. Wydaje się więc, że film Wiśniewskiego ma zwyczajnie „wycięty” początek.


 
Sam SW, który w paru miejscach „komentuje” to, co widzi („czarna skrzynka samolotu, który się rozwalił”, „o k..., jakieś błoto tu”, „to polski samolot przecież”, „ja p...lę to nasz”), jako dokumentalista nie zaczyna swojego materiału słownym komunikatem np. tego typu „katastrofa jakiegoś samolotu, Smoleńsk, godzina taka a taka czasu miejscowego, dzień/miesiąc/rok taki a taki, by materiał zawierał od razu jakąś rzeczową informację i się potem nie zagubił w prywatnym archiwum (a przecież to kolejny dzień jego pracy dokumentalisty rozpoczętej 7-go kwietnia). Jeśli bowiem nikt „polskiego montażysty” nie goni ani nie odgania go z pobojowiska, nie ma nikogo w pobliżu (aczkolwiek w 4'22'' wyłania się po prawej stronie jakiś gostek na ciemno ubrany, który szedł jakby drogą moonwalkera http://www.youtube.com/watch?v=iQ_5PrVDl9g)
 
gostek z prawej strony kadru
 
 
a sam SW nie wie, co to za samolot się rozbił - to spokojnie taki komunikat mógł sobie nagrać na początku swego filmu jako właśnie dokumentalista. 


 
Już w 8-10 sek. materiału widać kawałek statecznika z biało-czerwoną szachownicą, tymczasem sam moonwalker dopiero znalazłszy się w jego okolicy mówi o polskim samolocie. Dlaczego jednak, wiedząc już, że to polski samolot, nie pyta on „strażaków”: „panowie, co się stało? Co to za samolot był? Jak doszło do tego wypadku, nie wiecie? Może komuś trzeba pomóc? Może ja zawiadomię kogoś z Polski? Byli jacyś pasażerowie na pokładzie?” Nie było przecież tajemnicą, że filmuje, bo „strażacy” go świetnie widzieli. Jeśli nie spodziewał się, że zostanie zaraz zwinięty przez mundurowych, to mógł spokojnie zadać „strażakom” parę pytań, zwłaszcza że oni sami się specjalnie nie spieszyli, a samemu SW wydawało się, że samolot przyleciał „pusty”.


 
I jeszcze jedna zagadka. Zatrzymany przez FSB w rozmowie z „pułkownikiem”, który chce, by SW zaprezentował, co się nagrało, przewija materiał i pokazuje, że nie ma żadnego zapisu: „Wrócił ten pułkownik z tą całą ekipą, która miała tą moją torbę: „Ale pokaż, człowieku, co żeś tam nagrał?”. Nie wiem, czy to był przypadek: włączyłem kamerę, przewinąłem kasetę do przodu do pustego miejsca i pokazałem, że nic nie ma. On mówi: „No to jak nic nie nagrał, to człowieka trzeba puścić. No to jak nie ma nic, nic nie ma nagranego, nic na niego nie mamy, no to idź, człowieku do hotelu”. I zawieźli mnie do hotelu.” (1h18'52'').


 
Wszystko to oczywiście fajnie i happy end jak w ruskim filmie sensacyjnym, ale przecież „polski montażysta” zapomina w swej nieustannie ewoluującej i gmatwającej się opowieści, że przecież na pobojowisku „starym numerem operatorów” dał „na wabia” kasetę właśnie z tym niby nagraniem, które robił podczas księżycowej wędrówki. Pomijając już to, że gdyby dał taką, na której pokazane byłyby przyloty na Siewiernyj z 7-go kwietnia, a nie pobojowisko, to by czekiści zapytali go z pomocą makarowa: „w kulki sobie z nami lecisz, kolego? Chcesz zagrać w ruską ruletkę?” - to nasuwa się podstawowe pytanie: skoro dał im kasetę, co do której byli przekonani, że jest to zapis jego wędrówki, to po jakiego diabła, mając tę kasetę, mieliby z powrotem przyjść do niego, kazać uruchomić kamerę i pytać: „pokaż człowieku, co żeś tam nagrał?” W niej nie mogło być już żadnej kasety, prawda? Gdyby bowiem naraz pułkownik FSB zobaczył, że „polski montażysta” dał „kasetę-wabia” czekistom, a w kieszeni kamery pozostawił jakby nigdy nic tę właściwą kasetę z zapisem z ruskiego Księżyca, to na pewno by za taki numer kazał zawieźć Wiśniewskiego, ale do takiego hotelu na Łubiance, a nie w okolicy lotniska Siewiernyj.

 

Wykop Skomentuj260
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale