615 obserwujących
1599 notek
9360k odsłon
  9286   0

2 telefony o 8.20 (6.20 UTC)

 

Postanowiłem napisać kolejną notkę, bo sprawa, na którą się natknąłem, wydaje się wyjątkowo zagadkowa, a niewykluczone, że może stanowić bardzo ważny trop w śledztwie smoleńskim (chyba że wyjaśnienie tej zagadki jest proste). Wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł niniejszego posta, wcale nie chodzi o połączenia śp. I. Tomaszewskiej (http://www.fakt.pl/Przerwana-rozmowa-z-ofiara-katastrofy,artykuly,71850,1.html) i śp. Prezydenta, które miały nastąpić w dość podobnej godzinie (8.19-8.20 pol. czasu; co do tego pierwszego połączenia zresztą p. Tomaszewski nie był pewien, czy wykorzystano telefon satelitarny). Chodzi o telefony... Prezydenta. W książce P. Bugajskiego i J. Kubraka "Cała prawda o Smoleńsku" na s. 23-24 jest taki fragment:
 
"(Prezydent - przyp. F.Y.M.) - Zadzwonił do mnie o 8.20. Pytał o stan mamy - przypomina sobie doktor Jerzy Smoszna, który też miał lecieć do Katynia. Swoje miejsce w samolocie oddał "Wojteczkowi", czyli Wojciechowi Lubińskiemu (...) - drugiemu z trzech lekarzy, którzy się opiekują prezydencką rodziną. Doktor Smoszna jest przekonany, że prezydent i "Wojteczek" już wylądowali w Smoleńsku. (I teraz uwaga - przyp. F.Y.M.) - Nigdy wcześniej nie dzwonił do mnie z satelitarnego telefonu. To był pierwszy raz. Udzieliłem informacji, uspokoiłem. Pan prezydent był pogodny - opowiada lekarz.
 
Lech Kaczyński chce natychmiast podzielić się dobrą wiadomością z bratem. W willi na Żoliborzu znów rozlega się dzwonek. - Rozmowa była gdzieś o 8.20 rano, 8.25 może. (...) Nie rozmawialiśmy na temat lotu, ani o żadnych problemach związanych z lotem. Nie odniosłem wrażenia, aby brat był czymkolwiek bądź zdenerowany - dodaje. Jarosław Kaczyński jest przekonany, że prezydent już wylądował i dzwoni ze Smoleńska. - Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z mamą wszystko w porządku - wyjaśnia. Prezydent radzi bratu, by się jeszcze przespał. - Bo się rozpadniesz - żartuje. Połączenie nagle się urywa."
 
Tyle okolicznościowa książka wydana przez "Fakt". I teraz zaglądamy do pseudoraportu Millera, s. 51, gdzie widnieje czarno na białym:
 
"System telefonu satelitarnego był wyposażony w przenośne słuchawki i mógł być wykorzystywany zarówno przez pasażerów, jak i załogę samolotu. W trakcie lotu samolotu Tu-154M w dniu 10.04.2010 r. zarejestrowano trzy transmisje wykonane za pomocą  telefonu satelitarnego o godz.: 5:15, 5:46:59 i 6:21:40 (UTC – przyp. F.Y.M.). Z analizy zapisu zawartego w pokładowym rejestratorze dźwięków w kabinie samolotu nie wynika, by załoga korzystała z telefonu satelitarnego w ciągu ostatnich 30 min lotu."
 
Informację o tym, że Prezydent chce skorzystać z telefonu ktoś przekazuje dowódcy statku o godz.  6.16 UTC (wedle polskich „stenogramów”; Załącznik 8, s. 45), więc pora by się mniej więcej zgadzała. Jak jednak wynika z fragmentu pseudoraportu zacytowanego wyżej,  o 6.21 zachodzi tylko jedna transmisja, a nie dwie. Jeśli pod tą jedną godziną nie kryją się dwa połączenia (bo i dlaczego miałyby się kryć?), to by znaczyło, że Prezydent w krótkim czasie telefonował z dwóch aparatów (np. najpierw z komórki i potem z satelitarnego). To również nie byłoby jakoś szczególnie niepokojące. Skąd zatem Smoszna wiedział, że rozmowa o 8.20 pol. czasu jest przez taki a nie inny aparat? Prezydent go poinformował? Ale przecież, gdyby dzwonił z komórki, to nie mówiłby, że telefonuje z innego aparatu, nie miałoby to najmniejszego sensu.
 
W polskich „Uwagach” do raportu komisji Burdenki 2 (o których także dzisiaj sporo pisałem) (http://freeyourmind.salon24.pl/345616,uwagi-do-uwag) na s. 15 pojawia się taka informacja z kolei (zawarta w pytaniu, na które „polska strona” nie uzyskała oczywiście odpowiedzi): „Czy była przeprowadzona  analiza wpływu telefonów komórkowych włączonych na pokładzie samolotu Tu 154M nr 101 na pracę przyrządów pokładowych i czy MAK posiada taką ekspertyzę?” Wynika z tego pytania, że telefony komórkowe były w czasie lotu (w której jego fazie to osobna sprawa) włączone. Wniosek ten znajduje potwierdzenie w innym dokumencie „komisji Millera”:
 
Instrukcja postępowania personelu pokładowego w samolotach i  śmigłowcach 36 specjalnego pułku lotnictwa transportowego”, Wydanie II, Warszawa 2007 r. zawiera wymóg zakazu używania na pokładzie telefonów komórkowych.
 
Spośród znalezionych na miejscu wypadku telefonów komórkowych co najmniej 18 było aktywnych (zalogowanych do sieci). Jeden należał do członka personelu pokładowego, dwa do pracowników Kancelarii Prezydenta RP, trzy do generałów w tym Dowódcy Sił Powietrznych, a jeden do Małżonki Prezydenta RP” (pseudoraport, s. 92).
 
Czy zatem Prezydent telefonował najpierw z komórki śp. Prezydentowej (po co miałby to robić, mając pod ręką tel. satelitarny)? Czy jednak Smoszna nie miałby tego nr-u w swojej elektronicznej książce i wyświetlałby mu się nr nieznany lub „Zastrzeżony”? Z powyższego fragmentu (o ile znowu nie mamy do czynienia z jakimiś „nieprecyzyjnymi ustaleniami”, w końcu wymienia się szczegółowo zaledwie 7 użytkowników telefonów  spośród „co najmniej 18”) można wywnioskować, że Prezydent nie korzystał ze swojej komórki. To akurat wydaje się zrozumiałe biorąc pod uwagę możliwość użycia tel. satelitarnego. Użyłby zatem ni stąd ni zowąd telefonu należącego do któregoś z pracowników kancelarii? Nie wydaje się to prawdopodobne (jeśli miałby dzwonić po prostu w sprawie zdrowia mamy).
 
Może wyjaśnienie tej zagadki jest inne. Może raczej  dane dotyczące połączeń z telefonu satelitarnego są sfałszowane i korzystano z tego telefonu o wiele więcej razy niż to podaje „komisja Millera”? W jaki bowiem sposób uzyskali jej przedstawiciele dane dotyczące połączeń z tego telefonu? Czy nie czasem znowu od ruskich specjalistów?
Lubię to! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Inne tematy w dziale