612 obserwujących
1599 notek
9299k odsłon
16477 odsłon

"Byli dziennikarze..."

Wykop

 

W kontekście przypomnianej przez seaclusion (http://freeyourmind.salon24.pl/371919,kolegom-z-wojskowych-sluzb#comment_5423202) i przez FanaBieszczad (http://freeyourmind.salon24.pl/371919,kolegom-z-wojskowych-sluzb#comment_5423406) notatki pochodzącej zapewne z czeskich służb specjalnych, a krążącej w Sieci od 14 kwietnia 2010 i dotyczącej uprowadzenia polskiej delegacji oraz zainscenizowania katastrofy na Siewiernym, zwróciłem uwagę na fragment dotyczący dziennikarzy:

 
Jedną z najciekawszych zagadek jest to, że na lotnisku byli profesjonalni dziennikarze z kamerzystami, którzy nie nakręcili pożądanych ujęć ani z daleka (z oddali), przy czym gdyby tam płonęło paliwo to byłoby to widoczne z bardzo sporej odległości. Zapewne mieli jasne wytyczne i tym samym do mediów dotarły tylko tzw. amatorskie videa wykonane przez agentów. Ten rodzaj działań medialnych miał za zadanie zmylenie czytelników, widzów i słuchaczy i wprowadzenie sytuacji niejasnego przypadku, co też się stało.

 
Zadałem sobie niedawno trud odsłuchania (na świeżo) zeznań legendarnego moonwalkera S. Wiśniewskiego i wynotowałem z nich następujące intrygujące fragmenty, które zamieszczam z moimi komentarzami i pytaniami:

 
...jest szczęście w nieszczęściu, że ten samolot rozbił się akurat w tym miejscu. To nie to, żebym miał jakieś ironizowanie w stosunku do tego, tylko lecąc kaw... jeśliby ten samolot skręcił troszeczkę w lewo, rozbiłby się na stacji benzynowej. Tam jest stacja obsługi samochodów i stacja benzynowa. No to tragedia byłaby zdecydowanie jeszcze większa. Jeśliby poleciał kawałek dalej do przodu, to wpadłby na te samoloty, które stały zaparko... tam jest lotnisko wojskowe - nie wiem, czy te samoloty były sprawne czy niesprawne, puste czy zatankowane, ale tam STAŁY DELEGACJE WSZYSTKIE (podkr. F.Y.M.), które czekały na przyloty pary... całej delegacji polskiej. Jeśli on by tam spadł, no to, przepraszam, byłaby tam, mówiąc krótko, rzeź. Tam było może z 200... Co najmniej 5 autokarów, a w autokarze mieści się mniej więcej 50-60 osób. Czyli byłaby po prostu wręcz masakra. Czyli dobrze, że akurat tam spadł - przepraszam za takie, taką dygresję, ale... To trudno powiedzieć, co by było gdyby..."
(Tu wtrąca się A. Macierewicz: "Mam wrażenie, że te autokary były puste, ale to...")
"Nie. AUTOKARY BYŁY PEŁNE (podkr. F.Y.M.).
Tam było... Tam po prostu przyjechały delegacje, które... No,  co najmniej w 3 autokarach byli ludzie.
(zeznania sejmowe od 37'30'')

 
Kwestie problematyczne:
1) Jeśli okna pokoju moonwalkera wychodziły na "ścieżkę podejścia", to jak on widział te czekające PEŁNE AUTOKARY przy głównej bramie lotniska?
2) (Ale nawet, gdyby jakieś hotelowe okno wychodziło na bramę główną) Jak SW widział te PEŁNE AUTOKARY z delegacjami - jeśli była mgła ograniczająca widoczność do 300m?
3) Czy widział te autokary zanim zapadła mgła?
4) Kto miałby być w tych autokarach?
5) Czy w autokarach były grupki dziennikarzy oczekujących na przybycie prezydenckiej delegacji? (jak wiemy z relacji R. Poniatowskiego w filmie
  „Poranek” właśnie autokarami dowożono dziennikarzy do Katynia)
6) Czy więc część telefonicznych relacji dziennikarskich, jak to się nieludzko przebijają z Katynia do Smoleńska została... nagrana pod bramą lotniska Siewiernyj?
7) Jeśliby bowiem aż tyle osób czekało tam na przybycie prezydenckiej delegacji, to przecież świadków tego, co się działo wtedy na lotnisku byłoby o wiele wiele więcej niż dotąd sądziliśmy.

 
Ale na tym nie koniec, bo przecież SW mówi nieco dalej (41'03'') z naciskiem:

 
Byli dziennikarze  (czekający na przylot delegacji? – przyp. F.Y.M.), którzy stali przy tym, przy tym szlabanie, który tam przy lotnisku był. (…) Skąd wiem, że byli (…) może wcześniej ich nie było, ale w momencie, gdy tam mnie zawieziono, zostałem zatrzymany, to widziałem przecież redaktora np. Batera, kolegę z TVN-u, który chciał ten materiał (film z pobytu pierwszego Polaka na ruskim księżycu – przyp. F.Y.M.) kupić – kilka osób chyba z portali internetowych. Tak więc dziennikarzy jako takich było co najmniej 10 osób – na pewno ludzie mieli i mikrofony, i mieli kamery, bo próbowali wbiec na to lotnisko, dowiedzieć się, o co chodzi. Nawet dlatego wiem, że byli dziennikarze. Bo funkcjonariusz FSB, który prawda w pewnym sensie opiekował się moją torbą i mną – po prostu odeź... nie pozwalał mi się komunikować z nimi i wymieniać jakiekolwiek informacje. (...)

 
Wiśniewski (mimo „zakazu komunikowania się”) miał też rozmawiać z Baterem:

 
I później po jakimś czasie – nie powiem, czy to było po 10 czy 15 min. w międzyczasie miałem możliwość krótką, krótkie spotkanie, rozmowy z red. Baterem, który tam był na miejscu. I powiedziałem mu, jaka jest sytuacja... Była taka mało grzeczna wymiana słów. On to dość niezbyt sympatycznie skomentował: „Co ty, człowieku, opowiadasz?” Ja mówię: „No, człowieku, przecież byłem, widziałem. Tam jest moja torba, tam są moje zdjęcia”.

 
Jak wiemy z relacji J. Mroza, miał on spotkać się z SW niedługo po 9-tej, ale zarazem sam miał (Mróz) telefonować do macierzystej, rządowej telewizji już o 8.51, by przekazać, że „samolot zniknął z radaru i najprawdopodobniej się rozbił” (http://freeyourmind.salon24.pl/323106,spotkanie-mroz-wisniewski). Z kolei W. Bater, który miał się szczęśliwie dowiedzieć „o nieszczęściu”, jeszcze zanim do niego doszło, miał niedługo po 9-tej przekazać swą pierwszą wiadomość „o awarii prezydenckiego samolotu” do swej macierzystej stacji PolsatNews (http://freeyourmind.salon24.pl/303533,swiadek-bater). Pamiętamy, jak to Bater opowiadał, iż pędził 200 km na godzinę do Smoleńska z Katynia, przebijając się przez korki, by dotrzeć na Siewiernyj i jego relację z 9.14 – a tymczasem niedługo po 9-tej miałby go widzieć na tymże Siewiernym Wiśniewski.

 
Oczywiście, jak to zwykle w smoleńskich legendach bywa, nie wiemy, kto ściemnia, a kto nie - i w którym momencie. Albo inaczej: kto ściemnia bardziej od innych i kto kogo w co wrabia. Jeśli bowiem, jak już sygnalizowałem, pisząc o spotkaniu Mróz-Wiśniewski, tak jak twierdzi Mróz, „polski montażysta” zaraz po 9-tej z nim rozmawiał jako „naoczny świadek mający film z wraku” (vide TVN-owski film „Poranek”), to Wiśniewski nie mógł być przetrzymywany „pół godziny do godziny do godziny” przez czekistów (zakładając, że ci go zwinęli – zgodnie z danymi czasowymi księżycowego filmiku – kilka minut przed 9-tą). Rozwiązaniem tej zagadki może być przyjęcie, że SW pojawia się przy głównej bramie z filmikiem zrobionym dzień wcześniej i po rozmowach uświadamiających odbytych z czekistami, którzy złapali go podczas filmowania ćwiczenia „akcji strażackiej” (nie mogli go zastrzelić dzień wcześniej, bo Polacy wszczęliby śledztwo ws. jego śmierci i zaczęliby węszyć w Smoleńsku). Generalna zresztą niechęć dziennikarzy do SW (wszak powinien był zostać gwiazdą mediów po 10-tym Kwietnia) mogłaby być związana nie tyle z tym, iż miał on „telewizyjny materiał nr 1”, ogrywany do upadłego przez wszystkie chyba stacje świata – ale z tym, że wiedział o ich obecności w Smoleńsku. I to niewykluczone, że właśnie w okolicach Siewiernego.

 
Co do tego, że jakaś część ekipy telewizyjnej na pewno była w Smoleńsku, nie ma najmniejszych wątpliwości – wprost pisze o tym P. Kraśko w swej książce (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/oko-zaby-4.html), wspominając swoje przybycie z miasta do hotelu Nowyj. Jak jednak pamiętamy, w tymże hotelu (tym samym, w którym był Wiśniewski, zaznaczam) pracownicy telewizji dowiadują się telefonicznie o lotniczym wypadku, który miał się wydarzyć paręset metrów od ich budynku. Kraśko potem wprawdzie obserwuje z okna krążące wokół lotniska wozy strażackie, ale zrazu nie ma bladego pojęcia, że katastrofa polskiego tupolewa wydarzyła się tak niedaleko:

 
Wozy strażackie skręcały pod stację benzynową i płot z tyłu lotniska. Do pasa startowego był stąd kilometr, do głównej bramy następne dwa. Dlaczego przyjechała tu straż? Zobaczyliśmy limuzyny, które miały przewieźć delegację spod samolotu do Katynia. Też skręciły pod płot, po czym zawróciły w stronę centrum miasta. Pobiegliśmy do wyjścia. W ostatniej chwili ktoś jeszcze krzyknął, że przyszła depesza o ofiarach, mogą być ranni.

 
Podobnie zresztą opowiada swoją zawiłą historię moonwalker, który, co też należy do smoleńskich zagadek, ma wyjść filmować „jakąś katastrofę”, „małego wojskowego samolotu”, przechodzi przez niemal całe pobojowisko, odkrywa, że „to polski samolot przecież! (…) ja p...lę to nasz!”, ale mimo że przemaszeruje przez tę księżycową zonę, to jakoś NIE ODKRYJE on, że to „prezydencki tupolew” (sądzić będzie jedynie, że „przyleciała sama załoga” 57'53''), lecz „dowie się” o tym dopiero, otrzymawszy sms-a z Polski. Z czego (tak jak i z opowieści Kraśki oraz relacji katyńskich) można by wnioskować, że najlepiej poinformowane źródła, co do tego, co się stało na Siewiernym, były w Warszawie, a nie w Smoleńsku. Te zaś warszawskie „najlepiej poinformowane” źródła musiały dostawać informacje z pierwszej i niezawodnej ręki od ruskich służb specjalnych, które to służby, jak wiadomo, nigdy nie kłamią.

 
Jedną z wczesnych legend smoleńskich była i właściwie nadal pozostaje ta, iż dziennikarzy, fotoreporterów (nawet osobistych prezydenckich), operatorów etc. właśnie na Sewiernym nie było, że nie czekali. Żywego ducha dziennikarskiego nie było na wojskowym, smoleńskim lotnisku ani w jego okolicy na czas przylotu prezydenckiej delegacji, bo wszystkich ludzi mediów wywiało do Lasu Katyńskiego (podobnie miało ich wywiać z Okęcia przed wylotem). Ale skąd wiemy, że to prawda? Może właśnie byli przy smoleńskim lotnisku? Może oni byli i od początku (po uświadamiających rozmowach z FSB) włączyli się w dezinformację, np. udając, że przebijają się, na łeb na szyję, z Katynia do Smoleńska? Przecież znamy ich relacje z 10-go Kwietnia jako przede wszystkim korespondencje telefoniczne (pomijam antenowe wejścia  z  kamerą z Katynia czy z... Krakowskiego Przedmieścia).

 
To by wyjaśniało tę przedziwną przypadłość, jaka spotkała Zdarzenie na Siewiernym, że dopiero o 10.17/10.18 (!) pojawiły się w TVP Info pierwsze migawki z „miejsca wypadku” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/tvp-info-10iv-od-940.html), a więc przez blisko 100 minut – powtarzam 100 minut (licząc od godz. 8.41) – media nad Wisłą relacjonują, że doszło do katastrofy „prezydenckiego samolotu”, że doszło do największej tragedii powojennej Polski - nie dysponując żadnym, absolutnie żadnym OBRAZEM tego, co się stało (ten obraz stopniowo wytworzą przede wszystkim ruscy fotoreporterzy http://freeyourmind.salon24.pl/312386,oko-zaby-5). Chciałoby się powiedzieć, że nie ma Obrazu, bo nie było żadnego lotniczego wypadku, no ale przecież od czego są w XXI wieku media.

 
Jedne ze znanych zdjęć „smoleńsko-powypadkowych” to te (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/10/siergiej-skirta.html).
 
Skirta
 
Skirta
 
Świadczyłyby one, że jacyś ruscy reporterzy byli bardzo szybko na miejscu zdarzenia, bo wraz z „dyplomatami”. Kto wie zatem, czy i nie polscy byli w pobliżu.

 
Wykop
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Inne tematy w dziale