615 obserwujących
1599 notek
9362k odsłony
  40381   0

Pierwsze nawrócenia smoleńskie

Tak to bywa jak się jest złym prorokiem :), już nieraz bowiem przestrzegałem, że nadejdą dni, kiedy nie tylko zacznie się załamywać moskiewsko-warszawska oficjalna narracja, ale i pojawią się zjawiska „nawróceń” i niegdysiejsi twardzi wyznawcy moskiewskiej czy czerskiej prawdy naraz zaczną stawiać pytania, dziwić się i „nie przesądzać niczego”. I nagle się okaże, że dogmatyka wypracowana na Kremlu, a klepnięta ochoczo przez gabinet ciemniaków i zasłużonych „ekspertów”, będzie poddawana w wątpliwość, tak jakby właśnie wątpienie było „powinnością chwili”, a już nie ta niezachwiana pewność, z jaką się stawiało różne śmiałe tezy o naciskach, winie pilotów, szarżowaniu we mgle, ignorowaniu wskazań przyrządów, lekceważeniu standardów bezpieczeństwa itd. I tak jak w słynnej piosence Stuhra „Śpiewać każdy może”, tak i wątpić, okazuje się, każdy już może, nawet dziennikarze najnowszego „Wprost”, które – koniec świata panie dzieju – ni stąd ni zowąd zamieszczają wywiad z prof. W. Biniendą mówiącym takie słowa: „Uważam, że w najlepiej pojętym interesie społeczności międzynarodowej jest powołanie niezależnej międzynarodowej komisji do spraw zbadania katastrofy smoleńskiej pod kątem wszystkich możliwych hipotez. Rząd Polski ma narzędzia, które umożliwiają powołanie takiej komisji, ale z nich nie korzysta. Wierzę jednak, że nawet Rosjanie nie chcieliby doprowadzić do sytuacji, w której Smoleńsk staje się drugim Katyniem” („Wprost”, 4/2012, s. 25).

Koniec świata, panie dzieju, takie rzeczy we „Wprost” T. Lisa można przeczytać AD 2012 w styczniu. „Wprost” - nie „Nasz Dziennik” czy „Gazeta Polska”. Takie, i inne można przeczytać. Co np. jeszcze? Rzućmy okiem parę stronic wstecz do tekstu M. Krzymowskiego pod tytułem „Anatomia katastrofy”:

Do tej pory komisja Millera twierdziła, że dowodem na obecność generała  (Błasika – przyp. F.Y.M.) w kokpicie było odnalezienie jego zwłok przy nawigatorze. Tyle, że jak ujawniliśmy kilka dni temu, leżały one tam razem z ciałami jedenastu innych pasażerów. I – co równie ważne – wśród nie było zwłok mjr. Protasiuka. Te znaleziono znacznie dalej, prawdopodobnie z kabiny wyrzuciła je siła zderzenia z ziemią. Gdyby więc kierować się logiką komisji Millera, to trzeba by uznać, że dowódca samolotu tuż przed katastrofą wyszedł z kokpitu i oddał stery pasażerom” (s. 15).

Dosłownie „2 in 1” jak pierwszych szamponach „Wash and Go” na ziemiach polskich, Krzymowski bowiem za jednym zamachem krytykuje i „millerowców” i „makowców”, na których to radzieckich badaniach się wszak „millerowcy” w swych „ustaleniach” wzorowali. No jakże to tak? Czyż z kolei na ustaleniach jednych i drugich nie opierał się sam Krzymowski, pisząc wraz z M. Dzierżanowskim grubaśną książkę pt. „Smoleńsk. Zapis śmierci”? Tam wszak mogliśmy przeczytać (s. 264-265):

- Dowódco, pokład gotowy do lądowania – oświadczyła stewardesa.
Wcześniej zwracała się do Protasiuka „Aruś”, ale teraz, gdy w kokpicie był generał Błasik, wypadało używać bardziej oficjalnego języka. Dwie minuty później przyszła kolejna informacja z jaka. Widoczność zmniejszyła się jeszcze bardziej, tym razem do 200 metrów. Chwilę później w kokpicie padły słowa, których autora nie udało się ustalić:
- Wkurzy się, jeśli jeszcze...
Podczas konferencji prasowej MAK Rosjanie podali dłuższą wersję wypowiedzi:
- Wkurzy się, jeśli jeszcze... Jeśli nie wylądujemy, będzie się mnie czepiał.
Zdaniem tamtejszych ekspertów mowa o ewentualnej reakcji prezydenta. Polska strona nie potwierdziła jednak ani tych słów, ani ich rosyjskiej interpretacji.


Dawne dzieje i tylko paranoik smoleński może łączyć jakieś prehistoryczne księgi (w których z  nabożną czcią przywoływano moskiewskie dezy) z najnowszymi ustaleniami dziennikarzy śledczych „Wprost”, które przecież odkrywają prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, jak w sądzie. Tempus fugit, wszystko płynie, tak więc nawet rzeka kłamstw smoleńskich ma swoje odnogi, nurty i wiry. Chciałoby się jedynie zapytać, a czemuż to dziennikarzom śledczym ze „Wprost” nie udało się ustalić tego, co ustalili niedawno, tj. „kilka dni temu” – przed dwoma laty chociażby? Przecież chodzi chyba o ten sam „materiał dowodowy”?

Jakie są więc ich obecne ustalenia? Takie np., że za cholerę nie można znaleźć człowieka, co rozpoznał głos śp. gen. Błasika w kokpicie. Nie ma takowego gieroja. Nie ma komu orderu dać „za ofiarność i odwagę”. Co więcej, naraz się okazuje, że „ekspert z policyjnego laboratorium” na pytanie „Czy przypisywanie wypowiedzi poszczególnym osobom na podstawie kontekstu sytuacyjnego jest zgodne z metodologią odsłuchu?” odpowiada (zachowując anonimowość): „Interpretacja kontekstu dostarcza wiedzy uzupełniającej, ale nie może być jedynym dowodem. Komisja poszła o krok za daleko” (s. 17).

Trzymajcie mnie ludzie - „komisja Millera”, ta przecież złożona z najwybitniejszych ekspertów nad Wisłą, „poszła o krok za daleko”? Za daleko, to znaczy, dokąd? W las, jak przysłowiowa nauka? Na szczęście jest ostatni sprawiedliwy w tejże komisji, M. Lasek, który wszystko wyjaśnia, jak należy:

Po pierwsze, jego ciało (chodzi o śp. gen. Błasika – przyp. F.Y.M.) zostało znalezione przy ciele jednego z członków załogi. Po drugie, te słowa były poprzedzone oficjalnymi powitaniami („Witam”, „Dzień dobry”), co oznacza, że ktoś musiał wchodzić do kabiny. I po trzecie, podchodząc do lądowania, członkowie załogi posługują się skrótami: zamiast „250 metrów” mówią „250”. Przyjęliśmy założenie, że „250 metrów” musiał powiedzieć ktoś spoza załogi. Naszym zdaniem gen. Błasik czytał te wysokości, mając świadomość, że piloci go nie słyszą” (s. 17).

Krzymowski pisze pod koniec swego artykułu „Uzbrójmy się w cierpliwość”, ale jakże możemy być cierpliwi, kiedy nagle „Wprost”  zabrało się za demaskowanie kłamstwa smoleńskiego, a na okładce komunikuje: „Smoleńsk. Wciąż we mgle” i nieco niżej: „Brzoza? Naciski? Zamach? Czyli jak niewiele wiemy dwa lata po katastrofie”? Aż strach pomyśleć, co będzie w następnym numerze, wydawać by się bowiem mogło, że po dwóch latach wiemy wszystko, tak jak M. Lasek z „komisji Millera”. Jeszcze chwila, a dziennikarze śledczy zaczną węszyć na Okęciu w poszukiwaniu jakichś utajnionych samolotów z 10 Kwietnia lub samych lotów.

 

Lubię to! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Inne tematy w dziale