615 obserwujących
1599 notek
9362k odsłony
  15372   0

Medytacje smoleńskie 8: 132

 

Jedną z największych zagadek 10 Kwietnia, obok „ruchomej” godziny „katastrofy” (por. http://freeyourmind.salon24.pl/380030,medytacje-smolenskie-6-godzina-batera) jest informacja o 132 ofiarach śmiertelnych, która obiegła (oczywiście jako zweryfikowana, nie jako „nieoficjalna”) media koło godziny 11-tej, a która chyba po raz pierwszy zostaje podana już o godz. 10.18 przez W. Paca, ruskiego korespondenta, na antenie TVP Info podczas telefonicznej rozmowy ze S. Siezieniewskim (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami):
Ja obserwuję te wydarzenia trochę z pewnej perspektywy, z Moskwy, wiem już na przykład, że miejscowa rosyjska prokuratura, komitet śledczy rosyjskiej prokuratury, przedstawiciele tej prokuratury przybyli już na miejsce katastrofy są już w Smoleńsku i podjęli oni czynności potrzebne do wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Rosyjskie ministerstwo ds. nadzwyczajnych poinformowało, że zginęło 87 osób. Wg portalu internetowego „Gazieta. Ru” na pokładzie prezydenckiego samolotu znajdowały się 132 osoby...
 
Sęp
 
Godz. 10.18 to czas „drugiego medialnego otwarcia” (jeśli chodzi o smoleński „teatr telewizji”), że się tak wyrażę – tak bowiem jak godz. 9.19 to „start” wiadomości o „problemach z lądowaniem prezydenckiego jaka-40” (na antenie rządowej TVN24) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/proste-pytania.html), tak okolice czasowe tej godz. 10.18 (ewentualnie 10.17) to przecież pojawienie się najpierw materiału operatora towarzyszącego P. Kraśce – R. Sępa (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami), a parę chwil później, premiera moonfilmu „polskiego montażysty” moonwalkera S. Wiśniewskiego (o tym wszystkim pisałem obszernie w zakazanej „Czerwonej stronie Księżyca” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf)), więc tu tylko przypominam podstawowe odniesienia w postaci pewnych faktów medialnych. (Określenie „fakt medialny” jest jak najbardziej na miejscu, ponieważ telewizje zapewne dużo wcześniej miały ten księżycowy materiał Wiśniewskiego, lecz czekały na jego kolaudację i „zgodę na emisję”).
 
132
 
Sprawa tej „rozszerzonej listy poległych” zaszła tak daleko (tamtego dnia), jak pamiętamy, że nawet D. Holecka z TVP Info łamiącym się głosem odczytywała wtedy o godz. 11.38 nazwiska osób, które „zginęły” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/rozszerzona-lista-polegych.html), takie jak D. Gwizdała, J. Opara, A. Kwiatkowski, M. Wierzchowski, M. Jakubik z KP czy T. Stachelski z „protokołu dyplomatycznego” (rozmowę amb. J. Bahra z nim o tejże sprawie relacjonuje sam Bahr:  „Był całkowicie roztrzęsiony. Otarł się o śmierć, miał być w tym samolocie. Przyjechał 7 kwietnia z premierem, miał wrócić do Warszawy i przylecieć po raz drugi. Ale został w Smoleńsku z jakichś względów organizacyjnych. Ale pan żyje - próbowałem go pocieszyć” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=7&startsz=x)). Oczywiście ta rozszerzona lista z 11.38 nie zawierała aż 132 nazwisk, jak wiemy jednak, do ofiar zaliczano tamtego dnia również min. J. Sasina (w filmie  „Syndrom katyński” poświęcono temu faktowi sporo czasu) czy wspomnianego Bahra (P. Kowal miał być wieczorem 10-go Kwietnia w Smoleńsku, wg relacji konsul L. Putki, zdziwiony: „To, Jurek żyje? Bo dziennikarze mówili, że nie, że leciał tym samolotem” (http://wyborcza.pl/1,76842,9362074,Prosze_spokojnie__pani_konsul.html?as=3&startsz=x)).
 
lista
 
Warto przy okazji Bahra dodać, że on sam był mile zaskoczony „nekrologiem”, o czym wspominał w wywiadzie: „(TT) -Adam Daniel Rotfeld pożegnał pana w telewizji.
JB:- I Aleksander Kwaśniewski. W pięknych słowach. Bardzo mnie to ujęło. Pracowałem z nim tylko przez dziewięć miesięcy. Jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, po odejściu Marka Siwca do europarlamentu. Nie znał mnie, ale przyjął, zawierzył, choć - mówiąc brutalnie - nie byłem lewicowcem i on o tym wiedział. Mam jednak satysfakcję. Kiedy odchodził, okazałem mu lojalność” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html). Oczywiście Kowalowi, który zaskoczony był, iż „Jurek żyje”, najwyraźniej nie przyszło tamtego dnia do głowy, by to sprawdzić, gdy usłyszał wieść od „dziennikarzy” - a jak pamiętamy, gdy 10-04 był program z politykami w przedpołudniowej Trójce, to aż wybiegł ze studia, by się upewnić czy jeden z jego przyjaciół nie leciał „tym samolotem” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/komorki-milcza.html) - na szczęście się okazało, że nie poleciał.
 
Nie zapominajmy też, że do „ofiar katastrofy” zaliczano również samych dziennikarzy  (choć nie w oficjalnym przekazie).  Tak można sądzić choćby po tym, co pisał P. Świąder, jak odbierał sms-y z Polski typu: „myślałyśmy, że zginąłeś, a tu właśnie usłyszałyśmy Twoją relację”, gdy podawano wieści o „katastrofie” (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel-swiader/komentarze/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706) lub po dok.-wspomnieniowym filmie „Poranek”. Świąder, któremu zajęło, jak twierdzi,... godzinę przejechanie z lotniska na cmentarz w Katyniu, oddawał w swym najsłynniejszym poście wygląd pobojowiska tak:  „Trudno opisać to, co widzimy. Wydawałoby się, że potężna, żelazna przecież maszyna nie może tak po prostu rozpaść się tyle części. Właściwie trudno powiedzieć, że to szczątki samolotu. Nie rozpoznalibyśmy go, gdyby nie leżący kołami do góry fragment podwozia. Nie mogę zrozumieć dlaczego tak duży samolot rozpadł się na setki małych fragmentów, leży na wcale niewielkiej powierzchni, może 100 metrów, co może oznaczać, że z ogromną siłą uderzył w ziemię i od razu zatrzymał się w miejscu. Grunt jest tutaj bardzo miękki. Stąpamy po piasku przywiezionym tu przez wywrotki, a mimo to ziemia ugina się jakbyśmy stali na bagnie. Teren na którym leży wrak otoczony jest biało-czerwona taśmą. Pilnują go żołnierze. Patrzę na to wszystko i nie wierzę własnym oczom. Znowu pytam siebie: Jak? Jak to się mogło stać?”
 
Przypominam tę wypowiedź w kontekście tego, co podał szef Zespołu, min. A. Macierewicz, indagowany przez autorów książki „Musieli zginąć” (s. 28-29): „O ile część samolotu od skrzydeł do ogona leży odwrócona o 180 st., o tyle część od skrzydeł do kokpitu znajduje się w prawidłowym położeniu. Także koła pod kokpitem, oczywiście do momentu, kiedy zostały zabrane przez Rosjan wraz z całym kokpitem, nie były odwrócone. Podobnie jak kilkunastometrowa część kadłuba z napisem „Republic of Poland”, która również w prawidłowym położeniu stała na ziemi. Jest to doskonale udokumentowane na zdjęciach, które są w posiadaniu zespołu ds. katastrofy smoleńskiej. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem tak niezwykłego rozmieszczenia elementów wraku jest rozpad samolotu nad ziemią (...). Jest to tym bardziej prawdopodobne (...) że w żadnym miejscu nie ma leja w ziemi, ani wyraźnych śladów przesuwania się (szorowania) samolotu po gruncie.”
 
wrak odświeżony
 
Zastanawiam się bowiem, dlaczego „kilkunastometrowej części kadłuba z napisem „Republic of Poland” nie dostrzegł Świąder stojący opodal pobojowiska, ani Wierzchowski, który znalazł się, jak twierdzi, w ogóle przy samym wraku („Nie było części, że okna widać, że ktoś może siedzieć w samolocie, tylko to wszystko było... miazga. Jak... jak na złomowisku... jak wszystko jest rzucone na kupę i nie wiadomo, co gdzie jest... gdzie skrzydło, gdzie... to wszystko było tak przemielone i wbite w ziemię, że nawet nie było... Ja tam podbiegłem i nie wiedziałem, gdzie co jest...” ,„Mgła”, s. 133-134).
 
Najmniej, jak pamiętamy, dostrzec miał sam Bahr: „Miałem go w oczach, wielokrotnie uczestniczyłem w jego witaniu i żegnaniu. Ogromne cielsko z wysokimi schodami. A te fragmenty, które zobaczyłem, po półtora metra wysokości odbierały mi nadzieję, że komuś mogę pomóc. (...) (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=4&startsz=x),„Nie widziałem też żadnego kadłuba ani żadnych odwróconych do góry kół. Ze zdumieniem zobaczyłem je potem w telewizji” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=5&startsz=x). Nie przeszkodziło to jednak Bahrowi wyrokować (o godz. ca. 9.07) o braku oznak życia na ruskim księżycu w telefonicznym raporcie dla gostka z „Centrum Operacyjnego” („No w tej chwili ja stoję, samolot jest całkowicie rozbity, stoimy w odległości 150 metrów, nie ma żadnego śladu życia, ugasili pożar, który był w przedniej części i to jest wszystko” (http://www.tvn24.pl/12690,1739927,0,1,co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,wiadomosc.html) ).
 
Interesuje nas jednak dzisiaj kwestia 132 ofiar, do zajęcia się którą sprowokowała mnie swoją najnowszą notką MMariola (http://mmariola.salon24.pl/410011,10-04-2010-godzina-09-30). Uważnie bowiem obejrzałem (już po raz któryś z rzędu na przestrzeni ostatnich dwóch lat) program, który zlinkowała (www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/magazyn-ekspresu-reporterow/wideo/11042010-smolensk-wydanie-specjalne/1654384) – wpisuje się on bowiem w „medialną oprawę tygodnia żałoby”, zaś z rzetelnym raportowaniem tego, co najistotniejsze, zbyt wiele nie ma wspólnego. I to jest rzecz niezwykle ciekawa, ponieważ wydawać by się mogło, że nazajutrz po tragedii to można by zrobić program w całości poświęcony temu, co się działo w samym Smoleńsku, znaleźć też kogoś z Okęcia, popytać osoby będące na Siewiernym czy choćby w hotelu Nowyj. Tymczasem nic z tych rzeczy; program, pomijając jakieś odpryskowe relacje P. Kraśki oraz S. Wiśniewskiego, skoncentrowany jest wyłącznie, wyłącznie podkreślam, na przekazie emocjonalnym. Co „czuli” telewizyjni prezenterzy podczas pracy 10-04, co przeżywali ludzie oczekujący w Katyniu, jakimi wzruszeniami mogą się podzielić osoby wpisujące się do księgi kondolencyjnej etc. Faktów (o których za chwilę), tyle co na lekarstwo – emocji zaś mnóstwo – plus, co oczywiste w tamtym okresie – pamiątkowe zdjęcia lub migawki z wizerunkami ofiar zbrodni z 10-04.
 
Zorganizowanie nad Wisłą „tygodnia żałoby” w taki sposób, by nieustannie grana była rzewna muzyka, by pokazywano państwowe pogrzeby i materiały wspomnieniowe z ofiarami, tudzież nabożeństwa czy inne uroczystości upamiętniające zabitych, miało jeden podstawowy cel: sprowadzenie kwestii tragedii do sfery emocjonalnej właśnie – Polacy zatem mieli się przede wszystkim wypłakiwać i rozpaczać nad doznanymi stratami. Nie mieli zaś ani na chwilę racjonalnie zastanawiać się na tym, co się wydarzyło – ani też nad tym, jak mogło dojść do takiej tragedii i kto za nią odpowiada. Nie znaczy to wcale, iż w tym obszarze „wielodniowej medialnej żałoby” nie pojawiały się „teorie” dot. tego, co zaszło. Wprost przeciwnie, już 10 Kwietnia w pierwszych kwadransach (!) od ogłoszenia „wypadku” można było usłyszeć W. Łuczaka z wojskowego czasopisma „Raport” (dokładnie o 9.47 na antenie TVP Info (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami)), który rozwodził się i nad złymi samolotami 36 splt, fatalną pogodą w Smoleńsku i – tu uwaga – ludzkimi błędami, jakie mogą się pojawić w tego rodzaju okolicznościach, tj. prowadzić do lotniczej katastrofy.
 
Tak więc żałoba żałobą, wspomnienia wspomnieniami, łzy łzami, ale jakieś obowiązkowe scenariusze tego, jak należy myśleć o tragedii, opracowywano. I w ramach takich opracowań zapewne powstał wyemitowany w godzinach popołudniowych (można to odkryć po lekturze pasków informacyjnych w trakcie jego emisji) w niedzielę 11 kwietnia program „Magazyn Ekspresu Reporterów” jako materiał zasługujący po tych dwóch latach na szczególne śledcze zainteresowanie. Zanim jednak go omówię, wskazując na pewne intrygujące fragmenty (każdemu, kto nie widział tego programu zalecam obejrzenie przed dalszą lekturą – ewentualnie rzucenie okiem już po przeczytaniu mojego posta), chciałbym podkreślić jedną, moim zdaniem, bardzo ważną rzecz.
 
Otóż między godz. 9.35, kiedy podawana jest pierwsza liczba ofiar (87), a 10.18, kiedy podawana jest druga liczba ofiar (132), o godz. 9.56 podawany jest też komunikat, że „wszyscy zginęli” (http://4.bp.blogspot.com/-ZsYZ5Nmrua0/TZNgQKBSQFI/AAAAAAAABT4/ekXIt2c3yyQ/s1600/awaria24.png). Nie ma zaś (w tym przedziale czasowym: 9.35-10.18) podanej liczby 96 (lub czasem 97) ofiar, jak to będzie potem, tj. kiedy się jednak „okaże”, że owa 132, mimo iż „zweryfikowana” (tak jak wszystko, co wtedy w masowych środkach przekazu podawano), to raczej „zawyżona”, tj. „przeszacowana” liczba. Przed 11-tą będzie więc wiadomo, że zginęły 132 osoby (http://4.bp.blogspot.com/-ZsYZ5Nmrua0/TZNgQKBSQFI/AAAAAAAABT4/ekXIt2c3yyQ/s1600/awaria24.png), stąd też, jak wspominałem na początku, D. Holecka w TVP Info będzie mogła pół godziny później odczytywać nazwiska przynajmniej sporej części z tej listy (no bo „weryfikacja” będzie trwała) – jakiś czas potem jednak okaże się, iż niektórzy spośród uznanych za „ofiary katastrofy”, żyją – część z nich zresztą na wieść o „wypadku” będzie telefonować do swoich bliskich z uspokajającymi komunikatami (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/pierwsze-telefony.html).
 
jak-40
 
I właśnie ta prezenterka TVP Info jest jedną z bohaterek programu „Magazyn Ekspresu Reporterów”, gdzie opowiada tak (3'17''): „Szykowałam się tutaj do pracy i usłyszałam, że prawdopodobnie jak, bo taka była pierwsza informacja. Pomyślałam sobie, że... nie wiemy, więc nie będę myślała, że zakończyło się tragicznie, bo nigdy nie wolno tak myśleć. Poza tym Prezydent jakiem nie lata już od... od dawna prezydenci, najważniejsze osoby nie latają jakiem, więc pomyślałam sobie, że, że, że to za chwilkę wszystko się wyjaśni. No i, i nie będziemy relacjonować tego, co się okazało, że... relacjonowaliśmy.”
 
Ani słowa, w jaki sposób weryfikowano informację z „prezydenckim jakiem”, ale to zrozumiałe – skoro program reporterski jest „żałobny” nie zaś akurat faktograficzny. Z kolei P. Kraśko relacjonuje (2'43''): „myśmy byli wtedy chyba koło kilometra od lotniska i w pewnym momencie zobaczyłem sznur wozów strażackich jadących, pędzących szybko na sygnale tam daleko, bo widać było trochę dymu i jakąś krzątaninę, ale nie wiedzieliśmy zupełnie, co się stało, nie wiedzieliśmy, że te wozy jechały w stronę lotniska. (...) Gdzieś już zaczynaliśmy iść do pracy – część już była na zdjęciach. Wiedzieliśmy, o której ląduje samolot p. Prezydenta i gdzie wszyscy potem pojadą do Katynia. No, cały ten układ dnia – patrzyliśmy na to jeszcze chwilę wcześniej dosłownie – co w której minucie tego dnia się wydarzy.” Ta nieskładna opowieść ani na moment nas nie przybliża do detali tego, co się działo. Gdzie, co, jak, kiedy widział Kraśko – nie wiadomo. Tak samo zresztą jak z jego „smoleńskiej” książki (http://freeyourmind.salon24.pl/285796,oko-zaby-4). Jeśli bowiem dopiero zbierał się do wyjazdu na cmentarz, a już widział sznury wozów strażackich („Jeśli są takie korki i coś się stało, lepiej wcześniej wyjechać do Katynia. A najlepiej od razu.””), to chyba nie miał zamiaru jechać wraz z kolumną prezydencką? Która to zatem mogła być godzina?
 
Zostawiamy jednak Kraśkę i wracamy do omawianego programu „reporterów”. A. Klarenbach z TVP (to ten, co swego czasu przeprowadził wywiad z moonwalkerem (http://www.tvp.pl/opinie/wywiady/gdybym-wiedzial-co-sie-stalo-usiadlbym-i-plakal/1658974)) opowiada: „Rozpoczynałem dyżur po godz. 11. Kiedy... spłynęła już ta depesza, że katastrofa samolotu prezydenckiego, że najprawdopodobniej Para Prezydencka była na pokładzie i razem z nią 130 pasażerów, ugięły się pode mną nogi. W przypadku takich informacji – giną ludzie i mówi się wstępnie o 132 osobach – pojawia się problem, jak o tym mówić, a właściwie, każde słowo waży się 2 razy w myśli.”
 
Jako ciekawostkę dodam, iż w 6'11'' programu pokazane jest ujęcie Sępa (fragment jego krótkiego filmu), ale za to z dźwiękami z moonfilmu, czyli z materiału Wiśniewskiego (syreny karetek i burczenia wozów strażackich) – wot jakiś kolejny „polski montażysta”, zapewne pod okiem fachowca wojskowego, ubarwił takim „reporterskim” drobiazgiem program „reporterów”. Skojarzyło mi się to od razu z tym fragmentem „Syndromu katyńskiego”, w którym na tle panoramy pobojowiska robionej przez Wiśniewskiego jakiś (ruski? A może polski znowu, bo przecież jakiś współudział neopeerelowskiej telewizji także był w pracy nad „Syndromem...”?) montażysta dokleił dźwięki dzwoniących komórek (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/telefony.html), o których w „Syndromie” tak ciekawie opowiadał główny akustyk.
 
Niestety, w programie „reporterów” nie ma rozmów z P. Prusem, M. Pyzą etc., a przecież tyle osób w tym Smoleńsku wtedy się pojawiło, tyle ekip – na pocieszenie jednak dla nas jest – przeprowadzona przez M. Olszańskiego (prowadzącego to spec. wydanie magazynu) rozmowa z N. Nowotnikiem z PAP i J. Szymurą (operatorem TVP), do którego Olszański zwraca się per „Józek” (12'05''), co ja też pozwolę sobie zastosować. Wedle Olszańskiego ci dwaj ludzie mediów przybyli o 6 rano pociągiem do Smoleńska, ale jeszcze przed rozmową z Norbertem i Józkiem pokazane są migawki z dworca W-wa Zachodnia już po powrocie specjalnego pociągu ze Smoleńska.
 
W 14'10'' wypowiadają się dwie kobiety (czyżby posłanki? - w tle przechodzą różni posłowie, zaś pos. Zuba stoi z telefonem w kadrze po lewej stronie; niestety, o ile w programie podpisani są prezenterzy lub dziennikarze, to osoby przepytywane już nie) – i ich relacje są warte zacytowania. (K1): pierwsza jakaś wiadomość, bardzo nieoficjalna, że są problemy, niektórzy z nas już otrzymali, jak żeśmy wchodzili na cmentarz  i później oczekiwaliśmy, bo to trudno było uwierzyć, że, że to jest taka katastrofa. Myśleliśmy, że może jakieś koło odpadło, jakieś coś – i później wszyscy nasłuchiwaliśmy. Zaczęliśmy otrzymywać sms-y i wiadomości...”  (K2):  „I media zaczęły ze sobą, między sobą rozmawiać – tak że to już później poszłą informacja wśród ludzi.”  Czy zatem posłowie już przybywając na cmentarz, wiedzieli, że „coś się dzieje, coś się dzieje”, jak to ujmowali smoleńscy świadkowie? To by dopiero była zagwozdka. No bo w takim razie, to chyba przede wszystkim kontaktowaliby się z pasażerami „prezydenckiego samolotu”, prawda? By ustalić: co się dzieje. Zwłaszcza jeśliby sądzono, że „może jakieś koło odpadło albo coś”. Cóż bowiem dałoby parlamentarzystom nasłuchiwanie w Lesie Katyńskim, tak oddalonym przecież od smoleńskiego wojskowego lotniska?
 
I zaczyna się po chwili najciekawsza część programu – rozmowa z Norbertem i Józkiem. Olszański (w skrócie MO, 15'58): „Ty, Józek, nie byłeś tam jako operator TVP, pojechałeś prywatnie z własnym synem uczcić pamięć wuja”.  Na co Józek: „(...) faktycznie po raz pierwszy byłem uczestnikiem – zwykle jestem po drugiej stronie – rejestruję takie wydarzenia, a tutaj zdecydowałem się, że nie, że nie wezmę kamery, że po prostu, że po prostu będę tam uczestnikiem, bo chciałem przeżyć, chciałem, żeby to była taka nasza wspólna lekcja historii.”
 
Z tej wypowiedzi operatora TVP, czyli Józka, można jasno wywnioskować, iż  pojechał do Katynia bez kamery. Chyba że ja polskiego nie rozumiem. Tylko więc jakiś kompletny paranoik smoleński mógłby zadawać takie idiotyczne pytania: skąd w takim razie Józek nagrał potem na kamerę filmik ze swoim synem, wracając pociągiem z Katynia, wyemitowany w tymże programie „reporterskim”? Możliwe, że ktoś Józkowi po prostu użyczył kamery i już, więc większego problemu nie ma. Wracam tedy do tele-audycji. Mówi Norbert: „(...) autokarami wybraliśmy się ze Smoleńska do Katynia koło 9.30  (w odpowiedzi na wypowiedź MO o przyjeździe na 6-tą rano).
 
Nietrudno zatem się domyślić, że MO operuje czasem warszawskim, zaś Norbert „lokalnym”, co zresztą żadnej konfuzji u nikogo nie powoduje, choć przez wzgląd na telewidzów mogliby sprawę kontekstu czasowego uzgodnić. Mniejsza jednak z tym. Jeśli wszak Norbert mówi „9.30”, to (wg oficjalnej wersji) była to  7.30 pol. czasu, a więc na pewno grubo przed „smoleńską katastrofą”. I co teraz dodaje Norbert? Po godz. 10. właściwie, gdy ustaliliśmy, ustalaliśmy z moim redakcyjnym kolegą ostatnie szczegóły dot. uroczystości,  nagle pojawiła się ta informacja.”  A to feler! To jakby  8. rano pol. czasu, czyż nie? Nie za wcześnie, jak na tą „nagłą informację”? MO jednak puszcza tę wypowiedź mimo uszu albo sądzi, że 11 kwietnia i tak nikt nie ma głowy do takich detali, choć przecież tamtego dnia obowiązuje wersja, iż „wypadek lotniczy” zdarzył się o 8.56 pol. czasu. (Por. też relację M. Pyzy z 10-04 http://freeyourmind.salon24.pl/297779,zakrzywienie-czasoprzestrzeni)
 
Norbert więc kontynuuje opowieść o informacji:  „Ona... Ona przyszła i nie wiem, chyba ktoś z obłusgi sejmu bądź senatu, być może jakiś dziennikarz”  (jak to zwykle w smoleńskiej historii bywa – nie ma autora wiadomości – wieści „bierą się” znikąd – przyp. F.Y.M.) „yyy..., podał informację, że, że coś się dzieje, że coś się dzieje”(ale jak podał, gdzie, kiedy – nie wiadomo – przyp. F.Y.M.).  „Część... Panow... Zaczął, zaczął panować pewien chaos informacyjny. To było bardzo, bardzo trudne doświadczenie, dlatego, że część osób twierdziła, że to tylko awaria samolotu, że jest jakiś pożar, że, że ludzie...” No i niestety MO nie daje Norbertowi dokończyć, bo wtrąca: „Przeżywaliście niepewność, jakby nie było wiadomo, co tak naprawdę się dzieje.”
 
Oczywiście, że tak, bo w XXI w. nie ma telefonów, by sprawdzić, co się dzieje. Tu odzywa się zatem Józek: „Tak było”. I ponownie Norbert: „Zgadza się. Zgadza się. No i w pewnym momencie... Ja cały czas... Przyszła ta informacja, że rzeczywiście yyy... skutki są tragiczne... Cały czas miałem nadzieję, że ta informacja zostanie zdementowana, że ktoś powie, że to, że to jest nieprawda, że to jest fałsz. Liczyliśmy na to yyy... Szybko dziennikarze podzielili swoje obowiązki – część osób pojechała na lotnisko do Smoleńska, część osób została i miała relacjonować to, co się dzieje na cmentarzu”.
 
MO: „Coś złego się na pewno wydarzyło. Ty byłeś, Józek, w trudnej sytuacji, bo był z tobą twój syn, Cyryl.”
Józek: „Tak, tak, tak. My przyglądaliśmy się temu. Ja wiedziałem, że coś się dzieje, ale nie sądziłem, że dzieje się aż tak tragicznie (nie dało się jakoś sprawdzić? Nie można było zadzwonić do kogoś z telewizji? - przyp. F.Y.M.). Dopiero, kiedy zauważyłem, że koledzy z transmisji zwijają kable."
MO: „Yhy”.
Józek: „...to widziałem, że stało się coś naprawdę poważnego.”
 
I po tym emocjonującym dialogu pojawia się materiał wideo z pociągu oraz opowieści syna na temat tego, co się zdarzyło 10 Kwietnia. MO zapowiada zresztą:  „Popatrzmy teraz, bo ty porozmawiałeś ze swoim synem. Nagrałeś tę rozmowę. Zobaczmy, jak on przeżył i odebrał te wydarzenia.” Po materiale z pociągu zaś następuje powrót do rozmowy z Józkiem, który dodaje:  „(...) I powiem tak, dopiero, dopiero chwyciłem za kamerę, gdy na prośbę innych współtowarzyszy podróży, Rodzin Katyńskich, po prostu, yyy..., oni chcieli, żebym ja zarejestrował to, co oni czują. Yyy... i to wtedy dopiero nastąpiło takie katharsis – bo czułem się osamotniony w tym moim dramacie, w tym moim bólu, a czuliśmy taką wspólnotę. Była koleżanka, która grała na gitarze i śpiewała swoje ballady io jakoś po prostu tą noc udało nam się przeżyć, bo gdyby nie było tego, tej wspólnoty, to nie wiem, co by się stało.”
 
Pytanie więc, czy Józek nie miał tej kamery, za którą chwycił dopiero w drodze powrotnej – w Katyniu? A jeśli miał, to czemu za nią nie chwycił wtedy? Czy w Katyniu też nie było wspólnoty ani tym bardziej rzeczy wartych uwiecznienia? Czemu nie dało się wtedy niczego zarejestrować? Czy może się jak najbardziej  zarejestrowało, ale – tak jak wiele innych materiałów zrobionych przez ludzi mediów, materiałów z 10 Kwietnia – pochowało? Na te pytania znajdą się odpowiedzi podczas zapewne dopiero międzynarodowego procesu. Teraz zaś proszę wczytać się w wypowiedź przedstawiciela PAP, który (przy okazji mówienia o swoich emocjach) przekazuje coś wyjątkowo ważnego :
 
Norbert (20'34''): „No to... do tej pory czuję, że to jest jakiś rodzaj, rodzaj koszmarnego, koszmarnego snu, z którego nie mogę się, się obudzić. Te emocje, które, które były tam na polskim cmentarzu, yyy..., u ludzi, udzielały się, udzielały się mi. By... Były sceny, kiedy ludzie modlili się – to była modlitwa różańcowa. Z jednej... W jednej ręce trzymali różaniec – w drugiej ręce telefon komórkowy – i uspokajali bliskich, że wszystko jest w porządku, że żyją– bo takie telefony się pojawiały.”
 
Do tej sprawy za chwilę powrócę. Z innych wartych odnotowania w programie Olszańskiego, rzeczy są te pojawiające się na paskach informacyjnych. Przypominam, że audycja nadana jest 11-04, czyli w niedzielę, nazajutrz po tragedii, w godzinach popołudniowych. Parę newsów: 1. „Zidentyfikowano 24 ciała” (23'54'', 27'57'', 31'56'' programu), 2. „J. Bahr: ciało Marii Kaczyńskiej nie zostało zidentyfikowane” (24'06'', 28'07'', 32'05'') – są jeszcze informacje o planowanym na 17.30 wylocie z krewnymi ofiar („pierwszym samolotem”), zaś drugi ma lecieć „w poniedziałek przed południem”).
 
Spróbujmy teraz zebrać w całość kilka puzzli w kontekście tego, co przed chwilą zacytowałem z wypowiedzi przedstawiciela PAP, jak też w kontekście wielu innych relacji mówiących o telefonowaniu, esemesowaniu do lub ze strony osób, które NIE leciały/NIE miały lecieć „tym samolotem”. Tylko jakiś skrajny paranoik smoleński albo kompletny fantasta od maskirowki smoleńskiej mógłby się zdumiewać, jakże to tak wielu ludzi w Katyniu (nieliczne osoby w Smoleńsku na Siewiernym) zaczęło otrzymywać telefony z Polski albo też dzwonić do swoich bliskich, skoro NIE udawało się do Smoleńska „tym samolotem”? Załóżmy bowiem, że mamy wyjechać po kogoś na dworzec, bo przyjeżdża pociągiem z daleka - czekając jednak już na peronie, dowiadujemy się, że gdzieś w trasie tabor się wykoleił. Czy w takiej sytuacji ktoś by do nas dzwonił, czy nam się nic nie stało? Albo my byśmy dzwonili do domu z informacją, że z nami wszystko w porządku, żeby się nikt nie martwił? Z taką zaś mniej więcej sytuacją mamy do czynienia 10 Kwietnia: wielu ludzi otrzymuje sms-y/telefony (tudzież telefonuje z uspokajającymi wieściami), mimo że – jak twierdzą – poruszały się zupełnie innymi środkami lokomocji.
 
dziennikarze
 
Zacznijmy od dziennikarzy. Ci, jak wiemy (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel-swiader/komentarze/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706), na warszawskim lotnisku zostali skierowani od razu do jaka (a nie tupolewa, jak sądzili), następnie przesadzeni z jednego jaka do drugiego, zaś jakby co, to trzeci jeszcze w hangarze w odwodzie czekał. Kto tymi przesiadkami kierował – do dziś nie wiadomo – choć jeśli się posłucha W. Ciegielskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka), to (jak sugerowałem w „Czerwonej stronie Księżyca” w rozdziale „W wielowymiarowej ruskiej zonie” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf)), jakiś dyrygent z kancelarii Prezydenta musiał być, Cegielski wszak mówi wyraźnie:  „Kancelaria prezydenta podjęła decyzję, że wszystkich dziennikarzy, całą trzynastkę dziennikarzy, którzy byli w składzie delegacji z prezydentem Kaczyńskim, zostanie ta trzynastka przeniesiona do innego samolotu” – tzw. dyrygent okęcki, jak dotąd nieznany, czyli skrywający się skromnie w cieniu (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/gdzie-jest-dyrygent-z-okecia.html).
 
Trudno sobie wyobrazić, że naraz, dajmy na to, zwykły wojskowy pilot A. Wosztyl zaczął się szarogęsić na lotnisku i wskazywać, którzy ludzie z prezydenckiej delegacji czym mają lecieć i przestawiać ich z kąta w kąt – tak jak kierowca pekaesa w czasach peerelu tonem pana i władcy wyznaczał w nabitym po brzegi autosanie, kto może pojechać z osób, które nie zdążyły kupić biletów w kasie, a kto musi poczekać na następny kurs - i wyganiał część niedoszłych pasażerów. Decydować na Okęciu musiał zatem ktoś wysoko postawiony – najpewniej w jakiejś ministerialnej randze. Pech chce, że koło 5-tej rano żadnych świadków na warszawskim lotnisku nie było, tak więc mimo upływu lat od tragedii, blackout znad Okęcia nie ustąpił.
 
Wróćmy jednak do naszych dziennikarzy. Polecieli więc, jak głosi oficjalna wersja wydarzeń, innym samolotem niż wcześniej planowano – ale na tym nie koniec zagadek. Czy wobec tego, że nie lecieli tupolewem, to nie dali znać swoim macierzystym stacjom, że 1) doszło do zmiany planów, 2) wylądowali (gdzie dokładnie?), a następnie, 3) przejechali do Katynia?
 
Wydaje się, że przynajmniej jeden z nich musiał być w stałym kontakcie ze swoją firmą, ponieważ – jak przynajmniej wieść smoleńska niesie – z powodu nieważnej wizy został cofnięty (albo jak to mawiają w niektórych regionach: cafnięty) sprzed cmentarza katyńskiego z powrotem na Siewiernyj. To oczywiście legendarny J. Mróz – niestety, tak jak wszyscy pozostali z „dziennikarskiego jaka”, nieprzesłuchany przez Zespół (niewykluczone więc, że dopiero na międzynarodowym procesie usłyszymy Mroza jako świadka, chyba że wcześniej powstanie, po jakimś kolejnym rozdaniu, jakaś parlamentarna komisja śledcza badająca pracę instytucji badających „katastrofę smoleńską”, na co na razie się nie zanosi).
 
Historia z Mrozem jest o tyle zastanawiająca, że przecież musiał on przejść „odprawę paszportową” na Siewiernym (chyba że było lądowanie na... Jużnym np.), a więc już wtedy widziano i wiedziano by, że on „nie ma ważnej wizy”, czyli nie powinno się go „wypuszczać” poza teren lotniska. Stało się jednak inaczej – Mróz spokojnie pojechał ze Smoleńska i dopiero po przesiedzeniu w autokarze u wjazdu na cmentarz, miał powrócić - już gdy maskirowka ruszyła na wojskowym lotnisku. Swoje perypetie jednak musiał opowiedzieć ludziom z TVN-u, bo na pewno to, że jako reporter nie będzie mógł wziąć udziału w uroczystościach było informacją, którą należało przekazać, nim zaczął, ponoć od godz. 8.51 podawać pierwsze wieści z Siewiernego (http://freeyourmind.salon24.pl/323106,spotkanie-mroz-wisniewski). Może nawet próbowano interweniować w jego sprawie, by go jednak wpuszczono na cmentarz?
 
Mimo to zaś w filmie „Poranek” producentka rządowej telewizji P. Tamulewicz mówi o płynących na przemian telefonach od Mroza (Smoleńsk) i R. Poniatowskiego (Katyń):  „brakowało tego potwierdzenia, który to był samolot i kto był na pokładzie– choć przecież – jak oficjalna opowieść nam każe wierzyć – wyleciały zaledwie dwa samoloty, dwa – nie więcej, a „dziennikarski jak” już musiał dawno wylądować, zważywszy na przygody Mroza w neo-ZSSR. Czy zatem ludzie mediów wiedzieli „skądinąd”, iż wcale nie wyleciały  tylko dwa samoloty? Czyli wiedzieli, że oprócz jednego jaka i jednego tupolewa – leciało jeszcze coś?
 
Były dwie maszyny, która się rozbiła?”, będzie pytał J. Kuźniar P. Paszkowskiego (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html), choć w filmie  „Poranek”  opowie historię z tym, jak przez nieuwagę wyczytał w rozpisce coś, co potem podał na antenie. Na nieszczęście Kuźniara, nie tylko TVN miał newsa o „prezydenckim jaku”.  „Był jeszcze jeden samolot”, powie z kolei P. Wudarczyk (z dziennikarskiego jaka-40) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/by-jeszcze-jeden-samolot_31.html), a wcześniej  „tu już jest ta  delegacja, która przyleciała drugim (...) samolotem”. Gdyby dziennikarze to wszystko, co dotyczy „trzeciego samolotu”, świetnie wiedzieli, a jednak ukrywali, bo cała historia smoleńska to „bardzo gruba sprawa” - to wyjaśniałoby to olbrzymie problemy z całym śledztwem, z jakimi boryka się tyle instytucji, z Zespołem włącznie.
 
W słynnym poście Świądra pojawia się taki fragment:  „Nagraliśmy rozmowy z kilkoma krewnymi zamordowanych w Katyniu. Zmontowaliśmy je, ułożyliśmy relacje i zdążyliśmy wysłać e-mailem do redakcji. Gdy pakowałem sprzęt Kuba z Vox-u odebrał telefon i powiedział: "Samolot z prezydentem się rozbił". Zabrakło mi powietrza. Pomyślałem, że to przecież niemożliwe, że nikt wiozący tyle osób na pewno nie ryzykuje, że owszem, "rozbił się", znaczy zjechał z pasa, może ktoś jest poobijany, ale przecież to niemożliwe, żeby Tupolew spadł! Po chwili widzę śmiertelnie przerażonych członków oficjalnej delegacji. Biegną z telefonami przy uchu i pytają, czy nie ma ofiar”.  Czy chodzi tu o te osoby, o których wspominał Wudarczyk? O te, o których mówił cytowany wcześniej Norbert? I czy do tych osób Ruscy po godz. 10-tej pol. czasu słali (powtórzoną przez Paca na antenie TVP Info o godz. 10.18) „message” o  132 ofiarach „katastrofy”, która przez jakiś czas krążyła, niczym memento, także po nadwiślańskich mediach? 132 – 96 = 36.
 
Załóżmy (jak chcą paranoicy smoleńscy), że był trzeci samolot (jak-40, może CASA, może nawet wyczarterowany embraer, jak sugerował kiedyś A-Tem), który np. przed wylotem dziennikarzy zabrał jakąś część osób z „oficjalnej delegacji” (z tej „pierwotnej listy”, jak to kiedyś nazwano) tu także np. ludzi z medialnej obsługi prezydenta. Dlaczego miałby potem „zniknąć” w „pokatastrofalnej/powypadkowej” narracji? Z prostego powodu: nikt nie mógłby twierdzić, iż „wszyscy musieli polecieć z tupolewem”, a więc, że całą prezydencką delegację „musiano” upchać do tupolewa. Skoro bowiem udałoby się wygospodarować trzeci specjalny statek powietrzny – to zrozumiałe, iż można byłoby wykorzystać go do przetransportowania np. części Dowódców, zaś prezydenckiego fotografa etc. wraz z paroma dziennikarzami dać na pokład tupolewa.
 
Kiedyś zresztą (latem 2010, a więc w czasie przyspieszonej, przedterminowej kampanii prezydenckiej) G. Wierzchołowski i L. Misiak pytali Sasina rezydującego jeszcze wtedy w opustoszałym pałacu: „I pan też poleciał – dlaczego pan jakiem poleciał?”(http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/gdzie-jest-dyrygent-z-okecia.html), czemu on, rzecz jasna, zaprzeczał. Główny akustyk ponadto w tej rozmowie z dziennikarzami „GP” tłumaczył (proszę uważnie przeczytać): „Ja zresztą sam osobiście odbywałem wiele przykrych rozmów z osobami, które bardzo chciały tym samolo... w tej delegacji uczestniczyć, a którym po prostu tłumaczyłem, że nie ma fizycznie możliwości, bo nie ma miejsc w tym samolocie aż tylu. I pewnie byłoby tak, że i tak ten rozmiar katastrofy byłby taki. Być może zginęłyby inne osoby, prawda, wtedy, prawda. Natomiast tak czy tak, tak by to wyglądało. Ktoś mi zadał pytanie, czy tym jakiem, którym lecieli dziennikarze, nie mogła polecieć część delegacji, a  czy dziennikarzy ja nie mogłem dosadzić do tego tupolewa, prawda, więc... dla mnie była to taka alternatywa, prawda, no trochę mi się stawia teraz pytanie:czy lepiej by było, gdyby zginął, prawda, dziennikarz, czy lepiej, żeby zginął poseł, prawda, czy generał. Naprawdę ja nie chciałem,nie chciałbym się stawiać w roli człowieka, który decyduje o życiu i śmierci kogokolwiek ani nikomu nie zazdrościłbym takiej roli. Tak czy tak rozmiar tej tragedii byłby tak duży, pewnie mielibyśmy inną listę ofiar”.
 
Oczywiście, zamawiając (w ostatnich dniach? w przeddzień?) dodatkowy samolot, na pewno nie robiono by tego po to, by narażać kogokolwiek na śmierć, tylko np. by przybyć nieco wcześniej do Smoleńska i „dopilnować wszystkiego”. Tłumaczyć się jednak w taki sposób, iż  „nigdy na żadnym etapie nie była dyskutowana kwestia jakiegoś oddzielnego lotu jakiejkolwiek części delegacji, tym samym również generałów”(http://freeyourmind.salon24.pl/313310,podzial-delegacji), jak to czynił Sasin przed Zespołem, już nie można by było – skoro taki samolot udałoby się jednak wygospodarować dla jakiejś części oficjalnej delegacji. Poza tym – jak wiemy choćby z relacji p. E. Błasik oraz słynnych rozmów w Centrum Operacji Powietrznych (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje), dla Dowódców i tak planowany był osobny statek powietrzny – o czym Sasin mógł nie wiedzieć, ale nawet gdyby wiedział, to wiele do powiedzenia by w tej kwestii nie miał (a już na pewno nie mógłby głosić, iż Dowódcy muszą polecieć tupolewem, zaś jak-40 będzie dla kogoś innego).
 
Co więc byłoby, gdyby wyszło, iż 10-04 wyleciał jednak trzeci samolot? Zapytano by nie tylko, czemu nie wzięto na pokład Dowódców (zamiast kogoś innego) i nie rozdzielono wielu wysokich rangą pasażerów tupolewa, lecz spytano by też: czemu w takim razie zupełnie utajniono ten przelot? Kto był na pokładzie? Kto stanowił załogę? Jeśli ze statku powietrznego skorzystali np. pracownicy KP, jacyś parlamentarzyści oraz ludzie z medialnej obsługi Prezydenta – to czemu z tego zrobiło się taką tajemnicę?
 
Spytano by też: dlaczego w takim razie z uporem mówiono po wielokroć nieprawdę, iż wyleciały 10 Kwietnia dwa samoloty? Czemu skierowano w takim razie Dowódców do tupolewa, narażając ich bezpieczeństwo i życie (tak jak i innych pasażerów Tu-154M) w obliczu komunikatu z 9 kwietnia 2010 o terrorystycznym zagrożeniu? A może... nie skierowano? Może (a wiemy choćby z relacji dziennikarzy, iż 10-04 do dyspozycji były trzy jaki plus tupolew), skoro wygospodarowano „utajniony” trzeci statek specjalny, to... może i dało się wykorzystać czwarty?
 
Tylko, że wtedy byłoby też inne, dodatkowe, pytanie: dokąd ten czwarty poleciał? Bo chyba nie do Smoleńska na Siewiernyj. Na łączkę przy lotnisku. Wtedy jednak musiałoby się też całe śledztwo zacząć zupełnie od zera. Od samego Okęcia. Od przedświtu 10 Kwietnia.
Lubię to! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Inne tematy w dziale