613 obserwujących
1599 notek
9309k odsłon
16739 odsłon

"One". Gadanie dziadów, obrazów i innych

Wykop Skomentuj491

 

 

Kiedyś była pod tytułem One piosenka U-2 i może ów tytuł posłużyć do opisu jedności charakteryzującej polską „okołosmoleńską” żurnalistykę, z któregokolwiek zakątka ideowego by ta żurnalistyka nie pochodziła. Zadałem sobie właśnie trud prześledzenia niezwykłej debaty we Wprost (ze stycznia 2013, a zamieszczonej w lutym) - nie tyle między „panem, wójtem a plebanem”, co raczej między „dziadami, obrazami” i innymi artefaktami; która to debata wyróżnia się szczególną właściwością. Niby wiele osób w niej biorących udział się „fundamentalnie” różni „w detalach” ideowych, warsztatowych, systemach wartości etc. (co też możemy dostrzec „na łamach” tych lub owych, tudzież „na antenach”), lecz w tzw. „ogóle”, czyli w generaliach, wszystkie te osoby są zgodne jak jeden mąż, tak jakby spod jednej matrycy (by nie rzec prasy) wyszły w procesie produkcji dziennikarzy. W ten sposób dostarczają owe osoby intelektualnej strawy w stylu wojskowej, polowej garkuchni, w przypadku której wybrednym być nie należy, bo frontowe warunki wykluczają „francuskich piesków” - trza jeść, co jest (co „dają”).
 
No więc zakosztowałem owej frontowej strawy ze stycznia 2013 zatytułowanej frontowo, rzecz jasna: „Smoleńsk – polska wojna” (http://www.wprost.pl/ar/387351/Smolensk-polska-wojna-Debata-Wprost-31012013/?pg=0). Oczywiście – debaty debatami, ale nie od dziś wiadomo, że nic tak nie buduje jak zgoda, a nic tak nie rujnuje jak niezgoda. Powiadano tak przed wieloma laty i odświeżona została ta fraza w III RP, zaś w nadwiślańskiej żurnalistyce też owa ponadczasowa mądrość obowiązuje, bo nic tak nie cementuje zwaśnionych ludzi mediów, jak właśnie pewna fundamentalna, tj. „ponad podziałami” zgoda. Mnie osobiście słowo „zgoda” jakoś się kojarzy z szyldem baru w mieście dzieciństwa, z którego to baru chwiejnym krokiem w peerelowskiej szarzyźnie wynurzali się gostkowie, „trzymając się ściany” - ale mniejsza z tym. Interesuje nas „debata smoleńska żurnalistów” i to tych z wysokiej półki. Tedy w drobnych szczegółach oni się może różnią, lecz co do tego, że właśnie w Smoleńsku doszło do katastrofy, nikt z nich nie ma najmniejszej wątpliwości, choć, patrząc po tych wielkich nazwiskach (z których co jedno to większe od poprzedniego, więc na stronie  Wprost winny być bite złotą czcionką: Sekielski, Latkowski, Mazurek, Majewski, Śmiłowicz, Piasecki, Reszka, Świetlik, Kurkiewicz), żaden z szacownych zebranych nie był 10 Kwietnia na „miejscu lotniczego wypadku” pod murem XUBS.
 
To nic nie szkodzi. To, że kogoś nie było na „miejscu katastrofy”, zaś sprawami „smoleńskiego śledztwa” jeśli już to zajmował się jedynie z doskoku (jak Majewski z Reszką, Sekielski, no, ewentualnie Śmiłowicz) lub w ogóle (jak pozostali) – w niczym nie przeszkadza, a zwłaszcza w „okołosmoleńskim” debatowaniu, ponieważ debatuje się tu nie tyle o samych okolicznościach tego, co się miało stać 10 Kwietnia, co o „polskiej wojnie” wokół „Smoleńska”. Używając bardziej wyrafinowanego języka można by rzec, iż to taka „meta-debata”, tj. debata o debacie, czyli klasyczne dziennikarskie lamentacje nad wszystkim i niczym (tradycje takich lamentacji redakcyjnych sięgają, co zrozumiałe, peerelu). Znakomitych żurnalistów (nazwiska powyżej) detale tragedii z 10-04 za bardzo nie interesują, bardziej zaś ubolewają nad poziomem sporów, jakie wzniecane są wokół śledztwa czy śledztw, zaś sama ta meta-debata została najpewniej sprowokowana awanturami, jakie przeróżne środowiska wszczęły wokół filmów „Śmierć prezydenta” (National Geographic) i „Anatomia upadku” (A. Gargas & szkoła Macierewicza), jak bowiem powiada w zagajeniu dyskusji S. Latkowski: Znowu przekonaliśmy się, że społeczeństwo jest podzielone w temacie Smoleńska. Już zresztą samo określenie „być podzielonymi w temacie” świadczy o wysokości intelektualnej temperatury debaty; nie czepiajmy się jednak dziennikarskiego żargonu, który czasami do złudzenia przypomina biuromowę, tylko przejdźmy do meritum.
 
Ten zaśpiew Latkowskiego o podzieleniu wskazuje, iż nasi żurnaliści AD 2013 pragnęliby zapewne, by „społeczeństwo” było tak jednomyślne, jak i oni, redaktor bowiem dodaje: Zastanawialiśmy się w redakcji, czy ten podział będzie kiedykolwiek możliwy do zasypania. Niestety, zapisu tej wcześniejszej, tym razem wewnątrzredakcyjnej, debaty, nie ma, możemy więc jedynie się domyślać, iż konsylium lekarskie we Wprost próbowało jakoś zaradzić postępującej chorobie „społeczeństwa” (nie mylić z jakimiś chorobami żurnalistyki, bo tych nie ma). Problemem zatem jest nie tyle kwestia tego, jak np. wygląda oficjalne śledztwo ws. „Smoleńska” na przestrzeni tych trzech lat, lecz to, iż „społeczeństwo” się wciąż dzieli i dzieli, a końca podziałowi nie widać. Problemem również nie jest to, w jaki sposób sami dziennikarze (bez względu na ideową naszywkę na szkolnym mundurku) się do tego podziału przyczynili, ani też to, jakie brednie sami dziennikarze wokół „Smoleńska” wypisywali (chyba przypominać nie muszę; zapominalskich odsyłam do lektury Czerwonej strony Księżyca). Problemem zaś jest „podział”, który nie wiadomo, czy będzie możliwy do zasypania. Trochę ta postawa przypomina zdumienie gospodyni domowej, która zasiedziawszy się przy telenoweli, przypaliła gotujące się ziemniaki, „nie wiedząc, jak”; ale znowu: nie narzekajmy, spokojnie.
 
Nie narzekajmy, bo oto nadzieją napawają słowa R. Mazurka, który jak najbardziej wierzy, że podział może zostać mimo wszystko zasypany, tylko: być może coś musi się stać. I już po takim zdaniu apetyt czytającego rośnie, na myśl na to „coś”, bo rysuje się przed oczyma czytającego złudzenie, iż mogłoby chodzić o jakiś poważny zwrotny punkt w śledztwie. Ale gdzie tam. Proszę państwa, nie czas na takie złudzenia w styczniu/lutym 2013, nie na dziennikarskim Olimpie, nie w tym gronie – i nie od tego rodzaju „złudzeń” są ci ludzie, pamiętajmy. T. Sekielski (też, było nie było, jeden z uczestników przeróżnych „debat” smoleńskich – zwłaszcza tej telewizyjnej przed laty z E. Klichem, podczas której „wydało się” w „dziennikarskim śledztwie”, że w kokpicie PLF 101 „był” gen. A. Błasik) bowiem idzie za sugestią Mazurka: Większa tragedia..., zaś Mazurek kontynuuje: większa tragedia albo coś równie przełomowego – kompletna zmiana sytuacji gospodarczej np. kryzys gospodarczy, który całkowicie przemodeluje to, co teraz widzimy.
 
Od razu wyczuwamy, iż myśli żurnalistów poruszają się na wyjątkowo wysokich rejestrach, na takich wysokościach, na jakich latają od dziesięcioleci samoloty U-2 w celach, by tak rzec, krajoznawczo-rozpoznawczych – bliżej bowiem naszym dziennikarzom do wielkiej geopolityki niż do takiej lokalnej sprawy, już nieco zamierzchłej, jak mała tragedia z 10-04. Tragedia, zaznaczmy, „w Smoleńsku”, ewentualnie „pod Smoleńskiem”, jak to się czasami mówi, choć jest też wersja „nad Smoleńskiem” lansowana przez szkołę Macierewicza. Nieistotne są jednak te przyimki „w”, „pod” czy „nad” liczy się bowiem nienaruszalne w narracji (czy to rządowej, czy antyrządowej) miejsce tejże tragedii. Ono nie podlega zakwestionowaniu. I tak wygląda właśnie ponadświatopoglądowa jedność w żurnalistyce.
 
Wróćmy do debaty, choć od razu, za sprawą T. Terlikowskiego, który tyle tekstów śledczych o „Smoleńsku” napisał co W. Świetlik, a który to Terlikowski podnosi jeszcze wyżej poprzeczkę, mówiąc: problem jest głębszy. To nie tylko pytanie o to, co wydarzyło się w Smoleńsku, ale także o to, jak państwo polskie powinno działać i do jakich wartości powinno się odwoływać w czasach kryzysu - narodowych, czy raczej europejskich. Podział na dwa narody, chociaż nie lubię sformułowania "dwa narody”, jest bardzo niebezpieczny, ale realny. Smoleńsk ten podział jedynie symbolizuje i emocjonalnie określa. Nie mam wrażenia, że ten spór łatwo zgaśnie. W ten zatem sposób wchodzimy w obszar aksjologii i politologii, w którym, co oczywiste, dziennikarze czy publicyści, zwłaszcza z tych wysokich rejestrów, czują się najlepiej. Tu wszak każdy może mówić, co mu się żywnie podoba, bo to już „najwyższy poziom ogólności”, a słuchaczom pozostaje tylko cmokanie z zadowolenia lub niezadowolenia.
 
Tymczasem debata miała być o „Smoleńsku”. No więc jest, jest. P. Śmiłowicz przypomina np. o tym, że B. Wildstein powiedział „sekta wypadkowa” w odpowiedzi zapewne na to, że ktoś inny powiedział „sekta zamachowa”. Z kolei K. Piasecki głosi: Nie wierzę, żeby nasze dzieci były jeszcze podzielone Smoleńskiem, natomiast my będziemy już zawsze – w ten sposób znajdując salomonowe rozwiązanie naczelnej (w debacie) kwestii podzielenia „społeczeństwa” jedni będą zatem na zawsze, ale inni nie będą podzieleni. To dictum zaś natychmiast kontruje Świetlik, powiadając: Mam wrażenie, że Smoleńsk uruchomił pewien bardzo ważny mechanizm. Do tej pory celem ataków polityków były inne polityczne elity. Po katastrofie elity polityczne zaczęły atakować całe grupy społeczne. Z jednej strony mamy "obóz fanatyków i wsteczników”, a z drugiej strony powstał "obóz wynarodowiony”. Mamy wojnę. No i bądź tu mądry. Kto może mieć rację? Ba. Jest jeszcze inna sprawa – nieco poważniejsza: o czym ci ludzie mówią?
 
Co bowiem taki Świetlik ma na myśli, mówiąc „Smoleńsk”? Czy chodzi mu o „katastrofę”, czy o „śledztwo ws. katastrofy”, czy o „debatę smoleńską”, czy o coś jeszcze innego? Czy może o wszystko naraz, co się Świetlikowi „ze Smoleńskiem” kojarzy? Problem stawiam na serio, bo też zaraz Świetlik zaczyna opowiadać o podziale w węgierskim społeczeństwie oraz w holenderskim, więc jakby od „tematu Smoleńska” zaczyna się nieco oddalać. Śmiłowicz na to wraca do peerelowskich podziałów, a następnie neopeerelowskich, po czym jednak „zawraca” do „tematu”, choć sytuuje go w „ogólniejszej” perspektywie: Teraz mamy dwa obozy, które wzajemnie sobą gardzą, ale każdy odwołuje się do wartości moralnych. Jedni twierdzą, że drudzy służą Rosjanom, bo nie chcą wyjaśniać przyczyn katastrofy, w której zginął prezydent RP. Są więc zdrajcami. Drudzy, że ci pierwsi świadome i cynicznie kłamią, że Smoleńsku doszło do zamachu, żeby zbić sobie kapitał polityczny. Dlatego zasługują na pogardę. To będzie trudne do przezwyciężenia.
 
Zauważmy, jak ta uwaga przemyślnie jest skonstruowana. Jedni mówią to, drudzy mówią tamto - „to będzie trudne do przezwyciężenia”. Jeśli wszystko się sprowadza do gadania, to na pewno, bo gadać można bez końca. Śmiłowicz, co warto podkreślić, nie wchodzi tu w sferę tego, kto mówi prawdę ani tego,  co jest prawdą, w kwestii tragedii z 10-04 – irytuje go to, że jedni coś gadają przeciwko drugim, a drudzy gadają przeciwko pierwszym. Sam zaś żurnalista, niczym wymagający kibic, nie ma nic wspólnego z oglądanym widowiskiem (no bo dziennikarze w tej gadaninie nie mają udziału, to jasne) i chciałby, żeby nareszcie zaczęto „strzelać bramki”, bo sytuacja na boisku jest jakby remisowa. No ale Śmiłowicz (nie on jeden) nie zauważa słonia w menażerii, tj. tego, iż cały spór „wokół Smoleńska” oparty jest na fundamentalnej zgodzie, iż właśnie w Smoleńsku się „wszystko wydarzyło”. Czy więc burza irytująca Śmiłowicza i innych debatujących nie sytuuje się po prostu w szklance wody? Czy w związku z tym dziennikarze nie mogliby tej prostej prawdy odsłonić? Nie. Oni nie od tego są. Oni są właśnie od kibicowania takim burzom „trudnym do przezwyciężenia”.
 
Debatujący powracają wobec tego do podziału między politycznymi obozami, zgadzając się w tym, że  napędzanie wzajemnej nienawiści jest im na rękę. I znowu jakby żurnaliści nie dostrzegają swojego udziału w tym „napędzaniu wzajemnej nienawiści” przez obozy. Potem jest powrót do „tygodnia żałoby” (po 10-04) i wtedy wzniecanych sporów (jakby w nich również nie partycypowali ludzie mediów i jakby media tych sporów nie stymulowały) oraz do kontrowersyjnego zagadnienia „grania katastrofą” (w znaczeniu: kto „gra bardziej”, bo oba obozy polityczne „grają”). I tu się rodzi kolejne „napięcie” w debacie, spójrzmy:
 
Piotr Śmiłowicz:  Zarzuty można postawić co do sposobu wyjaśniania katastrofy, pracy rządu. Tych zarzutów byłaby oczywiście cała lista. Czym innym jest formułowanie na siłę hipotezy, która będzie się znacząco różniła od hipotezy formułowanej na podstawie dostępnych faktów.
Robert Mazurek:  Formułowanie na siłę jest wyjątkowo racjonalne.
Piotr Śmiłowicz:  Stawianie tezy, że katastrofa miała inny przebieg, niż rzeczywiście miała?
Robert Mazurek:  To nie ma w gruncie rzeczy większego znaczenia.
Piotr Śmiłowicz:  Dla mnie ma.
Robert Mazurek:  No nie, bo nie spieramy się, czy brzoza miała wysokość 14 czy 16 m. Gdyby tu byli z nami Marek Pyza czy Jan Osiecki, to oni się mogą spierać – wiedzą wszystko o obwodzie brzozy.
Piotr Śmiłowicz:  Dla mnie – jako wyborcy – ma znaczenie, czy pan Antoni Macierewicz albo Jarosław Kaczyński świadomie kłamią, wiedząc, że prawda jest inna.
Robert Mazurek:  Ale przecież i tak wiesz, że oni świadomi[e] kłamią.
Piotr Śmiłowicz:  Sądzę, że wielu ludzi nie zagłosuje na PiS, jeśli zorientują się, że oni cynicznie kłamią w sprawie katastrofy po to, żeby zdobyć sobie poparcie.
Tomasz Terlikowski: Równie dobrze możesz zadać sobie pytanie, kiedy PO zaczęła cynicznie kłamać w tej sprawie.
 
Słowo „kłamać” pojawia się tu kilkakrotnie, jak widzimy, lecz po raz kolejny swojego udziału w działaniach na rzecz zakłamywania tego, co się miało stać 10-04, dziennikarze wcale nie widzą. No i zaczyna się zaraz debata nie tyle o tym, kto „gra bardziej”, tylko kto „kłamie bardziej”, w której to debacie Śmiłowicz podaje własną definicję kłamstwa: Kłamstwo jest wtedy, kiedy świadomie wprowadzasz w błąd – a więc znowu wchodzimy na „wyższe piętra”. Ma się rozumieć sami dziennikarze ani nie kłamią, ani też świadomie nie wprowadzają w błąd. Najwyżej „nie wiedzą”, czy to, co piszą, to prawda, czy nieprawda, bo akurat „takie mają informacje ze źródeł”.
 
To zresztą zabawne, że rola mediów w utrwalaniu przeróżnych kłamstw „smoleńskich” prawie wcale nie jest brana pod uwagę w tej debacie (pojawia się na moment jedynie), a przecież byłoby o czym debatować. Za to po chwili robi się groźnie, Śmiłowicz bowiem, schodząc z wysokich aksjologiczno-światopoglądowych rejestrów, zwraca uwagę na bardzo przyziemne zjawisko „zamykania się na fakty”, które prowadzi do sekciarstwa i faszyzmu: Co innego spierać się o aborcję, o in vitro, o eutanazję – to są spory uniwersalne i na całym świecie występują. Ale spierać się o to, czy samolot uderzył w brzozę czy nie uderzył i kto skłamał, chociaż matematycznie można wyliczyć, jakie były fakty? To powoduje, że jedna ze stron – nie powiem która, żeby Robert nic mi nie zarzucił – musi się zamknąć na fakty, bo inaczej zburzy to jej cały świat. Zamykając się na fakty, zamienia się w sektę. Zamieniając się w sektę, tworzy ruch, podobny do ruchu faszystowskiego.
 
Niby zwykły felietonista zwykłego tygodnika, a jaki rozmach intelektualny, nie? Od razu powiało frontowym powietrzem, a zapach prochu i siarki czuć w powietrzu, no ale to zrozumiałe, skoro debata jest o wojnie. Święte te słowa z powyższego wywodu, chciałoby się rzec, red. Śmiłowiczu, święta prawda, tylko gdyby red. Śmiłowicz podał jeszcze przy tej okazji jakieś twarde fakty dotyczące 10 Kwietnia, fakty, które nie byłyby zwykłymi cytatami z „raportu MAK” i/lub „raportu Millera”, to jego (Śmiłowicza) argumentowanie „od sekty” i „od faszyzmu” (co można zastąpić po prostu terminem argumentum ad baculum), nabrałoby z pewnością dużo większej siły perswazyjnej.
 
Śmiłowicz najwyraźniej, mimo że, jak wiemy i jak on sam wie, nie był owego dnia w Smoleńsku przy XUBS, nie widział ani nie słyszał uderzenia samolotu w brzozę - jest w pełni przekonany, iż to uderzenie samolotu w brzozę to taki twardy fakt. Tak twardy, że Śmiłowicz nawet nie dopowiada, o jaki samolot chodzi. To chyba jasne, o jaki, prawda. Widzę tu więc w edukacji red. Śmiłowicza spore ubytki, jeśli chodzi o wykształcenie, że tak powiem, filozoficzne. Naturalnie, problem nie tylko w tym, że Śmiłowicz i inni jemu podobni święcie przekonani, co do brzozowo-samolotowego faktu, koledzy po piórze i „kompjuterze”, nie widzieli ani nie słyszeli zdarzenia, a są stuprocentowo pewni, że zaszło - ale też jest problem ze znalezieniem choć jednego wiarygodnego świadka i świadectwa tego właśnie twardego faktu. Ma się rozumieć Śmiłowicz filozofem nie jest i chyba być nim nie ma zamiaru, więc może się „nie wyznawać” na kwestii, w jakich warunkach możemy mówić, iż jakiś fakt zaszedł. Jako dziennikarz jednak powinien odróżniać fakt od jakiejś na jego temat mglistej opowieści jakiegoś ruskiego leśnego dziadka.
 
Z kolei Terlikowski usiłuje znaleźć wyjście z kłopotliwej sytuacji, twierdząc, że nie wszyscy w tej - jak to nazywacie - "sekcie smoleńskiej” twierdzą, że był zamach. Nikt nie zaprzeczył, ale też nikt nie potwierdził. Zajmuje w ten sposób postawę klasycznego rozkroku, która jest uzasadniona i nawet zdrowa jako taka uprawiana od czasu do czasu intelektualna gimnastyka, zwłaszcza jeśli ktoś nieustannie porusza się na wysokich, aksjologicznych rejestrach. Terlikowski też przypomina, że „wraku nie można wciąż zbadać”, a K. Piasecki twierdzi, że możemy badać, bo prokuratorzy badali. Na co Terlikowski: Badali go, ale nadal nie wiemy, dlaczego Rosjanom zależało na zniszczeniu tego wraku – pokazuje to wspomniany film Anity Gargas.
 
Tak to się żurnaliści przekomarzają. No ale w końcu Latkowski się budzi i jakąś winę dziennikarzy w „tym podziale” zaczyna dostrzegać: chciałem zadać pytanie, czy to nie my, dziennikarze, dolewaliśmy oliwy do ognia? Czy to nie media są odpowiedzialne za to, że mamy ten podział? Były osoby, politycy, które chciały mediom w tej sprawie nadać określony kierunek. Wiem o tym, że był bardzo znaczący polityk, który na spotkaniu z szefem pewnej stacji powiedział, że on ma nagranie, jak to prezydent nakazuje lądować. Szef stacji przyszedł do bardzo ważnej osoby ze swojej stacji i powiedział: "mamy to, za chwilę nadajemy". Od tego momentu mijają lata, a nagrania nie ma. Ale to oczywiście było skuteczne rozgrywanie.
 
Aż się więc prosi, by Latkowski podał nazwisko polityka oraz nazwiska osób z „pewnej stacji”, co miała mieć „nagranie, jak to prezydent nakazuje lądować”. Z pewnością, gdyby takie nagranie było i zostało upublicznione, to nie tylko faktografia Śmiłowicza by się zdecydowanie powiększyła. Jak jednak dodaje Latkowski, „to było skuteczne rozgrywanie” - nie wiemy zatem, czy fakt nagrania nie zaistniał podobnie jak fakt uderzenia samolotu w brzozę, tj. że komuś się zdawało, iż coś zaszło, a następnie pojawili się tacy, co wiedzieli nawet lepiej od danego świadka, co kiedy i jak zaszło, i wytłumaczyli mu, co widział i słyszał (nawet, jeśli nie widział i nie słyszał w taki sposób). To tak choćby jak z polskim montażystą, co nie mógł ze swą kamerą znaleźć ciał pasażerów „polskiego samolotu” na pobojowisku na XUBS, ale potem się dowiedział od życzliwych umundurowanych ludzi, że ciała były w innym miejscu – takim, do którego nie zdążył dotrzeć, by sfilmować.
 
Tedy debata we Wprost schodzi na temat dziennikarskich śledztw:
 
Tomasz Sekielski:  Czy jakieś medium poza „Gazetą Polską” prowadziło jakieś własne śledztwo?
Tomasz Terlikowski: "Nasz Dziennik” prowadził bardzo wytrwałe śledztwo.
Tomasz Sekielski:  Dobrze: "Nasz Dziennik” i"Gazeta Polska”. Czy poza nimi ktoś jeszcze prowadził śledztwo w tej sprawie?
Michał Majewski:  Tak. My z Pawłem Reszką pisaliśmy duże teksty na ten temat.
Tomasz Sekielski:  I w pewnym momencie był koniec.
Michał Majewski: Dopiero po półtora roku, bo długo zajmowaliśmy się tą sprawą.
Robert Mazurek: Ale nie byliście w Smoleńsku.
Michał Majewski: Ale nie było tak, że kupowaliśmy wersję, że państwo zdało egzamin. Staraliśmy się wszystko sprawdzać i na chłodno badać, co się przytrafiło.
Paweł Reszka: Nie trzeba było być w Smoleńsku, żeby badać tę sprawę.
Tomasz Sekielski: Pamiętacie, jakie siły wszystkie redakcje rzuciły, gdy były pierwsze komisje śledcze, gdy wybuchła afera Rywina? Ile czasu temu wtedy poświęcono? Po Smoleńsku tego nie było.
Michał Majewski: Teraz mamy do czynienia z biedniejszymi mediami.
Wiktor Świetlik:  Jak trzeba, to redakcje też generują siły. Uważnie obserwuję media z racji tego, co robię też poza dziennikarstwem. Nie wierzę w funkcjonowanie redakcji, jako redakcji, i dziennikarzy, jako niezależnych bytów…
 
Hasło „teraz mamy do czynienia z biedniejszymi mediami” (aniżeli za czasów „afery Rywina”) powinno być mottem całej tej niesamowitej debaty. Nie chodzi tylko o bieda-sprzęt, na jakim muszą pracować nasi dziennikarze, a więc nie o te komputery ZX Spectrum (w najlepszym razie, bo zwykle korzysta się z przedwojennych maszyn do pisania), telefony na korbę czy ołówki zamiast długopisów. Chodzi o tę, by tak rzec obrazowo, biedę intelektualną, która o pewnych rzeczach myśleć nie pozwala.
 
Tomasz Sekielski: Uważasz, że przychodzi wajchowy i mówi: "ma być tak”?
Wiktor Świetlik: Przepraszam, że to mówię w tym miejscu. To nie jest zarzut do redakcji "Wprost”, tylko do wydawcy, ale mieliśmy ostatnio sytuację z tekstem o Kwaśniewskim. To budzi wątpliwości. Tego typu rzeczy są w Polsce nagminne.
 
Chwilę temu Latkowski wspominał o jakichś „rozgrywaniach” za plecami dziennikarzy, teraz Sekielski mówi o „przychodzeniu wajchowego”, w końcu Świetlik napomyka o jakimś „wydawcy” z tych półsłówek wyłania się strzęp jakiejś teorii naciskowej – nie chodzi bynajmniej o słynne swego czasu „naciski na pilotów prezydenckiego tupolewa”, lecz naciski na dziennikarzy. Naciski „korygujące loty” intelektualne dziennikarzy, że się tak wyrażę. Można by rzec nawet, że tak jak samoloty specjalne mogą mieć specjalne korytarze do poruszania się w przestrzeni powietrznej w lotach specjalnych, tak podobne korytarze wyznaczane są najwyraźniej dziennikarzom. I ci czasami narzekają z tego powodu. Czyżby więc chwila szczerości w owej zimowej debacie? Posłuchajmy dalej:
 
Konrad Piasecki:  Spróbujmy zdiagnozować pierwsze tygodnie po katastrofie. Wszystkie redakcje były w szoku. Sam miałem poczucie, że to jest absolutnie cezura historii Polski. Ciężko jest wysyłać śledczych do Smoleńska w sytuacji, kiedy naród płacze i kiedy wszyscy rzucają kwiaty pod samochód prezydenta. Można to robić, jeżeli ktoś ma twarde nerwy, ale pytanie, czy potem nie zostanie oskarżony.
Tomasz Sekielski: Można to było robić równolegle. Nikt tego nie zrobił.
Sylwester Latkowski: Ale to może wynikać z jednego – Tomek, ty to akurat wiesz – ze słabości dziennikarstwa śledczego. Nie mamy redakcyjnych działów śledczych. Mamy najwyżej poszczególnych dziennikarzy.
Robert Mazurek: Dobrze, mamy rok 2013. Rozmawiamy o sytuacji sprzed prawie 3 lat. W ciągu tych 3 lat nastąpił duży upadek mediów. Trzy lata temu też było źle, ale jednak nie tak. Jeśli było stać "Gazetę Polską”, żeby wysłać Anitę Gargas do Smoleńska, to naprawdę stać by było Telewizję Polską, Polsat, TVN. Stać by było "Wyborczą”, "Rzepę”, czy większe niż "Gazeta Polska" tygodniki. Było ich stać, ale nie zrobili tego z innych powodów. Nie dlatego, że zajęli się opłakiwaniem, jak mówił Konrad…
Tomasz Terlikowski: Bo już pięć dni wcześniej, o czym sam mówiłeś, przestali opłakiwać. Zaczęli zajmować się tym, czy już nie za dużo opłakiwania…
 
Już więc nie tyle bieda-dziennikarstwo, co „szok” nie pozwoliły niektórym śmiałkom zająć się „Smoleńskiem”. To wszystko znowu zapewne święta prawda, choć w kontekście „teorii naciskowej”, o której wspominałem, komentując poprzedni fragment, jakiś paranoik mógłby wysnuć taki wniosek, iż skoncentrowanie się dziennikarskiego świata właśnie na opłakiwaniu mogło być tak samo „na rozkaz”, jak niezajmowanie się pewnymi sprawami czy wstrzymywanie publikowania jakichś materiałów. Ma się rozumieć, nigdzie oficjalnie „rozkaz” paść by nie musiał – nawet na piśmie. Dziennikarze to inteligentni ludzie i zwłaszcza w warunkach biedy potrafią czytać z ruchu warg lub z samego wyrazu oczu. Byleby te oczy miały jakiś autorytet, że tak powiem. Autorytet „wajchowego”, że użyję określenia, którym posłużył się Sekielski.
 
Debatujący zdają się natomiast zapominać, że nie kto inny, a rządowa stacja TVN posłała nazajutrz po „katastrofie” swoich reporterów z „Superwizjera” do Smoleńska i zaczęły się ze smoleńskiej mgły wyłaniać przeróżne leśne dziadki opowiadające niesamowite historie o dźwięku, jakby „butelka wybuchła” („nawet chrzęstu ani huku ani wybuchu nie było”) (http://freeyourmind.salon24.pl/234632,film-swiadkowie), „pracownice pogotowia” doliczały się „prawie 90 ciał” na pobojowisku w przeciągu niespełna pół godziny, a babcia myjąca okno w bloku opodal stacji benzynowej i lotniska, opowiadała, jak myła okno dalej po tym, gdy „coś tak gruchnęło” („niby nic się nie dzieje, więc dalej myłam okno”). Tak więc wyjazdy do Smoleńska (mimo opłakiwania) były, tylko dziwny plon te dziennikarskie śledcze żniwa przynosiły. I może to był powód, dla którego medialni żniwiarze od swojego zadania z czasem jednak odstąpili.
 
Uczestnicy debaty sprawiają wrażenie, jakby nie pamiętali o tym, jak wielu dziennikarzy było 10 Kwietnia na miejscu, a w związku z tym, jak wiele było kamer, fotoaparatów, komórek, wozów transmisyjnych, kranów, mikrofonów, obiektywów i innego bieda-sprzętu, dzięki któremu zapełniły się potem rozmaite posmoleńskie „depozyty” (http://freeyourmind.salon24.pl/461314,depozyty-i-depozytariusze). Na temat tychże depozytów w ogóle debatujący nie debatują, a przecież wystarczyłoby je dokładnie opróżnić, a ich zawartość upublicznić, by od razu „ożywiła się debata” właśnie.
 
Konrad Piasecki:  Ale też byli tam dziennikarze, bez przesady.
Robert Mazurek: Błyskawicznie wrócili. Nikt tam nie został.
Tomasz Sekielski: Można też powiedzieć: wrócił Antonii Macierewicz, który miał kawałek, żeby tam podjechać. Jan Pospieszalski, który miał kamerę…
 
Ciepło, ciepło, gorąco, gorąco. Czy bowiem ów tajemniczy „wajchowy” nie miał też jakiegoś tymczasowego biura zagraniczego w okolicach XUBS? Przy tej bowiem ilości ludzi mediów będących „tam”, ilość obecnych w sferze publicznej materiałów z 10-04, przypomina wiadro węgla wydobyte z trudem z „bieda-szybu”. Na pewno „błyskawiczny powrót” tylu dziennikarzy (jak i tylu parlamentarzystów) z Katynia i ze Smoleńska spowodowany był koniecznością opłakiwania, ale czy tylko nią?
 
Sylwester Latkowski: Uważasz, że jest to możliwe? Jeśli "Wprost" wyda książkę albo zrobi film – zaraz na pewno ktoś powie: "to jest kłamstwo, bo prawdę tylko my znamy".
Robert Mazurek: Wiesz, czego bym chciał? Żeby TVP, bo tylko ona mogłaby to zrobić, zrobiła film śledczy na temat Smoleńska. Żeby zrobili go wspólnie... rzucam przykładami, choć wiem że to niemożliwe: Wojciech Czuchnowski i Anita Gargas.
Sylwester Latkowski: Wierzycie, że ten rów w mediach się da zakopać?
Tomasz Sekielski: Musi upłynąć czas…
 
Rów wcale nie jest taki głęboki, jakim go widzi Latkowski – nie mam tu na myśli rowu „aksjologicznego” nawet. Rzekłbym, że żadnego rowu nie ma, bo wszyscy żurnaliści, także więc Czuchnowski i Gargas, jak i debatujący we Wprost, na tej samej, smoleńskiej ziemi twardo stoją. Jedynie czas działa na ich niekorzyść, skoro Reszka pod koniec debaty stwierdza: Otwarte jest wciąż pytanie jest o przyczynę katastrofy. Czy faceci chcieli za wszelką cenę lądować, czy nie potrafili użyć sprzętu, żeby odejść? Tego wciąż nie wiemy. Wydawać by się wszak mogło (choćby po całej burzliwej debacie), że oni już wszystko wiedzą. Tak jak szkoła Macierewicza, która powinna nagrać z kolei własną debatę „smoleńską” w podobnym jak powyżej stylu.
Wykop Skomentuj491
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale