Prof. Sadurski komentując mój wpis dotyczący anonimowości, po raz kolejny (gdyż pisał o tym wielokrotnie) przywołał problem lustracji dziennikarzy, której - co głosi otwarcie - jest przeciwnikiem. Odwołał się też do przypadku W. Giełżyńskiego, twierdząc, że dla czytelników tego publicysty nie powinno mieć (i chyba nie ma) większego znaczenia, że kiedyśtam coś podpisał. Myślę, że prof. Sadurski miałby rację, gdyby chodziło wyłącznie o publicystykę Giełżyńskiego, że tak powiem, turystyczno-krajoznawczą. Nie miałby jednak racji, gdyby Giełżyński ubrał się nagle w togę moralizatora i zaczął nas pouczać, co jest słuszne, co nie. I myślę, że tak jest z wieloma dzisiejszymi moralizatorami i "nauczycielami elegancji" (by wskazać tylko niezmordowanego J. Żakowskiego), którzy stawiają na baczność wielu, a jednocześnie jak diabeł przed święconą wodą wzbraniają się przed prześwietleniem przeszłości. Pisał zresztą o tym wyczerpująco R. Ziemkiewicz i tu chyba jest niewiele do dodania. Rzekłbym jedno: współpraca z systemem przemocy dyskwalifikuje moralnie dziennikarza chcącego być kimś (w dobrym znaczeniu) wpływającym na "opinię publiczną" czy też uczestniczącym w debatach społecznych. Nie może być humanistą ktoś, kto dołączył się w pewnym momencie do ludzi wbijających humanizm pałami do głów. Tu nie ma "uproś". Choćby nie wiem jaką ekwilibrystykę argumentacyjną uprawiać sprawa jest prostsza niż budowa cepa: kto akceptował przemoc, nie może nas dziś pouczać nt. moralności. Oczywiście może uprawiać zawód dziennikarza, niech mu tam, dobrze byłoby jednak, by się trzymał z dala od debaty publicznej. Tak jednak w Polsce nie jest i pewnie nie będzie, gdyż sami dziennikarze jako środowisko nie chcą dokonać takiego oczyszczenia, nie widząc żadnego związku między pracą intelektualną a jakimś życiowym świadectwem, jakimś ostatecznym potwierdzeniem tego, co się głosi (lub czego się żąda od innych) - własną życiową postawą.
Problem legendarnej już lustracji dziennikarzy ma jednak o wiele szerszy kontekst niż się go zwykle przedstawia, gdyż chodzi o ocenę peerelu (jeśli peerel "nie był taki zły", to i współpraca dziennikarzy z władzą komunistyczną czy z bezpieką też nie była "taka zła"). W wielu mediach dziś została kompletnie zatarta różnica między totalitaryzmem komunistycznym a tą formą państwowości, jaką mamy teraz. Na dodatek powrót do telewizji sztandarowych komunistycznych soc-seriali okraszony został pełną radosnego podśmiewywania się medialną dysputą, jak to fajnie będzie znowu starych i lubianych bohaterów zobaczyć ("kochamy polskie seriale"). Można odnieść wrażenie, że peerel to był tylko taki "czarujący epizodzik", nic więcej, że nie było wtedy płaczu ani zgrzytania zębów (czy należy pisać o sprawach oczywistych, o tym, że ktoś był torturowany czy zabijany za sprzeciw wobec systemu przemocy?). Mało tego. Jeszcze wydawane są jako "jajcarskie dodatki" rozmaite kroniki filmowe, które z dokumentowaniem faktów miały tyle wspólnego co słynne konferencje prasowe Urbana z prawdą. Pomijam już coś takiego, jak kształtowanie świadomości historycznej Polaków czy szerokie upowszechnianie i popularyzowanie tego, co się działo na emigracji (i mam na myśli nie tylko ośrodek paryski, ale wiele innych).
Nie wiedzieć czemu, nikt nie wyprawił pogrzebu ani peerelowi, ani peerelowskiej "kulturze", nic dziwnego więc, że mamy jej przedziwną kontynuację w postaci publicznej debaty w polskich mediach. Nie pogrzebawszy peerelu zaś, chcąc nie chcąc, duchowo istniejemy w nim nadal. And that's sad.


Komentarze
Pokaż komentarze (45)