Zabrzmi to pewnie szokująco, ale po akcesji do socjalistycznego projektu, jakim jest Unia Europejska, podział na prawicę i lewicę przestał być, według mnie, aktualny. Jeśli oczywiście rozumiemy prawicę niepodległościowo i wolnorynkowo (przynajmniej) w sferze polityczno-ekonomicznej (światopoglądową pomijam), to ludzie tworzący partie, które poparły akcesję musieli mieć świadomość, że UE to projekt stricte socjalistyczny, ograniczający suwerenność państw członkowskich (przynajmniej tych słabszych) oraz jak najdalszy od wolnego rynku (co widać poprzez stosowanie najrozmaitszych „regulacji” w sferze gospodarki). Ugrupowania, które poparły akcesję nie powinny się nazywać prawicowymi (a jak się powinny nazywać, tego nie wiem).
Osobna sprawa jest z tzw. lewicą, która mogłaby być sobą, gdyby nawiązywała do tradycji niepodległościowej polskiej lewicy przedwojennej, nie zaś do komunistycznych, prosowieckich grup ściśle powiązanych z rosyjską agenturą. (Dziś może reprezentatywnym lewicowcem jest prof. R. Bugaj, ale jeden skowronek nie czyni wiosny). Na domiar złego partie lewicowe pod względem zwł. programu gospodarczego uporczywie nazywają się prawicowymi, co dodatkowo komplikuje ogląd rzeczywistości społeczno-politycznej. Konia z rzędem temu, kto wie, o co chodzi na „polskiej scenie politycznej”.
Problemem ludzi myślących w dzisiejszej Polsce nie powinno być jednak to, jak bardzo ujednolicony staje się „rynek idei” oraz „ugrupowań politycznych” (i w jaki sposób będą się one rekonstruować, gdyż mamy wciąż do czynienia z jakimiś przedziwnymi metamorfozami tychże ugrupowań), ale np. to, jak długo potrwa polskie członkostwo w UE i czym się skończy? Mam nadzieję, że można jeszcze na ten temat dyskutować (zwł. w salonie24) i że jesteśmy w stanie dojść do ciekawych wniosków. Pewnych sugestii uprawniających postawione wyżej pytanie dostarczają rozmaite wydarzenia świadczące nie tylko o tym, że Polska we Wspólnocie Europejskiej traktowana jest jak kraj gorszego sortu (słynne pohukiwania Francji, byśmy „siedzieli cicho”, belferskie napominania Niemiec, byśmy nie wstrzymywali procesu integracji, groźby Hiszpanii itp.), ale o tym, że niewiele dla naszej geopolitycznej pozycji zmieniło się od momentu referendum akcesyjnego. O tym ostatnim świadczy dobitnie niezmienna od lat postawa Rosji sztorcującej nas przy tak wielu okazjach, że aż szkoda przypominać. Ileż to było zapewnień, jak wzrośnie nasza pozycja poprzez członkostwo w UE, jakie diagramy publikowano… Już miało być tylko „z górki”. Niestety.
Jeśli jednak ktoś dziś załamuje ręce z tego powodu, że istnieją „limity kwotowe” czy inne „limity” dotyczące produkcji tego czy tamtego dobra (np. polskie cementownie nie mogą produkować tyle, ile rynek potrzebuje), to naprawdę wzbiera pusty śmiech, że podnoszony jest lament nad czymś, co „ślepy by dostrzegł”, obserwując ewolucję w sferze ekonomicznych rozwiązań Wspólnoty Europejskiej w l. 80. i 90. Jeśli ktoś na dodatek pomstuje na emigrację zarobkową, to powinien wspomnieć sobie deklaracje tych, którzy traktowali prace za granicą jako jeden z atutów wchodzenia do WE. (Nawiasem mówiąc, jaka szkoda, że ten potencjał pracowitości Polaków nie może być wykorzystany tu u nas – no ale to musiałaby być naprawdę kapitalistyczna gospodarka, a nie „republiko-bananowa”).
Mnie szczególnie ciekawi zaś, jak wyjdziemy z tej presji kulturowo. Bogatsi czy sprasowani? Bywały, jak pamiętamy, głosy skrajnie pesymistyczne (tzn., że akcesja = utrata niepodległości), pragnę zauważyć jednak, że wielu „czarnowidzów” przyszłości Polski w UE dość skrupulatnie zaczęło z rozmaitych unijnych udogodnień korzystać. Bywały też z kolei głosy skrajnie optymistyczne (proszę poczytać polską prasę z okresu tuż sprzed akcesji) i wizje krainy mlekiem i miodem płynącej. Dziś chyba emocje te na tyle opadły, że o kwestii naszego kulturowego uczestnictwa (lub też odmowy uczestnictwa) w UE można podeliberować, dopóki takie dyskusje na salonie24 nie są passe :)


Komentarze
Pokaż komentarze (13)