Dostało się ode mnie dziennikarzom (czy słusznie, to osbna sprawa :), ale nie dostało się jeszcze blogerom. Niniejszy tekst stanowi więc test na ich inteligencję.
Zastanawiam się, jak to jest, że część blogerów (nawet różniących się poglądami) potrafi dyskutować ze sobą na odpowiednim poziomie, nie sięgając do "rękoczynów", czyli obrzucania się wyzwiskami, część natomiast traktuje blogosferę jako miejsce do "prywatnych wojenek". Na dobrą sprawę nikt takim wojującym blogerom nie każe wchodzić na strony tych blogerów, których tekstów nie chcą czytać (i co gorsza, nie rozumieją) - skąd więc bierze się ta przedziwaczna pasja? Co ich przyciąga? Tagi? Nagłówki? Co?
Czy robią to z nudów, czy jednak realizują jakieś, nazwijmy to, zamówienie społeczne, żeby blogosfera wyglądała raczej jak wnętrze publicznego szaletu (vide napisy i "mądrości" na ścianach), a nie jak forum dyskusyjne z prawdziwego zdarzenia. Blogerzy z głową na karku zdają się momentami być zupełnie bezradni wobec panoszenia się tych pseudo-blogerów (którym tematyka danego wpisu zupełnie "nie przeszkadza", gdyż oni i tak "swoje wiedzą" i pojawiają się, by "jechać ze swoim koksem" - celowo piszę kolokwialnie, bo to czasami dla pseudo-blogerów jest bardziej zrozumiałe niż styl sarkastyczny, jak widzę). Być może to jest główny powód milczenia dziennnikarzy - tzn. pseudoblogerzy uniemożliwiają swobodną, rzeczową wymianę poglądów między racjonalnie myślącymi blogerami a publicystami. W ten sposób jednak pseudo-blogerzy realizowaliby jakiś scenariusz 'zwrotnicowych kultury', dbających o to, by normalny duskurs publiczny w Polsce nie zaistniał. Am I right?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)