Już nie wiadomo, czy w ogóle byli w Polsce w l. 1945-1989 ludzie wspierający system przemocy, gdyż z tego, co pisze prof. Sadurski można wywnioskować, że totalitaryzm nastał dopiero teraz. Skoro mamy do czynienia z nowym systemem przemocy, to chyba nic dziwnego, że niezmordowany intelektualista (pewnie niechcący, ale zmuszony do tego, sprowokowany przez samo zagrożenie) prowadzi za sobą peleton ze sztandarem "front ludowy". Tylko, czy cały ten wyścig z naszym dzielnym profesorem zmierza we właściwym kierunku?
Jeśli ktoś miałby obiekcje do określenia "front ludowy" (taki na kształt tych powstających w latach trzydziestych we Francji, skupiających intelektualistów, pisarzy i..., no, może nie powinienem tego pisać, ale to tylko informacja z historii, zaznaczam, agentów Kominternu - walczących, a jakże, z zagrożeniem faszyzmem), to lektura dzisiejszego wpisu prof. Sadurskiego może mu wytrącić jakikolwiek kontrargument z ręki. To, że np. taki prof. Longin Pastusiak mówi o "liśce 500", że to "zwykłe draństwo", to chyba nic dziwnego, gdyż on we froncie ludowym był od dawna i przez wiele lat, zwł. za prezydentury Ronalda Reagana - ale czy nas nie dziwi prof. Sadurski? Spójrzmy do jego tekstu:
"Lista 500, wypluta przez Instytut Pamięci Narodowej" (podkr. FYM)
"Pretendowanie do bycia autorytetem nie jest funkcją publiczną – jest refleksem obsesji i całkiem wymiernych interesów politycznych grupy, która powołała Kurtykę na to stanowisko." (podkr. FYM; domyślamy się, że prof. Leon Kieres takim refleksem nie był, wszak przejawiał wyjątkową idiosynkrazję wobec ujawnienia peerelowskich współpracowników systemu przemocy)
Co tam jeszcze ciekawego:
"Słowo ‘autorytet’, podobnie jak słowo Salon, w dzisiejszej Polsce stanowi obelgę-znak, pod którym skrzykują się intelektualiści spod winiet Gazety Polskiej, Naszego Dziennika i Naszej Polski." (całkiem ładna ta metafora, musimy przyznać, a, że od metafor nie musimy wymagać zgodności z prawdą, to stara i wciąż aktualna zasada stosowania stylu poetyckiego w argumentacji)
Jest jeszcze coś, co przeoczyłem? Całego wpisu nie ma potrzeby cytować, spójrzmy na finał (zaznaczam z góry, że analizuję ten tekst na chłodno, nie "rechoczę", żebym czasem od razu pod tę klątwę finałową nie podpadł):
"W pięknym, wielkim, historycznym państwie europejskim dyskurs publiczny o lustracji zdominowany został przez politycznych meneli, a motłoch rechocze, rączki zaciera, dalszych igrzysk domaga się… Świństwo."
Jedno podstawowe pytanie się nasuwa: byli jacyś ludzie splamieni świadomą współpracą z systemem przemocy, czy nie? Jeśli byli, to czy powinniśmy poznać ich nazwiska i skalę tej ich współpracy czy nie? Jeśli ta współpraca została udokomentowana, a historycy znaleźli dostatecznie mocne jej dowody, to czy należy o niej ponformować społeczeństwo, czy nie? Czy możemy poznać prawdę o przeszłości i (w pewnej mierze) współczesności Polski, czy nie?
Tyle słyszeliśmy pochlebnych głosów o dziennikarzach śledczych, którzy nagrywali słynne pertraktacje z Begerową, że "odsłaniają kulisy polityki", że pokazują jej "drugie dno" tudzież "prawdziwe oblicze", a w sytuacji o wiele poważniejszych spraw (np. donosicielstwo na kolegów z pracy, przyjaciół, a nawet bliskich i budowanie na takim donosicielstwie kariery, że wymienię jeden z grzechów głównych takich współpracowników z systemem przemocy) nagle zrywa się do obrony prof. Sadurski, tłumacząc nam, że nie należy całej tej (niecnej, przyznaję) historii odsłaniać. Skąd tyle emocjonalności? Skąd ta furia, Panie Profesorze? Czy naprawdę nie istnieją racjonalne powody, byśmy poznali (nawet mroczną) przeszłość rozmaitych znanych i wpływowych osób? Może kariera niektórych z nich, może ich wpływowość ma związek właśnie z jakąś formą współpracy z systemem przemocy, który, jak wiemy, swoich wiernych pretorian chronił, awansował i otaczał czcią (co zwł. widać było w elitarnych środowiskach naukowych i kulturalnych)? Nie wiem też, dlaczego kwestionuje Pan wiarygodność zawartości teczek. Czytałem wiele wywiadów (oraz materiałów pokonferencyjnych) nie tylko z polskimi historykami, ale i pracownikami Instytutu Gaucka i konkluzja z nich była następująca: generalnie nie było przypadków fałszowania dokumentacji (nie tylko groziły za to kary dyscyplinarne, nie tylko funkcjonariusze sporządzający dokumentację nie spodziewali się w najśmielszych snach, że może "upaść komunizm" i że dokumenty wyjdą poza mury bezpieki, ale przede wszystkim wokół tych samych "obiektów", że się posłużę określeniem UB/SB pracowały różne komórki, które gromadziły osobną, niezależną od siebie dokumentację).
Pytam więc, o co chodzi w całej tej sprawie prof. Sadurskiemu? I nie chciałbym wracać do wyroków TK, because that's not the point. Co tu jest do obrony? Można ubolewać, że na czele IPN-u stoi prof. Kurtyka, a nie np. prof. Sadurski (a może prof. Pastusiak?) i że nie rządzą nami ludzie nieskaziteli, i nad wieloma innymi jeszcze rzeczami, które odbiegają od naszych marzeń można ubolewać (nawet rozumiem tę złość prof. Sadurskiego, że nie wszystko w życiu idzie tak, jakbyśmy chcieli), ale czy naprawdę nie możemy spokojnie przyjąć do wiadomości, że po prostu tę zawartą w dokumentach historię Polski powojennej powinniśmy dogłębnie poznać? Jestem przekonany, że nie spadniemy z krzeseł w trakcie ich lektury.
PS. Uwaga uprzedzająca ewentualny atak prof. Sadurskiego: starałem się zminimalizować ilość chwytów retorycznych, ale nie wiem, czy mi się to udało.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)