Lustracja to naruszenie prywatności - takie można odnieść wrażenie z bałamutnej argumentacji zaproponowanej przez posła J. Lityńskiego i przewodniczącego TK J. Stępnia. Argumentacja ta pojawiła się w czwartkowym (21-06) programie "Rozmowy Jedynki" (prowadzonym przez T. Sakiewcza) oraz we wpisie prof. Sadurskiego, który z godnym podziwu uporem staje się kimś a la advocatus diaboli, czyli obrońcą złej sprawy, jaką jest: antylustracja.
Lityński w owym programie powiedział wprost do posła J. Kurskiego, że nie ma on żadnego prawa zaglądać do zapisków wytworzonych przez bezpiekę np. na postawie podsłuchów tego, co się działo w Lityńskiego mieszkaniu. Stępień z kolei twierdzi, jak pisze prof. Sadurski, tak:
"Prezes Stępień nie miał dużo czasu na obszerne rozwiniecie swego stanowiska (...), ale zdążył powiedzieć tyle, że dostęp każdego do wszystkich akt (np. do „akt sąsiada”, jak ujął to symbolicznie Prezes) jest po prostu niezgodny z europejskimi [podkr. FYM], cywilizowanymi zasadami dostępu do akt innych osób. Chodzi tu zarówno o dane „wrażliwe” (czy mogę przy okazji poszukiwania agentów w moim środowisku dowiedzieć się, że sąsiad spał z żoną marynarza, gdy ten był w rejsach?), ale i o bardziej generalną zasadę, że istnieje sfera prywatności (w tym, dodam, także obejmującej popełnianie świństw, jeśli nie były one przestępstwami), która jest prawnie chroniona. I zrozumiała chęć rozprawienia się z ciemną przeszłością Kraju nie znosi tej reguły w stosunku do jednostek. Przy czym, powtarzam, każdy może znaleźć swoje własne akta, a tego TK nie podważył, a zatem przy okazji dowiedzieć się o świństwach popełnianych przez swoich byłych kolegów, współpracowników itp., jeśli miały one związek z tą osobą."
Natomiast w jednym z komentarzy Amin całkiem przytomnie podsumował:
"Praktyka pokazuje, ze nawet gdy ktoś:
1. Podpisał zobowiązanie
2. Składał raporty
3. Brał za to pieniądze.
I to wszystko jest podpisane jego ręką...
...to można w orzeczeniu napisać: "NN oczywiście nie współpracował z SB"
Nic z tego.
Dopóki sąd może orzekać wbrew twardym dowodom - antylustratorzy górą."
Trudno Aminowi odmówić racji. Tak to faktycznie w Polsce wygląda, kiedy się słucha osób wypierających się jakiejkolwiek współpracy z bezpieką nawet w obliczu opublikowanych przez historyków dokumentów (chyba przykład M. Jurczyka jest najbardzej jaskrawy, ale jest przecież o wiele więcej).
Ja zaś chciałbym zająć się tym pseudoargumentem dot. nienaruszalności sfery prywatności, który w zastosowaniu do lustracji stał się kolejnym młotem na jakiekolwiek próby rozliczenia agenturalnej przeszłości rozmaitych ludzi.
Otóż zarówno Lityński, jak i Stępień (jak też prof. Sadurski) popełniają grube nadużycie powołując się na prawo do ochrony prywatności z dwóch względów:
1) prawo to zostało dużo wcześniej złamane przez działalność donosicielską przeróżnych TW, którzy wykorzystywali okazywane im zaufanie (kolegów, przyjaciół, bliskich (np. żona P. Jasienicy czy żona P. Rainy) do informowania funkcjonariuszy bezpieki o intymnych szczegółach życia rozpracowywanych "obiektów"
2) lustracja nie dotyczy żadnych "sąsiadów" ani "osób prywatnych" (swoją drogą, co za idiotyczne określenie) tylko przede wszystkim osób publicznych.
(Pomijam to, że Lityński wywrócił srawę do góry nogami, przedstawiając ją tak, jakby lustracja oznaczała penetrowanie intymnych szczegółów opozycjonistów.) Lustracja ma nas, tzn. obywateli, informować o szczegółach, środkach i metodach nielegalnej działalności tajnych wsółpracowników bezpieki i narawdę troska o to, czy w trakcie tego odsłaniania zostaną ujawnione jakieś "brzydkie epizody" tajnych współpracowników jest stanowczo za daleko posunięta i stanowi wyraz wyjątkowej hipokryzji. Jeden ze słuchaczy Jedynki na argument dot. "prywatności" zareagował tak: jeśli ktoś nie miał skrupułów, by donosić na kolegów, przyjaciół czy bliskich, to dlaczego my dziś mamy mieć skrupuły przed ujawnieniem kulisów jego pracy?
Mówienie o tym, że ktoś z nas miałby w trakcie przeglądania ujawnionych (np. w Internecie) archiwów związanych z TW penetrować dane dot. sąsiadów implicite (a może explicite?) sugeruje, że lustracja to jakiś KOLEJNY (niemal obsceniczny) PRZEJAW INWIGILACJI. To jakieś podglądanie sąsiadów (a może i sąsiadek?). Już większego absurdu w obronie agentury nie sposób wymyśleć (aczkolwiek słyszeliśmy już o "bolszewickim zapale historyków z IPN-u" czy innych "faszystowskich zapędach lustratorów").
Sądzę zatem, że jeśli już ktoś chce bronić agentury, to powinien to robić w bardziej subtelny sposób. O ile to w ogóle jest możliwe.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)