Jeszcze wczoraj w paru wywiadach radiowych Jacek Saryusz-Wolski ubolewał nad postawą strony polskiej, powtarzając po wielokroć określenie "błąd negocjacyjny". Jeszcze niedawno wielu sprawiedliwych postulowało, by odsunąć minister spraw zagranicznych, zaś Ł. Warzecha pisał wprost, że A. Fotyga bredzi (proszę zajrzeć do wpisu: http://lukaszwarzecha.salon24.pl/20049,index.html). Jeszcze wczoraj błyszczał inteligencją J. M. Nowakowski:
"Przed chwilą dostałem SMS z krótkim komentarzem a propos negocjacji: Jak pięknie dostajemy w dupę. Oczywiście sporo głosów w Salonie oznajmi, że to ohydna potwarz i niedocenianie sukcesu. Moja obawa jest wszakże taka, że cytowane zdanie (a napisał go aktywny sympatyk PiS) doskonale oddaje treść naszych sukcesów w Brukseli. Na pytanie Gospodyni Salonu mogę więc odpowiedzieć tak będzie kompromis a nawet kapitulacja."
Żeby nikt nie miał wątpliwości, to Nowakowski zatytułował dowcipnie swój wpis "DD", co miało być nawiązaniem do najistotniejszych słów owego eleganckiego sms-a. Zresztą wspomniany Warzecha jeszcze wczoraj pisał:
"Dzieje się niestety to, czego się obawiałem. Prezydent nie wytrzymuje napięcia fizycznie i psychicznie. Młotkowanie polskiej delegacji idzie na całego - co jest całkiem normalne - ale Lech Kaczyński nie umie się od tego odizolować. Jest zmęczony i podrażniony.
Anna Fotyga ma po prostu luki w wiedzy [podkr. FYM], przez co nie ogarnia całości traktatowej materii i daje się złapać w pułapki tak prymitywne, jak przedstawianie jako ustępstwa wobec nas czegoś, co i tak było zapisane w projekcie TK."
Dzisiaj można tylko odetchnąć z ulgą, że tych luk w wiedzy nie miał ani Warzecha, ani wielu innych proroków kapitulacji podczas szczytu w Brukseli. Warzecha pisał wszak przed paromia dniami:
"Według moich źródeł, nasi negocjatorzy są poważnie zaniepokojeni kolejnymi szarżami minister Fotygi, która rozbija naszą negocjacyjną taktykę. (...) Będą pokrzykiwania, naciski, próby izolowania, obraźliwe słowa. To wszystko trzeba umieć wytrzymać. Trzeba cały czas trzeźwo rozumować i nie dać się wyprowadzić z równowagi. Ani Lech Kaczyński, ani Anna Fotyga nie dają takiej gwarancji."
A nieco wcześniej, w tym samym wpisie twierdził:
"Gdyby reprezentował nas Jarosław Kaczyński, byłbym dużo spokojniejszy. Prezydent jest znacznie bardziej chimeryczny, znacznie bardziej emocjonalny, a to są cechy, które - w połączeniu z obecnością Anny Fotygi - mogą fatalnie zaważyć na rezultatach." (zalecam oczywiście lekturę całości; link podałem wyżej).
Innych chyba wpisów z salonu24 w podobnym tonie i o podobnej stylistyce nie muszę przywoływać, gdyż wielu z nas je widziało. No i co po rezultatach negocjacji? I nic, po prostu. Przecież i tak za chwilę okaże się, że Polska mogła "jeszcze więcej zyskać", albo że i tak "powinien był pojechać premier, nie prezydent", albo że "za to dalej strajkują pielęgniarki" itd. Nieważne, ważne bowiem to, że tak wielu komentatorów wykazało się nie tylko krótkowzrocznością (jeśli nie ślepotą) intelektualną, ale i jakąś zaskakującą indolencją. Naprawdę tak ciężko cokolwiek przewidzieć tym wnikliwym obserwatorom? Jeśli tak, to powinni być dużo bardziej wstrzemięźliwi w swoich ocenach, gdyż przy okazji wystawiają samym sobie świadectwo dość wątpliwych kompetencji.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)