Jak się nic nie dzieje, to dzieci zawsze można Giertychem postraszyć. Gdyby tak zliczyć częstotliwość wystawiania Giertycha do medialnego odstrzału, to nie wiem, czy nie byłby on najpopularniejszym spośród wszystkich Schwartzcharakterem.
Niezawodny w "tropieniu faszyzmu" (m.in. poprzez promocję zdrowych, bo nie skoligaconych ze stalinizmem, leninistów) "Dziennik" http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=50642 już trzyma rękę na pulsie, strasząc dziennikarzy i nie-dziennikarzy nie tylko Giertychem, ale i "ludźmi Giertycha", że niby będą monitorować media i wytyczać pozwy przeciw rozmaitym oszczercom wykrzywiającym obraz wicepremiera. Koniec świata, krótko mówiąc, panie dzieju. Od razu wokół tej niby-informacji cała masa komentarzy i odgrażania się "na wszelki wypadek" przez - jakżeby inaczej - prezesów stowarzyszeń dziennikarzy. Jak nie pogromca głodujących pielęgniarek J. Kaczyński, to zdziczały A. Lepper ze swoimi seksoholikami, a jak nie on i oni, to - można obstawiać ze sturocentową pewnością przynajmniej raz w tygodniu w mediach - Giertych-monster. Każdy chyba pamięta tę niedawną burzę w szklance wody wokół "zakazanych lektur" i spontaniczne "protesty uczniów" czytających na głos książki "zakazanych autorów" oraz karykaturalny obraz wicepremiera jako "ostatniego idioty w dziedzinie literatury". Kto nie pamięta, zaraz sobie z nowej pseudo-notatki "Dziennika" o Giertychu przypomni. Już publicyści powinni grzać silniki.
Giertych ani mi brat, ani swat i wiele z tego, co robi jako minister i polityk sam wyśmiewam w rozmowach z przyjaciółmi czy znajomymi, ale ten "stały fragment gry" w naszych mediach to jakaś obsesja, której niczym innym, jak pewną z premedytacją stosowaną metodą lansowania zastępczych tematów nie sposób wyjaśnić. Co więcej, jeśliby faktycznie choć na chwilę stanąć po stronie Giertycha, to, jak wspomniałem na początku, należy on do czołowych wrogów "demokracji" i jest obśmiewany i wyszydzany na wszelkie możliwe sposoby przez rozmaitych "piewców wolności słowa", którym o wiele bliżej bywa do leninizmu niż liberalnego konserwatyzmu czy libertarianizmu. To, że "jadą po Giertychu" rozmaici domorośli czy wsiowi satyrycy ubóstwiani przez Polsat, to jeszcze nic. "Ujeżdżają" go dodatkowo ogólnopolskie i - a jakże - lokalne media w Polsce i to chyba jeszcze "odważniej" niż owi satyrycy, i nikomu włos z głowy nie spada.
Czy Giertych ma prawo się bronić, czy nie? Tu pewnie mógłby coś powiedzeć nam prof. W. Sadurski, który rozróżniłby może między Giertychem-wicepremierem i Giertychem-Giertychem (tu, prawda, konotacje z Młodzieżą Wszechpolską, endecją, Dmowskim, Maciejem Giertychem, antyewolucjonizmem itp. skojarzenia), a na koniec stwierdziłby, że jednego od drugiego nie da się jednak oddzielić, więc wszelkie chwyty dozwolone, skoro idea wolności prasy to implikuje.
Stawiam beczkę piwa, że w salonie24 "sprawa Giertycha" stanie się zaraz sygnałem alarmującym i stawiającym na baczność rozmaitych posterunkowych "stróżów prawa i porządku" w swoiście rozumianej "demokracji". No więc, mobilizacja, satyrycy, jakiś zwrotnicowy kultury właśnie przekręcił wajchę.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)