Prof. Sadurski z należytym sobie wdziękiem dołącza tym razem do bojowników o demokrację, polemizując m.in. z felietonowymi tezami D. Zdorta w charakterystyczny dla siebie sposób obracania poglądów przeciwnika w ewidentny absurd. Strategia to o tyle skuteczna, co "obosieczna", zwłaszcza, jeśli się używa takiego słowa-worka jak "demokracja".
Oczywiście niezwykle dbałemu o precyzję terminologiczną prof. Sadurskiemu wcale nie przeszkadza to, że używa mętnego terminu, który może być interpretowany na naście sposobów - grunt że jest on dostatecznie nośny w publicznym dyskursie i powoduje zdrowe, bo prodemokratyczne skojarzenia u czytelników i komentatorów. Któżby bowiem chciał być posądzony o bycie "antydemokratą"?
Prof. Sadurski z właściwym sobie wdziękiem (już kiedyś to mu wytknąłem w jednym ze wpisów, gdy była mowa o manipulowaniu znaczeniem terminologii związanej z lustracją) wyjmuje z felietonowego kontekstu prowokacyjny zwrot Zdorta:
Obyśmy znów nie usłyszeli histerycznych oskarżeń o łamanie demokracji.
- a następnie żwawo sobie dołącza do tego zwrotu rozmaite skojarzenia w kontekście debaty nad rolą i obsadą Trybunału Konstytucyjnego. To, że natychmiast żwawo jedzie za prof. Sadurskim peleton pochlebców i klakierów, to już mnie specjalnie nie dziwi, ale to, że prof. Sadurski w tak mało wyrafinowany sposób radzi sobie z poważnymi problemami dotyczącymi konstrukcji podstawowych struktur naszego państwa, to mnie zastanawia. Wydaje się bowiem, że kwestia statusu TK jest o wiele bardziej skomplikowana niż kwestia animozji między TK a rządem Kaczyńskiego (jak to łaskawie acz z uporem raczy nam przedstawiać prof. Sadurski). Ale mniejsza z tym.
Wróćmy do magicznego słowa "demokracja". Platon zgłaszał wobec ustroju demokratycznego dwa podstawowe zarzuty. 1) Powołując się na casus Sokratesa, którego sędziowie skazali na śmierć drogą demokratycznego głosowania, dowodził w sposób niezbity, że demokracja rozumiana jako rządy jakiejś większości może prowadzić do tyranii. 2) Rządy większości prowadzą do zbrodni lub rozpadu państwa, jeśli tę większość stanowią ludzie złej woli lub po prostu głupcy.
Nie mam wątpliwości, że platońskie zarzuty wobec ustroju demokratycznego pozostają w mocy, zarówno jeśli mówimy o demokracji jako pewnym systemie powszechnego wybierania reprezentantów do rządzenia państwem (jeśli obywatele są niewykształceni i podatni na manipulację, to mogą wybrać zwykłych cwaniaków, po prostu albo nawet przestępców) czy jako o pewnym systemie kontrolowanych (na różne sposoby) przez obywateli instytucji (jak to jest w USA, gdzie Amerykanie pod pojęciem demokracji rozumieją raczej dominację pewnych jasno zdefiniowanych pod względem prawnym i wszechstronnie kontrolowanych przez obywateli, przejrzystych instytucji). W tym ostatnim przypadku dopływ do instytucji demokratycznych (tzn. strzegących prawa, ładu państwowego) rozmaitych ludzi złej woli czy głupców wcale nie jest uniemożliwiony, o czym świadczą różne głośne przypadki korupcji również w Stanach.
Domyślam się, że prof. Sadurski optuje za takim wzorcem demokracji, w którym podstaw ustrojowych strzegą niezależne od aktualnie rządzących polityków instytucje - i nie ma w tym nic niepokojącego. Nie można jedna zapominać, że te instytucje powinny być zdrowe. Prof. Sadurski nie chce dostrzec, że 1) w Polsce nie mamy do czynienia z takim "zdrowym ustrojem", ponieważ polskie instytucje "ustrojotwórcze" są wciąż popeerelowskie i zdeformowane, 2) obecny skład TK wcale nie jest apolityczny i nieuwikłany w rozmaite zależności od politycznych ugrupowań.
Tymczasem Zdort w swoim felietonie, używając zwrotu cytowanego powyżej chciał zilustrować hipokryzję przedstawicieli jednocześnie 1) zdeformowanych instytucji oraz 2) uwikłanych poprzez rozmaite koneksje z innymi ugrupowaniami politycznymi, przedstawicieli, którzy na wieść o pomysłach służących zreformowaniu takich zdeformowanych instytucji "szaty rozdzierają" histeryzując o "zamachu na demokrację". (Wiemy, że największy zamach na demokrację odbył się w trakcie ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich, ale przecież po tamtym było tyle pomniejszych zamachów na demokrację, że chyba ciężko byłoby zliczyć. Może J. Żakowski posiada pełną buchalterię).
O co więc chodzi? Czemu prof. Sadurski raptem upatrzył sobie Zdorta na "wroga demokracji" (wszak felietonista pije właśnie do tej w/w hipokryzji), skoro o wiele większym zagrożeniem dla zdrowego ustroju państwa mogą być niezreformowane instytucje i niejasne procedury wyłaniania ich przedstawicieli? Domyślam się, że łatwiej jest oburzać się na Zdorta czy na pomysły reformowania tychże instytucji, aniżeli zaproponować nowe rozwiązania prawno-ustrojowe gwarantujące przejrzystość i instytucji, i procedur z nimi związanych, ale przecież prof. Sadurski jest specjalistą w dziedzinie prawa, więc dlaczego nas nie oświeci?
I żeby nie było wątpliwości: nie jestem zwolennikiem demokracji (a szczególnie demokracji ludowej), lecz nomokracji, tj. rządów prawa traktujących w równy sposób wszystkich obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)