Jeślibyśmy potraktowali Lenina po prostu jako "myśliciela społecznego", dokonalibyśmy zafałszowania - Lenin był zbrodniarzem, zaś czytanie i propagowanie jego pism jest uruchamianiem bomby zegarowej w kulturze i polityce.
Tak skrótowo odpowiem na wstępie mojej polemiki z Panem Woodyą, który wywołał mnie do tablicy swoim postem. Mam chyba prawo podejrzewać, że Pan Woodya (tak jak i wielu innych blogerów) jest człowiekiem bardzo młodym i przez to z pewną dozą naiwności patrzy na świat (bez urazy). Pan Woodya jednak wykazał się elegancją w dyskusji, wobec tego z pełną powagą podchodzę do jego krytycznych uwag (w przeciwieństwie do głosów takich komentatorów, jak ekonomista-informatyk-Azrael czy absolwent-Galopujący Mentor itp., których exlicite nie zapraszam do komentowania, dopóki nie popracują nad sobą, a i do tego nie zmuszam).
Pisze Pan Woodya m.in. tak:
"Czym innym jest więc walka z nierównościami „naturalnymi” a czym innym z będącymi wynikiem działania człowieka – one nie mają nic wspólnego ze stanem naturalnym",
tymczasem ja Panu Woodyi starałem się wyjaśnić (niezorientowanych odsyłam do mojego wpisu nt. komunizmu), że z natury ludzie są różni i te różnice przenoszą się także na pewien status społeczny. Jeden człowiek może zostać ślusarzem, inny zaś profesorem, właśnie dlatego, że różnią ich choćby predyspozycje intelektualne. I taka różnica intelektualna jest nie do przeskoczenia. Jeden od dzieciństwa pasjonuje się sportem i potem wyczynowo go trenuje, drugi zaś - np. z racji wątłej budowy ciała - wcale nie lubi się gimnastykować, za to uwielbia przesiadywać w ogrodzie i szkicować drzewa. A po paru latach zajmuje się już malarstwem. Nie ma w tym absolutnie nic nadzwyczajnego ani niepokojącego i sądzę nawet, że na tym polega urok świata: że się różnimy. Błędne zatem są te koncepcje "udoskonalania świata", wychodzące z założenia np. że wszyscy powinni mieć "taki sam start życiowy", "obowiązkowe średnie wykształcenie" itd. Błędne. Wiem, że zabrzmi to dla Pana Woodyi jak herezja, ale naprawdę są ludzie, którym szkoła wystarcza w wymiarze paru klas, a następnie mogą przez całe życie być "pracownikami fizycznymi" (jak to pięknie się mówiło w języku komunistycznym) i - co więcej - być szczęśliwi (o ile państwo nie okrada ich na różne sposoby). Toteż robotnicy amerykańscy w l. 1945-1989 na pewno mieli więcej życiowego optymizmu niż ówcześni robotnicy polscy, ale to osobna sprawa.
Pisze Pan Woodya dalej:
"Pod wskazywaniem winnych jak rozumiem ma Pan na myśli zabieg socjotechniczny na zasadzie „dziś nie lubimy tych” a „paragraf” czemu ich nie lubimy się znajdzie. Tylko są przecież sytuacje że jakaś grupa osób (czy nawet klasy społeczne) są winne jakiegoś złego działania (w rodzaju relacji posiadacze niewolników v. Niewolnicy) i im przeciwdziałanie nie jest jakimś złym działaniem (komunistycznym)."
I pobrzmiewa tu jakaś marksistowska nuta, bo skądże to Pan Woodya wie, że są jakieś "klasy społeczne". Chyba że na wykładzie z socjologii klarował to Panu Woodyi jakiś zacny marksista, których na polskich uczelniach pozostało wielu i dobrze się mają. (Nawiasem mówiąc, to ciekawa rzecz: zrazu, po wyborach z 1989 zniknęli wszyscy niemal marksiści, jak ręką odjął, zaś po paru latach zaczęli - z początku nieśmiało, potem śmielej, dziś już zupełnie otwarcie - wyłazić zza szaf, zza starych tapet, spomiędzy podłogowych klepek. To ciekawa historia). Mnie się wydaje, że nie istniały i nie istnieją żadne klasy społeczne, a tylko konkretni ludzie, tacy jak Pan Woodya czy inni użytkownicy salonu24. Ma Pan Woodya rację, mówiąc, że są ludzie, którzy czynią zło (np. złodzieje, mordercy, chuligani itd.), ale od ich ścigania jest policja w praworządnym państwie. Komuniści natomiast kategorię, nazwijmy to, "złych ludzi", rozumieli bardzo szeroko i z reguły chodziło o tych, którzy coś posiadali (w przeciwieństwie do "biednego proletariatu"), ale też tych, którzy np. byli duchownymi (słyszał Pan Woodya pewnie hasło "religia to opium dla mas"), albo też artystami, którzy np. pokpiwali sobie z komunizmu (być może nie słyszał Pan Woodya o Wacławie Grubińskim, który za napisanie przed II wojną sztuki "Lenin" trafił do łagru po wejściu armii czerwonej do Polski w 1939), albo też intelektualistami, którzy "nie akceptowali wiodącej roli marksizmu" w nauce (nie słyszał Pan Woodya pewnie, co się działo na polskich uczelniach na przełomie l. 40. i 50., bo o tym ekonomista-informatyk-Azrael nie pisze raczej). Nie przegadując sprawy, podsumuję krótko: komuniści zwalczali (i zwalczają) wszystkich, którzy się komunizmowi przeciwstawiają - nie zaś np. jakichś, powiedzmy, "prześladowców zwykłych ludzi". Dlatego pod rządami komunistów mogą się uchować albo oportuniści, albo zadeklarowani zwolennicy komunizmu - reszta zwykle przesiaduje w więzieniach lub (jak to było zwł. w czasie długoletniego powstania antykomunistycznego po II wojnie światowej) - w ziemi.
Co Pan Woodya pisze nam dalej:
"Wyznaczanie kogoś ze jest pokrzywdzony tylko na zasadzie że „tak nam pasuje” jest oczywiście błędne (że powiem jak Premier). Ale są przecież grupy ewidentnie pokrzywdzone (‘Obiektywnie” ze tak marksistowsko „zażartuje”) - ze przywołam raz jeszcze tych niewolników – i pomaganie im nie jest niczym złym."
I tu między nami absolutna zgoda, poza oczywiście tym określeniem marksistowskim. Diagnozowanie jednak zła społecznego nie należy do "wynalazków" marksizmu. Ludzie ścierają się ze złem społecznym od początku swego istnienia na Ziemi, ale niech Pan Woodya pamięta, że właśnie po to zaczęli tworzyć cywilizacje, czyli organizować się społecznie, by jakoś niesprawiedliwościom rozmaitym zaradzić. Różnie to ludziom w różnych cywilizacjach wychodzi, co Pan Woodya z historii pewnie wie i wysiłki te są dość mozolne, ewolucyjne społecznie, rozłożone na wieki. Natomiast marksizm-leninizm zaproponował "drogę na skróty" - usunięcie "złych klas społecznych" i wprowadzenie nowego ładu państwowego ("ojczyzna proletariatu"). To, że rewolucja bolszewicka zaczęła się od totalnego wyrzynania ludzi, a następnie stworzyła najbardziej represyjne państwo świata, dowodzi chyba, że ta droga na skróty nie była najlepszym pomysłem na udoskonalenie porządku społecznego.
Co innego kwestia ludzi pokrzywdzonych przez los, którym należy się z naszej strony pomoc. Pomagajmy - pisałem o tym w moim poście - byleby ta pomoc miała charakter dobrowolny, a nie wymuszony. Jeśli dobrze zarabiam, to mogę jako wolny człowiek pomóc potrzebującemu. Wolałbym jednak, by żaden uzrędnik (w towarzystwie jakichś smutnych panów) nie przychodził do mnie, by "lepiej i mądrzej niż ja" zagospodarować społecznie moje pieniądze. W komunizmie, co nie muszę chyba Panu Woodyi przypominać, olbrzymia większość ludzi (poza, oczywiście, czerwoną burżuazją) zarabia marnie, więc taka dobrowolna pomoc nie jest możliwa - ludzie walczą o przetrwanie, po prostu. Kompartia decyduje zaś: komu i jak pomagać. Oczywiście, na pomoc trzeba sobie "zasłużyć" (dlaczego należałoby pomagać np. zekom: słyszał Pan Woodya coś o zekach?). Niech Pan Woodya poczyta sobie Joanny Siedleckiej "Obławę" o tym, jak np. w polskim państwie komunistycznym "pomagano" nieprawomyślnym pisarzom. Natomiast, co do kwestii solidaryzmu społecznego, to odsyłam do tego wpisu, w którym ten problem szerzej omówiłem.
No i Pan Woodya na koniec wyciąga jeszcze z kapelusza nieszczęsnego Sierakowskiego, pisząc tak:
"Sprzeciw mój za to wzbudza diagnoza Sierakowskiego. Mam wrażenie ze nie zna Pan za dobrze tego co on pisze i mówi. A okazje są ku temu dosyć częste (wczoraj było ciekawe spotkanie nt socjalizmu z Cezarym Michalskim, Żakowskim, Palikotem i właśnie Sierakowskim w REDakcji, niedługo będzie nowy nr KP „O Prawicy”) Ja miałem okazje słuchać go parokrotnie i nic z tego co Pan mu imputuje nie znajduje w jego słowach czy opiniach. Z faktu że czyta on Zizka nie wynika ze jest od razu nowym Leninem. Pare tygodni temu był zresztą w Polsce sam Żiżek i Sierakowski zrobił z nim spotkanie Redakcji, byłem na nim i trudno mi się zgodzić z tezami ze jest z niego leninowski komunista (były na ten temat pytania z sali) Czytanie Lenina odbywa się na taki sam sposób na jaki czytają oni św. Pawła – interesuje ich nowe odczytanie, nowa interpretacja."
I dochodzimy do sedna sprawy: Dlaczego czytanie i propagowanie Lenina nie jest zdrowe. Lenin, wbrew temu, co mogą sądzić o nim całe zastępy oświeconych intelektualistów (tu na pewno J. Żakowski wiedzie prym od czasów swojej zapoznanej a przecież nieocenionej publicystyki w tygodniku "na przełaj" w l. 80.), nie jest żadnym "filozofem" czy "myślicielem społecznym", ale przywódcą rewolucji i zwyczajnym ludobójcą. Lu-do-bój-cą, Panie Woodya. Już za Lenina powstały pierwsze obozy koncentracyjne w Rosji, nie mówiąc o ofiarach samej rewolucji, o zniszczeniach dóbr kultury, o torturach itd. Nie wiem, czy Pan Woodya widział taką głośną pracę napisaną - nomen omen - w dużej merze przez byłych marksistów, pt. "Czarna księga komunizmu". Tam sporo udokumentowanej historycznie wiedzy znajdzie Pan Woodya o Leninie i nie tylko. Otóż, jeśli Lenin był ludobójcą, to czytanie i propagowanie jego koncepcji, nie tylko nie jest "neutralne kulturowo" (pomijam artykuł w naszej konstyucji zakazujący promowania komunizmu, ale tak nasze państwo działa obecnie, że partie komunistyczne mają się świetnie, a nie siedzą w więzieniach, zaś z leninistami urządza się "debaty"), ale porównywalne z czytaniem i propagowaniem koncepcji A. Hitlera. Też miał wizję dot. społeczeństwa i rozwiązanie dot. tych, którzy za pewne niesprawiedliwości społeczne odpowiadają.
Czytanie i propagowanie Lenina powinno być tak samo prawnie zakazane, jak ścigane jest teraz propagowanie "Mein Kampf". Niestety, żyjemy w czasach, kiedy z apoteozy komunizmu i jakichś "ponownych, krytycznych odczytań" ludobójcy Lenina robi się "fajną zabawę intelektualną". Panu Woodyi odradzam tę zabawę, Sierakowskiemu, Żakowskiemu itp. intelektualistom również.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)