Ponieważ Profesor obszedł się ze mną trochę jak z uczniakiem, któremu rzuca się parę zgrabnych argumentów i wychodzi z sali, chciałbym powrócić właśnie do centralnej kwestii związanej z demokracją, tj. do gloryfikowanej przez Profesora tzw. reguły demokracji.
Dla przypomnienia, cytując Profesora, wygląda ona niby tak:
Przejdźmy zatem do czegoś trochę poważniejszego, a mianowicie do pytania, jak właścwie uzasadnić regułę większości, czyli fundamentalną zasadę demokratyczną głoszącą, że w przypadku niezgody co do decyzji wspólnej, z większości powinno przeważyć? Jest to oczywiście kluczowe pytanie o uzasadnienie teorii demokracji – bo chociaż demokracja nie ogranicza się do zasady większości (zasada ta musi być powściągnięta choćby przez wzgląd na prawa mniejszości) to jednak jest jej nieusuwalnym trzonem.
Odpowiedzi jest kilka i żadna z nich nie opiera się na przekonaniu, że większość musi mieć rację, co jak wszyscy wiemy, byłoby nonsensem:
1. Reguła większości jest jedyną metodą zapewnienia każdemu równej siły głosu (bo każda zasada kwalifikowanej większości lub jednomyślności, daje tym będącym w mniejszości wzmocniony głos);
2. Reguła większości jest najbardziej praktyczna z punktu widzenia późniejszej realizacji podjętej decyzji, bo jeśli większość za nią głosowała, to problemy z posłuchem dla tej decyzji będą mniejsze, niż gdyby sprzyjała jej tylko mniejszość;
3. Reguła większości oznacza, że późniejsza zmiana decyzji, niekorzystnej dla aktualnej większości, będzie łatwiejsza, bo dzisiejsza mniejszość będzie musiała zmobilizować mniej ludzi dla zmontowania koalcji większościowej, niż gdyby obowiązywała zasada większości kwalifikowanej lub jednomyślności.
Zauważyli Państwo, że w tych wszystkich trzech przypadkach przeciwstawiam zasadę (prostej) większości zasadzie większości kwalifikowanej (lub jednomyślności) a nie zasadzie decydowania przez mniejszość albo nawet przez jednego człowieka. Ale to na jedno wychodzi: zasada większości kwalifikowanej daje mniejszości prawo weta (zaś zasada jednomyślności daje prawo weta jednemu człowiekowi) czyli prawo decydowania – choć negatywnego.
Które z tych trzech uzasadnień Państwu się podoba? Czy może żadne?
Zaś na postawione pod koniec pytanie moja odpowiedź brzmi: żadne. Co więcej, uważam ową regułę większości za zabobon, a nawet "mit założycielski" ustroju demokratycznego. Pomijam już pewną ewidentną mgławicowość powyższych sformułowań - będę starał się je rozumieć intuicyjnie i - zaznaczam - nie będę się tej mętności semantycznej czepiał. Nie ma wśród tych powyższych wyjaśnień ani słowa o tym, dlaczego reguła większości miałaby być "najlepszą z możliwych" w sposobie urządzania państwa? Tylko dlatego, że "ludzie się tak umówili"? Albo, "bo tak już jest na świecie"? Nieważne.
Załóżmy, że owa reguła większości (RW) jest prawidłowa, uzasadniona i "najlepsza z możliwych". Jakie napotykamy problemy w trakcie jej "funkcjonowania" (piszę celowo w cudzysłowie, bo moim zdaniem żadna RW nie funkcjonuje)? Dajmy na to - wybór parlamentu. Uprawnionych do głosowania jest tyle, a tyle, zaś głosuje 30%. Jest-li taka "decyzja" demokratyczna czy nie? Nie zagłosowała "większość", więc jak - mamy uznać prawomocność takiego głosowania czy nie? Czy głosować ponownie, zachęcając usilnie tych, co "nie poszli na wybory"? A może nałożyć kary na "uchylających się od głosowania"? Inny przykład. Większość mieszkańców jakiejś wioski "wyraża zgodę" na poszerzenie granic miasta o tę wioskę, podczas gdy część mieszkańców wyraża sprzeciw, twierdząc, że zostaną obciążeni wyższymi podatkami gruntowymi i innymi opłatami "ze strony miasta". I co, ci pozostający w mniejszości mają się wyprowadzić czy "dostosować do woli większości"?
Platońskie zarzuty wobec demokracji są ponadczasowe. (Przywołuje je zresztą także, jak zauważyłem, dr Wielomski, w jednym ze swoich niedawnych felietonów w "NCz"). Jeśli bowiem większość utworzymy z ludzi złej woli i ludzi, którzy są głupcami, możemy napytać sobie wielkiej biedy, o czym już wspominałem w poście "Jaka demokracja?" Czy RW jest w stanie nas zabezpieczyć przed takim niebezpieczeństwem? Nie, dlatego, że jak sam Profesor przyznaje, reguła większości nie respektuje niczyjej RACJI. Ludzie więc stosujący tę regułę mogą wymuszać na innych takie a nie inne zachowania. Dla jednych może to dobre, dla mnie to złe.
Jeśli przyjmie się za naturalny pewien porządek panujący w świecie, tj. pewne zróżnicowanie, choćby co do talentów oraz wykształcenia, to nasuwa się podstawowe spostrzeżenie, że owa RW dość istotnie kłóci się jakoś z tymże porządkiem. Wyborczy czy po prostu decyzyjny (w różnych kwestiach) głos Profesora ważny jest wszak tyle samo, co głos gościa spod budki z piwem. Dla jednych może to dobre, dla mnie nie. Różnica w wadze głosów wiąże się choćby z tym, że z Profesorem moglibyśmy dojść do jakiejś konkluzji w dyskusji, z "żulem" raczej nie. Oczywiście piszę to obrazowo - wiem, że mogą być "żule" całkiem rozsądni czy nawet bystrzy (vide W. Jerofiejew; no offence). Stawiam problem poważny - dlaczego ludzie niewykształceni mają decydować np. o kwestiach, na których się nie znają? Dlaczego ludzie niewykształceni mają decydować o losie wykształconych? Dlaczego jeszcze inni ludzie (z reguły "tak sobie wykształceni" - mam na myśli urzedników) mają decydować, co ludzie wykształceni mają robić "na rzecz" niewykształconych?
Jeśli rdzeniem demokracji jest RW, a rdzeniem RW jest uznanie równości głosów, to nie jest to wcale - moim zdaniem - racjonalne rozwiązanie. Nie ma czegoś takiego jak równość głosów - jest to zgoła utopijne założenie, a jeśli nie utopijne, to właśnie irracjonalne. Jeśli Profesor stwierdzi, że należy podnieść podatki "dla dobra ogółu", ja zaś, że należy je obniżyć, to jeden z tych głosów będzie słuszniejszy, po prostu. Słuszność nie może leżeć po wielu stronach naraz, to chyba oczywiste. A skoro tak, to decyzyjność powinna być związana ściśle z rozpoznaniem słuszności określonych rozwiązań prawnych i in. Jeśli natomiast ktoś nie jest w stanie rozpoznać, czy dane rozwiązanie jest słuszne czy nie, to konsultuje się z tym, kto posiada kompetencje w takim rozpoznawaniu i dopiero wtedy (po konsultacji) może opowiadać się za tym czy owym. W dzisiejszej dobie "demokracji medialnej" tj. w czasach "marketingu politycznego" i "kreowania osobowości" polityków, częstokroć media i dziennikarze zaczynają się pchać na pozycje takich "doradców" ciemnego, wyborczego ludu. Czy słusznie? Na pewno nie, biorąc pod uwagę poziom wykształcenia większości dziennikarzy.
Zauważmy jednak, że nawet jeślibyśmy mieli do dyspozycji takich kompetentnych "osobników mogących doradzać", to przecież i wśród nich mogą się pojawiać ludzie złej woli i zwyczajni głupcy. Jak to jest możliwe? Ano tak, że czasami "kompetencje" nabywa się drogą szemraną, a nie merytoryczną, czyli za pomocą tzw. pchania, które ułatwia "karierę naukową". Ktoś może "robi stopnie" naukowe, lecz pomagają mu nie tyle umiejętności intelektualne, co - powiedzmy szczerze - wazelniarsko-towarzyskie. W świetle "prawa" zyskuje "kompetencje", jest "formalnie" wyżej w hierarchii społecznej, a tymczasem może być przykładem hochsztaplera naukowego i zwykłego łajdaka. I co wtedy? Otóż może oddziaływać "siłą swego tytułu", "powagą urzędu" czy "uczelnianego wydziału, który reprezentuje" na maluczkich, którzy nie są w stanie rozpoznać w nim manipulatora i hochsztaplera.
Może być też taki przypadek, że ktoś jest bardzo inteligentny, "robi stopnie" naukowe i "nabywa kompetencje" bez żadnej wazeliny, ale jest zarazem człowiekiem słabego charakteru lub po prostu złej woli i wiedzę zdobytą pragnie wykorzytstywać przeciwko innym ludziom. I co wtedy? Podobnie jak wyżej, może manipulowac maluczkimi i wywierać na nich wpływ wtedy, gdy "wymagana jest większość w jakiejś sprawie".
Jeśli więc tyle niebezpieczeństw można wynaleźć przy głębszej analizie zastosowania RW, to czy można się upierać przy zdaniu, że demokracja jest dobrym rozwiązaniem?


Komentarze
Pokaż komentarze (77)