Można powiedzieć tak, że podstawowym wyznacznikiem niepodległości polskiego państwa jest nie tylko swoboda w decydowaniu o jego własnych sprawach, ale przede wszystkim niepozostawanie w rosyjskiej strefie wpływów. Na ile jesteśmy samodzielni w decydowaniu o naszych sprawach, pozostając w UE, to kwestia sporna, lecz nie tak istotna, jak ta ostatnia, ponieważ jeśli ostatecznym ogniwem decyzyjnym będzie znowu Kreml, to tak czy tak będziemy dla Rosji niezagranicą bez względu na przynależność do międzynarodowych organizacji (czy nawet układów wojskowych).
Punktem zwrotnym w naszej sytuacji powojennej miał być i mógł być bliski związek z USA, którego namacalnym i trwałym dowodem miała i mogła być tarcza antyrakietowa. Coraz więcej jednak wskazuje na to, że ta niebywała okazja może przejść Polakom koło nosa, a idea ostatecznego wyzwolenia się spod wpływów rosyjskich (czyli "wyjścia z komunizmu", jak nam mówiono) zaprzepaszczona w wyniku głupoty, jeśli nie czegoś więcej, obecnej ekipy rządzącej. Głupoty - albo: jeśli okaże się, że kalkulacje dotyczące tarczy prowadzone są "z pomocą Rosjan" - zdrady. Nie ma co się bać słowa "zdrada", jeśli chodzi o politykę międzynarodową, gdyż wiemy z historii, że praktyka służenia interesom sąsiadów, a nie samej Polski, ma u nas wielowiekową tradycję. Oczywiście, klamka jeszcze nie zapadła, kiedy jednak zapadnie, kiedy okaże się, że Amerykanie rzeczywiście przeniosą się z planami instalacji do Danii czy Wielkiej Brytanii (http://wiadomosci.onet.pl/1674920,11,item.html), to, według mnie, z powodzeniem będzie można mówić o zdradzie polskich interesów narodowych.
Borusewicz w Jedynce w odpowiedzi na sygnały z USA stwierdził, że Polska ponosi koszty misji w Iraku (tak jakby Amerykanie ich nie ponosili), więc ma prawo dopominać się o dodatkowe profity, jeśli ma być na naszych ziemiach instalacja, która właściwie służy... bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych. Czy warto komentować takie podejście do sprawy? Mało tego, oprócz szykujących się polskich "negocjacji z Rosją" - na dodatek Parlament Europejski szykuje się do współdecydowania o instalacji tarczy. Mamy więc przezabawną sytuację - Polacy podbijają stawkę, by tak naprawdę Amerykanie podjęli decyzję na "tak" lub "nie", jednocześnie nasz rząd daje do zrozumienia, że Rosja ma też w tej sprawie wiele do powiedzenia, a w tej sytuacji i eurodeputowani zabierają się za deliberowanie, "co z tą Polską?" Samodzielność po piorunie.
Nie chcę wchodzić w te pozorne problemy, jakie roztaczają przed nami rozmaici komentatorzy (nie wiadomo z czyjej, tak naprawdę, rekomendacji), widząc w instalacji tarczy "jeszcze większe zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa". Jeśli po II wojnie światowej byliśmy choć przez chwilę bezpieczni, to w takim razie wystarczy jedynie zawrzeć sojusz z Rosją, by z powrotem wróciły tu rosyjskie wojska okupacyjne i rozlokowały się ze swoimi dywizjami w tych miejscach, gdzie jeszcze na początku l. 90. stacjonowały. Zresztą "pierwszy polski rząd niekomunistyczny" wcale się nie spieszył z ich "wypraszaniem", jak też z wychodzeniem Polski z Układu Warszawskiego. Być może takie standardy międzynarodowego bezpieczeństwa Polski pozostają w mocy do dziś, po prostu.
Mówienie o "polskich kosztach tarczy", gdy topimy tyle pieniędzy w ramach unijnej składki i nieustannego dostosowywania się do "przepisów unijnych" także, moim zdaniem, zakrawa na kpinę. Trzeba bowiem umieć odróżniać inwestycje priorytetowe od drugorzędnych. Dla mnie nie ma najmniejszych wątpliwości, że UE nie traktuje specyfiki polskiej sytuacji geopolitycznej "między Niemcami a Rosją" serio, a poza tym traktuje o wiele poważniej Rosję niż nas. Kto wie, czy któregoś dnia nawet Rosja nie zostanie przyjęta do UE, co już kompletnie postawi pod znakiem zapytania sens polskiego członkostwa, ale mniejsza z tym. Mam nadzieję bowiem, że UE jako twór zupełnie sztuczny (w przeciwieństwie do EWG) wymyślony w jakimś eurobiurze projektów (W. Bukowski widzi przy tym stole konstrukcyjnym także "towarzyszy z KPZS", którzy wymyślili "pieriestrojkę") padnie w wyniku wewnątrzunijnych konfliktów albo już w trakcie procedury ratyfikacyjnej Traktatu zostanie poważnie osłabiony po referendach odrzucających tenże dokument. Wprawdzie prezydent Kaczyński twierdzi, że Polska nie będzie zawalidrogą w tej ostatniej kwestii, co brzmi niezwykle złowrogo (czyżby nie przewidywał referendum w naszym kraju?), ale łudzę się, że to tylko takie "śpiewanie sobie a euromuzom", czyli tzw. międzynarodowej opinii publicznej, której trzeba mówić to, co ona chce usłyszeć. Nie wyobrażam sobie wszak sytuacji, w której polski prezydent powie, że obywatele nie mają prawa decydować o pogłębianiu polskiej integracji z UE.
Rząd Tuska robi wszystko, by problem amerykańskiej instalacji (i ewentualnego trwałego sojuszu militarno-politycznego Polski i USA) "rozwiązał się sam". By zadecydował albo Waszyngton, albo Moskwa (albo może Bruksela się "nie zgodzi" i powie "po co wam jakaś cholerna tarcza"?). W ten sposób jednak ten rząd nie tylko ucieka od odpowiedzialności (której i tak boi się brać w innych także dziedzinach), lecz pozwala na powrót Polski w objęcia Rosji, która, co warto pamiętać, była i długoletnim zaborcą, i okupantem, który z pomocą sowieckich agentów zainstalował tu na kilkadziesiąt lat ludobójczy system komunistyczny. Co więcej, w ten sposób ten obecny rząd wystawia całej Polsce świadectwo, bo będzie już odtąd wiadomo, że nie należy nas traktować poważnie, gdyż na nas zwyczajnie nie można polegać. Może coś okazjonalnie potrafią Polacy zdziałać (vide zryw Solidarności), ale generalnie, do poważnego decydowania o kwestiach geopolitycznych wcale się nie nadają, bo zwyczajnie to ich przerasta. Będą ten obraz mieć przed oczami nie tylko Amerykanie, którzy wnet machną na nas ręką, lecz i "stara Unia", która naszym negocjacjom z USA wyczekująco się przygląda.
Ale może my nie jesteśmy żadnym poważnym krajem, tylko parodią poważnego państwa?


Komentarze
Pokaż komentarze (67)