Hasło "przyjazne państwo" wymawiane jest przez niektórych z pełną powagą, choć jak na mój gust stanowi ono swego rodzaju kalambur, ponieważ zazwyczaj nie oczekujemy dowodów przyjaźni ze strony urzędników państwowych czy np. policjantów. Co więcej, gdyby ktoś z nich zaczął się do nas odnosić przyjaźnie, zaczęlibyśmy podejrzewać, że knuje albo może domaga się jakiejś nienależnej mu gratyfikacji "poza protokołem".
Oczywiście, wielokrotnie spotkałem się z życzliwością czy sympatią ze strony np. policjantów drogówki (piszę to jak najbardziej serio), co świadczy, że nawet ludzie pracujący w Polsce w służbach mundurowych mogą wykazywać się uprzejmością, a nie jak to było z przedstawicielami milicji obywatelskiej, na widok których należało z reguły przechodzić na drugą stronę ulicy, bo w przeciwnym razie zaczepiali "dla sportu" lub "dla zasady" ("dokąd idziesz o tej porze?", "skąd wracasz?", "co tu robisz?" - niezmiennie formuła "ty"). Peerel jako państwo totalitarne nigdy przyjazny nie był (chyba że dla swoich funkcjonariuszy), ale i III RP wielką przyjaźnią swych obywateli nigdy nie darzyła, serwując im przepisy utrudniające swobodną działalność gospodarczą, jak też zachowując rozmaite staropeerelowskie rozwiązania zamordystyczne, jak choćby "obowiązek meldunkowy" czy konieczność posiadania dowodu osobistego.
Rozumiem więc, że hasło "przyjazne państwo" ma charakter raczej postulatywny aniżeli deksryptywny, pech jednak chce, że za tym hasłem stoi akurat poseł J. Palikot, którego ciężko jest pogodzić z którymkolwiek z członów tego hasła. Wykazał się już po wielokroć gestami wyjątkowej nieprzyjaźni wobec różnych ludzi, a jednocześnie postawą nielicującą z urzędem posła, by wspomnieć choćby ekscentryczne ekscesy z wyzywającycmi hasłami na koszulkach czy wibratorami.
Mimo to zajrzałem z ciekawością na stronę http://www.przyjaznepanstwo.pl/index.php by się dowiedzieć, co w trawie piszczy, czyli jak przebiega walka o budowę przyjaznego państwa. Inicjatywa ta pomyślana jest trochę tak, jak społemowska "książka skarg i wniosków" - zdrowi obywatele mają przesyłać swoje spostrzeżenia na temat stanów chorobowych państwa i - ewentualnie - dołączać racjonalizatorskie pomysły dot. usprawnienia "wadliwych odcinków".
Najciekawsze jest jednak to, że Palikot pisze w "inwokacji" na stronie tak mniej więcej, jakby patrzył na Polskę z lotu ptaka, a nie należał do jednego z ponad czterystu wybrańców bogów, czyli nie decydował o kształcie tego, co się dzieje także w sferze państwowości czy biurokracji:
"Upolityczniony organizm państwowy krępuje wolność obywateli. Liczba absurdów prawnych, przepisów i zwyczajnych bubli biurokratycznych, z jakimi spotyka się niemal każdy obywatel Polski, jest zatrważająca. W myśl przepisów polskiego prawa rodem z PRL, nawet grzybobranie podlega koncesjonowaniu... Despotyzm administracji, wszechwładza urzędników wydających decyzje "po uważaniu" lub na podstawie archaicznych przepisów, mnogość zakazów i ograniczeń - wszystko to tłumi przedsiębiorczość, zniechęca Polaków do społecznej i gospodarczej aktywności, a w końcu sprawia, że lekceważą oni nieprzyjazne im państwo."
Samo określenie "bubel" kojarzy mi się jakoś nieodłącznie z peerelem. Tam przecież zwalczało się bumelantów, spekulantów, sabotażystów itd., no i walczyło się, co zrozumiałe, z biurokracją i bezdusznością przepisów. Walka ta wymagała, naturalnie, powoływania coraz to nowych instytucji racjonalizatorskich oraz coraz wyższych szczebli urzędowych do kontrolowania przebiegu procesów racjonalizatorskich i odbiurokratyzowujących. A i tak nad wszystkim czuwało przekrwione z niewyspania oko pierwszego sekretarza KC.
Palikot nie wyjaśnia nam, jak to możliwe, że 18 lat po zniesieniu nazwy "peerel" nadal w Polsce istnieje tyle przepisów rodem z poprzedniej epoki. Kto przespał te 18 lat w ławach poselskich? Kto tych przepisów nie był w stanie anulować? Kto wymyślał coraz to nowe potworki prawne, które czasami po dziesiątkach nowelizacji lądowały w koszu i od początku zaczynała się swobodna twórczość legislacyjna? Czy PO miała z tym coś wspólnego, czy nie?
Zaglądam więc do "bazy zgłoszonych propozycji" (http://www.przyjaznepanstwo.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=29&Itemid=62) i jest ich raptem 8 plus 2 propozycje rozwiązań. Wydaje się to stosunkowo mało, jak na "zatrważającą liczbę absurdów prawnych", o której wspominał Palikot wyżej. Ktoś więc może powiedzieć, że sprawa jest jeszcze świeża, że inicjatywa dopiero nabiera rozpędu, że pewnie rzecz trzeba mocniej nagłośnić, rozreklamować, trąbić o niej na dachach.
Ja zaś powiedziałbym, że skuteczność takiego obywatelskiego wspierania dość bałamutnej (przez wzgląd na polskie transformacyjne warunki) idei przyjaznego państwa może być dokładnie taka, jak skuteczność społemowskiej księgi skarg i wniosków. Wobec tego obywatele widząc, że klasa próżniacza posłów i innych urzędników państwowych, bawiąc się w najlepsze, tzn. tfu, biorąc pełną odpowiedzialność, dwojąc się i trojąc, krzątając jak kucharek sześć, by wszystkim żyło się lepiej, robi sobie kolejne jaja przypominające te, jak A. Siwak zjeżdżał do "dołów robotniczych" i wspólnie dumał z dołami, co należy w kraju zmienić. Dzisiaj, w dobie Interentu, doły mogą same se zgłaszać racjonalizatorskie pomysły i donosić na własne państwo - własnemu państwu, wiedząc, że przełoży się to na rzeczywistość tak samo, jak niegdysiejsze dywagacje z Siwakiem.
Ale cóż, poczarować zawsze można, nie?


Komentarze
Pokaż komentarze (55)