Jak czujnie donosi "Polska", w łódzkim oddziale ZNP już ruszyły prace nad wykrywaniem antysemityzmu w lekturach szkolnych. Rzecz jasna, chodzi o jak najszybsze wyeliminowanie tych szkodliwych treści, nie tylko "ku chwale ojczyzny", ale i ku właściwemu kształtowaniu młodzieży (http://www.polskatimes.pl/2,18339.htm).
Pod nóż już poszły utwory potwornego antysemity B. Prusa, jeszcze straszniejszego antysemity Z. Krasińskiego, a także okropniejszego W. Reymonta, ale to oczywiście początek:
"Jadwiga Tomaszewska, wiceprezes zarządu łódzkiego Związku Nauczycielstwa Polskiego, uważa, że trzeba zweryfikować listę lektur pod kątem treści antysemickich. Mówi, że książki, które je zawierają, należy przesunąć do kanonu lektur uzupełniających.
Zdaniem Tomaszewskiej jak najszybciej należy zorganizować debatę nauczycieli i literaturoznawców, by odpowiedzieć na pytanie, czy młodzież nie zaraża się antysemityzmem ze szkolnych lektur."
Najwyraźniej "akcja Gross" przynosi już pierwsze pozytywne efekty, w postaci "reakcji środowisk" wyczulonych na melodie grywane przez kapelę na warszawskim salonie:
"- Antysemickie poglądy w polskiej literaturze są faktem. Inwektywy przedzierają się do świadomości uczniów pod szyldem arcydzieła - mówi Tomaszewska. - Od nauczycieli słyszę, że młodzież nie rozumie oburzenia niektórych książką "Strach".
Uczniowie pytają, dlaczego Gross swoją publikacją obraża Polaków, skoro takie autorytety jak Prus czy Szekspir nie przebierały w słowach w stosunku do Żydów."
Antysemickie arcydzieła, do cholery, kto to widział? A tymczasem już "młodzież" przecież "nie rozumie oburzenia" z powodu wydania anty-antysemickiego arcydzieła Grossa. Na szczęście chodzi o oburzenie "niektórych", jednakże ani Tomaszewska, ani "Polska", nie podają, KTÓRYCH.
Wydaje się mimo wszystko, że Tomaszewska swoją rewolucyjną (eurorewolucyjną?) czujność wyraża mało stanowczo:
"Wiceprezes Tomaszewska planuje, że po konsultacjach z nauczycielami do resortu edukacji zostanie skierowane pismo z sugestią przesunięcia lektur z jątrzącymi antysemickimi hasłami z kanonu lektur obowiązkowych do uzupełniających."
Przesuwać tylko do kanonu "uzupełniających"? A jak ktoś zdecyduje się jednak "uzupełnić" wiedzę uczniów jakimiś antysemickimi arcydziełami? Psiakrew! Spalić publicznie takie publikacje na jakimś Placu Wielkiej Rewolucji (może gdzieś się uchował), a nie przechowywać, żeby jad antysemityzmu wsączał się w umysły naiwnej polskiej złotej euromłodzieży.
Co więcej, trzy nazwiska wymienione wyżej, to stanowczo za mało. A u Mickiewicza nie poszukałoby? A u Wyspiańskiego? Długo by wymieniać, podejrzewam. Bogu dzięki, literatura powojenna wydawana za Ludowej Polski nie grzeszyła antysemityzmem, więc jest po co sięgnąć z wielkiego wspaniałego skarbca, z akcentem na arcydzieła z przełomu l. 40. i 50., które pewnie nie tylko łódzki ZNP zna na pamięć, bo studiował je przez całe dekady i wpajał dzieciom na akademiach pierwszomajowych, z okazji Wielkiego Października oraz 22 Lipca.
Pozostawałby jednak problem techniczny. Jeśli jakieś palenia książek jednak by się nie przyjęły jako rozwiązanie kwestii antysemityzmu w literaturze polskiej, to w jaki sposób jad odsączyć z tylu dzieł literackich? Zaznaczać wybielonymi miejscami czy dołączać profilaktyczny komentarz: "tu był w tekście jad" (żeby jakiemuś ciekawskiemu nie przyszło do głowy doszukiwanie się brakującego fragmentu)? A może zostawiać wycięty kawałek papieru, po prostu (wtedy antysemickie skrawki można by jakoś komisyjnie palić na akademiach ku czci literatury polskiej wolnej od antysemityzmu).
Technologia przetwarzania odpadów swoją drogą, lecz co zrobić np. z tekstami J. Tuwima? No ale te dylematy miałby już aparat cenzorski, który można by powołać z pomocą fachowców z ministerstwa prawdy Agora SA. Część cenzorów zresztą można by zatrudnić ze starego klucza, czyli sięgnąć po sprawdzone kadry specjalistów z urzędów pracujących nad poprawnością publikacji w peerelu. Tak czy tak, szkolenia warto zacząć od zaraz.


Komentarze
Pokaż komentarze (57)