Zacznijmy od tego, że senator Romaszewski nie wzbudzał ostatnio mojej sympatii. Chociaż jakoś się w Polsce samo przez się rozumiało, że jest to legenda, piękna karta i autorytet, zachwytu – niestety – nie było. Przede wszystkim, odstręczał mnie jego brak instynktu zwycięzcy. Naturalnie, p. Romaszewski w porównaniu z eks-kolegą Ujazdowskim to istna polemiczna błyskawica, ale niejednokrotnie, kiedy słuchałem dyskusji z udziałem senatora, opadały mi ręce. Pomyślmy – prawdopodobnie inteligentny i bez wątpienia odważny człowiek; symbol wręcz. Jednakże w rozmowach z jakimś drugoligowym platformersem, czy dziennikarzem o charyzmie Piotra Marciniaka, miast rozsmarowywać rozmówcę na szkle niczym pasztet na bułce, potrafił głównie prezentować quasi-profesorskie fochy, których główną częścią były nieskoordynowane ruchy tułowia. Autorytet? Tak, ale rozmemłany, nieprecyzyjny i pozwalający po sobie jeździć rechoczącym popłuczynom po pośle Karpiniuku. A to bolało po tej stronie ekranu.
Przyznaję jednak, i do tego miał prowadzić przydługi wstęp, że ostatnie zachowanie p. Romaszewskiego pokazało, że mimo wieku cojones ma jeszcze całkiem sprawne. Zrobił bowiem coś wybitnie niepopularnego wśród wyborców wszystkich chyba opcji, skazując się jednocześnie na niebyt polityczny w imię lojalności z kumplem. Tak ja przynajmniej rozumiem jego intencje. (Choć, gdyby się zastanowić, to cała sprawa senatora Piesiewicza śmierdzi na kilometr dziwnymi porachunkami, służbami, i kto wie czym jeszcze). I nie mówimy tu o lojalności z Rysiami, Misiami i innymi takimi, co to wszystko załatwią na 90%. Za tę akurat decyzję nikt mu żadnej nagrody nie da.




Komentarze
Pokaż komentarze (42)