Szybko wokół Kaczego Marka zgromadził się tłum. Do członków band Metysa, Wytrycha i Coopera dołączyli, zepchnięci na margines miasteczkowej słpołeczności, ludzie młodego Indianina o pięknym imieniu Olejem Czkam oraz starego Meksykanina, zwanego Waldo Kamienną Twarzą. Zapanowała między nimi dziwna atmosfera radosnego podekscytowania. Kroczyli przed siebie, jak pochód świętujący rocznicę niepodległości czy jak trupa komediantów, zmierzająca ku scenie cyrkowej.
Ludzie szeryfa i sędziego byli w zupełnie innych nastrojach. Złowrogo patrzyli na cały ten pochód, nie wiedząc, co robić – strzelać, czy się chować. Wreszcie dawny kamrat Jerrego, Ludovig Psie Serce zagrodził im drogę i zdecydowanymi ruchami skierował Kaczego Marka i trzech jego pomocników do domu sędziego. Kiedy członkowie wszystkich band wtłoczyli się za nimi, zamknął drzwi, zostawiając mieszkańców sam na sam z ich osłupieniem.
- To nie dal was – krzyknął, wyglądając oknem, które zaraz z hukiem zatrzasnął.
Zrobiło się już późno. Słońce chyliło się ku zachodowi, czerwieniąc niebo nad pobliskim pasmem gór, a po chwili nad doliną zapanowała zupełna ciemność i cisza. Słychać było tylko wycie kojotów i przekleństwa dochodzące z „sali obrad”. Co jakiś czas ktoś otwierał okno i spluwał z niesmakiem, lub co gorsza wymiotował, ściągając chmary bezpańskich psów.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)