Miłość do Margaret Thatcher pośród polskich, politycznie uświadomionych i bynajmniej nie „lemingowych” wyborców, zawsze mnie zadziwiała. Nie jest to rzecz jasna, jeszcze ta fala uczuć, która ogarnia, choćby Ronalda Reagana rzekomo mającego obalić komunizm. Choć przecież, jak uczy Pan Golicyn z Panem Targalskim, komunizm sam z siebie, przy użyciu własnych służb, się przekształcił, przetransferował, zmienił „imidż” i przykrywkę dla bandyckich interesów, a więc nasz amerykański aktorzyna swego czasu twierdząc, czy też sugerując, że coś obalił i zniszczył, albo nie wie co mówi, albo ewidentnie kłamie. Słowem, tak czy inaczej, zachowywał się jak radziecki agent wpływu. Miłość do Pani Thatcher nie jest jeszcze uczuciem tak gorącym, jak miłość do prezydenta Nixona, w sprawie którego, głębokie gardło, w sumie, nic takiego nie powiedziało, a już na pewno nic tak karygodnego, jak karygodne były odczucia głębokiego gardła Moniki Leviński. Bowiem z moralnego punktu widzenia włamania, podsłuchy i inne takie oszustwa, to jednak nie ten kaliber, co ukrywanie romansu z sekretarką.
Miłość do Margaret Thatcher nie jest więc aż tak gorąca jak w przypadkach powyżej, ale nadal istnieje. I nie jest to miłość powodowana tym, że żelazna dama swego czasu głosowała za legalizacją aborcji, bo o tym przeciętny, a już na pewno prawicowy, wyborca w Polsce wie, a jak nie wie to sobie sprawdzi w wikipedii. Miłość ta jest spowodowana tym, że Pani Thatcher rozwiązała problem związków zawodowych. A rozwiązała tak, że na buntujące się związki wysłała policjantów z pałami, która ich wyłapywali i wsadzali do policyjnej suki, a potem pędzili wprost na salę sądową. Miłość do Margaret Thatcher jest to miłość będąca hołdem żelaznych rozwiązań, żelaznego uporu i żelaznej woli w waleniu strajkujących w pysk, mordę, żebra czy gdzie tam jeszcze trafiły żelazne oddziały naszej żelaznej damy. Zresztą podobnie żelazny był nasz drogi Ronald, gdy na hipisów wysyłał Gwardię Narodową.
Gdy więc miłośnicy lady Thatcher jej klaszczą, to jednocześnie na Tuska, Schetynę i Pawlaka powinni buczeć, ale nie dlatego, że ci przenoszą obchody, albo wynoszą powstańców leżących pokotem po biurach poselskich. Powinni buczeć na Tuska za to, że ten niczym Thatcher albo Reagan nie wali chłopców Ziętka i Śniadka, pałami po plerach, nie nasyła na nich wojska, nie zamyka w pierdlu, nie wzrusza ramionami na głodówkę, słowem nie traktuje ich jak bydło, tak jak związki zawodowe traktowali umiłowani w sercu: Ronald wniebowzięty i Margaret błogosławiona.




Komentarze
Pokaż komentarze (20)