Z duszą na ramieniu, ale muszą się przyznać, że się nieco zawiodłem, bo zdaje się, że nikt z naszych cennych blogerów nie próbował dać nura w ukryte mechanizmy zdarzeń, grę luster, półcieni i machinacji. Słowem nikt nie wysunął tezy czy Krzysztof Czuma nie jest czasem śpiochem, który ma storpedować pracę swego ojca, będącego, jak wiemy, obrońcą IPNu, zwolennikiem broni palnej, no i chcącego ostatnio za twarz wziąć te sędziowskie bezhołowie. A przecież wiemy co robiła żona Jasienicy, zaś intelektualne podstawy naszej prawicy, tj. legendarne ciu bono, na taki mechanizm zdarzeń wskazuje dość jednoznacznie. Czyżby więc młody Krzysztof również był szkolony w Moskwie i czyżby właśnie otrzymał polecenie skompromitowania swego ojca? Nie wiem, ale tak czy inaczej trzeba być czujnym.
Owa czujność zaś winna być przedmiotem szczególnej troski blogerów, którzy stojąc na straży prawdy (i dobrych obyczajów!) muszą jakoś ten kraj kontrolować, żeby się już zupełnie nie osunął w otchłań. Ale na przeszkodzie opiekuńczo-kontrolno-nadzorczej funkcji blog-stróży stoi zorganizowany świat, świat starych interesów, świat sądów, skarg i pozwów. I właśnie te pozwy są kajdanami, które przykuwają przyszłych strażników do ściany i nie pozwalają im rozpościerać skrzydeł. Pewnie także dlatego, zestrachani blogerzy, o nagłośnienie sprawy Czumy wołają do mediów tradycyjnych, choć uważają te media za sprzedajne i konkurencyjne, co przypomina prośbę do szmalcowników o ukrywanie Żydów.
Ale wróćmy do kajdan. To, że blogerzy mogą i powinni się nawzajem pozywać jest chyba dosyć jasne, wszyscy pamiętamy jak bloger Freeman groził pozwem popularnej Renacie Rudeckiej Kalinowskiej, co wywołało masę zachwytów, po prawej stronie pluralistycznego salonu Igora Janke. Czy bloger może i powinien także pozwać, nie-blogera, np. polityka? Chyba tak, skoro może i powinien zgłaszać powiadomienie o przestępstwie Lecha Wałęsy. Przecież pozew to pikuś przy kazamatach na Rakowieckiej. Ale czy nie-bloger, np. polityk może pozwać blogera? No proszę Państwa, to byłoby już zupełne zdziczenie obyczajów i zamach na wolność słowa. Bo jeśli nie bloger to kto? Kto zmieni ten kraj, który „jest nasz i wasz” – jak śpiewali przyjaciele Rysia Czarneckiego. Gdyby Czuma chciał sobie kogoś pozwać, to powinien się zarejestrować anonimowo w salonie, a potem „metodą na Freemana” grozić procesem. No to może by jeszcze jakoś uszło, bo przecież blogerzy salnou24.pl są konsekwentni i brzydzą się hipokryzją. Ale tak pomysł, że jakiś tam facet z telewizora, albo jego syn, w ogóle mogą mięć prawo pozywać, i to pozywać b l o g e r a, to, przyznają Państwo, ale pomysł wzięty wprost z totalitarnej Kuby, a może nawet i Szwecji.
Jeszcze gorszą sprawą jest to, że groźba ta może blogerów przestraszyć i towarzystwo się rozpierzchnie po piwnicach. Owszem wszyscy chcemy zmian, wszyscy chcemy coś zrobić dla tego kraju, każdy chce walczyć, no bo jakże można pisać i nie walczyć, ale to jeszcze nie znaczy, że mamy to robić pod własnym nazwiskiem. Nie znaczy, że mamy się ruszać sprzed komputera i pikietować, bo podczas protestu dyrektor szkoły nas zobaczy, a my w pokoju nauczycielskim nie mówimy nic dobrego o Panach Kaczyńskich. I jeszcze się stosunki z dyrekcją popsują. Blogowanie, blogowaniem, rewolucja, rewolucją, odwaga, odwagą, ale przecież każdy ma sąsiada, proboszcza, dzielnicowego, ojca, matkę, teścia, przyjaciół i w pracy kolegów, a poświęcenie dla dobra Ojczyzny powinno mięć jakieś racjonalne granice. Granice anonimowości. W końcu w XIX wieku też pisali pod pseudonimem, a czasy mam teraz nie mniej parszywe, a może nawet i bardziej, więc odwaga wolnego słowa jest w cenie. Odwaga to jednak nie takie szaleństwo by facet, co chce zmienić nam kraj, występował pod własnym nazwiskiem.




Komentarze
Pokaż komentarze (9)