Na dobrą sprawę Manchester Fergusona wygrał dwa finały Ligi Mistrzów całkowicie przypadkiem. Raz pewien Norweg dostawił nogę w 95 minucie, a raz Terry się poślizgnął. Na dobrą sprawę Ferguson miał kupę szczęścia, i na dobrą sprawę jego drużyna gra w finałach przeciętnie. Więc jeśli do trzech razy sztuka, to albo Ferguson wreszcie będzie miał pecha albo w końcu wyjdzie mu finał życia. Czyli- jak zawsze- na dwoje babka wróżyła.
Nigdy nie rozumiałem fascynacji Manchesterem, zwłaszcza obecnym, Owszem pamiętam Beckhama, Giggsa w formie i strasznych bliźniaków, jak przez mgłę pamiętam też Cantonę udawającego intelektualistę. Ale dzisiejszy Manchester to drużyna jednego zawodnika. Reszta niezła, ale legła w ogromnym cieniu, bez niego są niemal bezbronni. Dla mnie dzisiejszy mecz to nie finał marzeń. Finał marzeń byłby z Liverpoolem. Dla mnie to okazja, by wreszcie przeciąć ten wrzód ochów i achów nad gigantami Fergusona. W tamtym sezonie, gdy Barca była w dołku, gdy nic nie wychodziła, Manchester wygrał jednym cudownym strzałem. Podobnie prześlizgnął się przez Porto. Arsenal to była formalnośc, zagrali jak dzieci. Barcelona, to bodajże pierwsza od pamiętnych 0:4 z The Reds, przeszkoda naprawdę poważna.
Patent na Barcę jest prosty, stałe fragmenty gry, gra głową, strzały z daleka i ciągły pressing. Być może murowanie bramki i skuteczna kontra. Patent na chłopców Fergusona jeszcze prostszy. Grac swoje, nie bawić się pod bramką, tylko strzelić coś szybko, raz, dwa, i dalej strzelać. Może na trzy, a potem może i cztery. Bo nawet trzybramkowa przewaga nie daje Barcie zwycięstwa. Manchester to tacy Niemcy, tylko że lepsi.
Gdyby to był mecz w grupie, gdyby Barca była w optymalnym składzie, to mecz bym oglądał w spokoju. No ale to finał, zobaczymy, oby się siebie nie przestraszyli, oby zagrali tak jak najlepiej umieli, oby Eto przypomniał sobie po co jest na boisku. I oby Mesii wkroczył na ścieżkę chwały Maradony.




Komentarze
Pokaż komentarze (25)