Dobra literatura to literatura, która jest po prostu dobra - tą tautologią, która nie wyjaśnia nic, próbować można wyjaśnić wszystko, bo o tym, czy coś jest dobre w ostatecznym (niekoniecznie marksistowskim) rozrachunku, w gruncie rzeczy decyduje jedno - gust czytelnika. I nic więcej. Naturalnie istnieją pewne kanony, lepsze, gorsze, mniej lub bardziej oficjalne, ale umieszczenie w kanonie to pierwszy krok by danego dziełka nie czytać w ogóle, to raz. Dwa, kanony owe, a zwłaszcza ich wewnętrzna hierarchia, nie mniej niż grafomania, bywają przedmiotem krytyki, zaś krytyka sprowadzająca się do podważenia wielkości danych literackich pomników najprostszą drogą jest do rozgłosu, bywa że nawet i politycznego. Stąd spór między zwolennikami zdań krótkich i długich, który zarysował się pod poprzednim mym postem, i który się tli (komplementy i uwagi od Eliego Barbura) na mym blogu od pewnego czasu, jest w swej istocie dziwaczny, tak jak dziwaczne bywają dyskusję o gustach. I na obronę długaśnych, kręcących fikołki zdań, w których się lubuje smakować, nie trzeba aż przywoływać Prousta, choć może by należało przypomnieć ówczesnych wydawców, którzy nie będą czytali jak się ktoś przez pierwsze trzydzieści stron kręci w łóżku. Jasne, że casus Prousta daje asumpt najgorszej grafomanii, łudzi daremną nadzieją, że może w moim przypadku też się mylą, ale mrugając oko rzec można, że każdy pisarz przecież ma coś z grafomana, tylko niektórym za to jeszcze płacą. Na obronę stylistycznych ślimaków wystarczy tedy podać, że długie rozwlekłe zdania, nie tylko pozwalają przez tekst płynąć, ale również sprzyjają ironii, całej masie dygresji i, co najważniejsze, dają pole do licznych aluzji, choć te (jak ma ostania z prezydentem i Herbertem) nie zawsze bywają wychwycone. Ale, cóż aluzja zakłada pewien poziom wiedzy odbiorcy.
Bardziej ciekawy jest odwieczny spór między treścią, a formą, spór nieco zideologizowany, w dużym, uproszczeniu spór prawica – lewica, rzadko dzieło równie interesujące jest w formie jaki i swej treści, zwłaszcza że pierwsza wątpliwości nasuwa się przy próbie definicji treści. Są tacy jak Bocheński, którzy mówili, że nie interesuje ich nic, co było po Aleksandrze Wielkim, są tacy który uważają, że wszystko powiedzieli już starożytni, wszystko co teraz piszę, oscyluje między banałem a pretensją - pisał Turgieniew, bo cóż nowego o sensie świata mogą nam powiedzieć po kilku tysiącach lat? Zadziwiające, że fetysz treści dotyka najczęściej naszych domorosłych katastrofistów, a przecież ci sławiąc przeszłość, winni rozumieć, że ich ukochane dzieje minione powiedziały już wszystko. Sama treść bywa rozumiana opacznie, Irzykowski w Beniaminku wyszydzał Boya, a przecież rację miał Gombro pisząc o ogromnym wpływie Boya i Słonimskiego, choć ci nie mieli wcale swoich kapłanów. I właśnie Skamander, być może największa polska plejada - jak pisał Wat, jest przykładem tworzenia tylko dla formy, bo nie trzeba czepiać się czyjegoś wyglądu, by wywnioskować, że ktoś mógłby pisać jak Mickiewicz tylko nie ma o czym – zwłaszcza, jak ów ktoś, sam nieco wstawiony, powiedział to u Morstina. Wystarczy czytać, nie psychologizować (czy rację ma Stern, że ONR i stalinizm Gałczyńskiego to antyojcowski kompleks?) może niekoniecznie Sandauera, w końcu, gdy idzie o treść to ciągnął ten wóz z awangardą (Przyboś i jego wieśniacy- jak pisał Herbert) a treści za dużo tam nie ma. Wystarczy pochylić się nad polską literaturą, nad Młodą Polską, czy nawet romantyzmem, by widzieć, cóż dla literatury znaczy forma, i ilu poza Norwidem, mamy poetów metafizycznych.
Bawmy się przeto, bo nie pozostaje nam nic innego, przemyślenia blogowe (nie wpisy o faktach) w istocie swej są po prostu miałkie, nic nieznaczące, w najlepszym razie dotykają czegoś, co mówiono już setki razy, w najgorszym łudzą blogera, że ten ma coś do powiedzenia i oto staje i mówi. Mów więc clownie, pismem zabawiaj i w duchu sobie pomyśl, czy naprawdę myślisz, że to co mówisz aż tak ważne jest i oryginalne?




Komentarze
Pokaż komentarze (12)