Smootnyclown, jak każdy libertarianin, lubi ganiać króliczka. Tym razem gonitwa polega na udowadnianiu czy Hitler był lewakiem i tylko lewakiem, i czy dyskurs w historii skręca na lewo czy prawo. Z Hitlerem jest sprawa jasna. Wszystko co przemawia za tym, że lewakiem nie był (rządy szanujące tradycję, naród, wielki kapitał, wierzenia religijne, czy walka z komunistami, a współpraca z innymi prawicowymi partiami) jest dowodem konformizmu Hitlera. Wszystko co lewicowe (podatki, interwencjonizm, reglamentacja) jest dowodem, że akurat w tych sprawach Hitler był jak najbardziej uczciwy i niczego nie robił na pokaz. Tyle co do metody, wedle której, patrząc na wolty Stalina, spokojnie można udowodnić, że ten był konserwatystą. A komunistą był tylko na pokaz. Ale smootnyclown gania nie tylko króliczka w III Rzeszy, ale także i w starożytnej Grecji, pisząc czy dyskurs tam był prawicowy czy lewicowy. Ze starożytną Grecją trzeba jednak być nieco ostrożnym, bo patrząc na proces, czy szerzej nagonkę na Sokratesa („Chmury” Arystofanesa), argumenty o rozpasaniu młodzieży, podważania autorytetu i władzy rodziców, wywrotowa działalność podważająca ówczesną rację stanu, każe go brać za jakiegoś lewaka, powiedzmy ówczesnego Cohn Bendita. Być może więc smootny ganiać greckiego króliczka nie powinien, bo a nuż wyjdzie, że patrząc u źródła, to właśnie lewaki byli za wolnością słowa. Ale przyjrzyjmy się smootnemu i libertarianom nieco dokładniej. Libertarianie śmieją się z lewicy, że ta chwaląc Państwo za walkę z monopolem, goni nie tego króliczka, bo największym monopolem jest nie kto inny, a właśnie Państwo. I to monopolem przymusowym, bo najgorszą cechą Państwa ma być to to, że oparte jest ono na przymusie. Skoro więc największym grzechem Państwa jest przymus, to wydaje się, że libertarianie goniąc króliczka nie Państwo winni gonić, lecz właśnie przymus. Wszak to on winny całego zła. No, a jak przymus, to jednocześnie władza – czyli zdolność stosowania przymusu. Bo gdy władza nie mogąca stosować przymusu, narzuca jakieś postępowanie, to ci, co realizują owej władzy zalecenia, robią to z wolnej woli, a nie przymusu. Tedy nie władza, a własna chęć realizujących polecenia jest danego postępowania siłą sprawczą. Winni więc libertarianie ganiać przymus i władzę, nie Państwo, tak jak czosnek, a nie całą salaterkę z warzywami, wini się za ten zły, czosnkowy smak sałatki. I teraz wyobraźmy sobie, że na danej szerokości geograficznej Państwo znika i kilkunastu libertarian może wreszcie żyć bez państwowego przymusu. Wszyscy oni są wolni, a więc posiadają wolną wolę. No, ale konsekwencją wolnej woli jest to, że nie z a w s z e musi być ona u wszystkich zgodna (inaczej nie byłaby wolna). Przykładowo więc jeden z libertarian mówi, że nie odda ukradzionych kartofli. Pytanie co powinna zrobić reszta. No więc reszta może powiedzieć – nie ma sprawy, nie ma przymusu, chcesz to nie oddawaj, co równałoby się legalizacji przymusowego ograbienia właściciela kartofli (tj. ograbieniu wbrew jego woli). Może też reszta libertarian wbrew woli tego co kartofle ukradł, zastosować przymus i mu te kartofle odebrać. Gdy libertarian byłoby coraz więcej i więcej, mogłoby się okazać, że nie ma sensu aby cała ich wataha biegała odbierać kartofle, bo można do tego upoważnić paru najsilniejszych i przykładowo nazwać ich policjantami. Potem upoważnić kogoś by rozstrzygał czy rzeczywiście ukradziono i czy rzeczywiście kartofle, a potem kogoś kto będzie oskarżał tego co miał kartofle ukraść, a potem tego co będzie bronił, a potem tego co będzie znał się na kartoflach i je odróżniał od fasoli. Z pozoru mielibyśmy więc coś, co u Nietzschego nazywa się bodajże koncepcją Wielkiego Powrotu. W tym przypadku powrotu Państwa. Ale tylko z pozoru. Tajemnicą niezgłębioną przez antypaństwowych libertarian jest bowiem to, że w przypadku gdy istnieją minimum dwie wolne jednostki, to może między nimi dojść do sporu, i w efekcie również do przymusowego realizowania woli jednego z nich kosztem drugiego. Różnica między przymusem Państwa a przymusem, tj. władzą jednego libertariana nad drugim jest jedynie różnicą skali. Gdyby libertarianie by się zaczęli masowo rozmnażać, to nieuchronne przymusowe działanie (czyli, dajmy na to władzę odbierania ukradzionych kartofli), musieliby sobie zorganizować. Albo pozostawić samosądy czyli władzę silniejszych nad słabszymi. Tym samym nie ma ucieczki przed władzą, która może albo opierając się na samosądzie respektującym jedynie siłę, a nie poszanowanie własności i cudzego dorobku (patrz mafia, silny złodziej) albo może być to władza zorganizowana. A zorganizowana władza to właśnie jest Państwo. Zarówno teoretycznie jak i praktycznie nie ma więc ucieczki przed władzą, a w trosce poszanowania wolności i własności osobistej osób, które nie potrafią się bronić, nie ma również ucieczki przed Państwem. Czyli niczym innym, jak władzą zorganizowaną.
Komentarze
Pokaż komentarze (31)