Dopóki przeciwnicy zakazu zapinania pasów, nie opowiedzą się za eutanazją czy legalizacją narkotyków, dopóty dyskusja z nimi mija się z celem. Trudno bowiem dyskutować z kimś, kto, owszem, wyznaje zasadę „chcącemu nie dzieje się krzywda”, ale tylko w przypadku zapinania pasów. Gdy zaś idzie o eutanazję czy ścieżkę białego proszku, to zasada ta dziwnie wyparowuje, i dwie chcące osoby, nie mogą wedle swej wolnej woli umówić się na ulgę w cierpieniu poprzez podanie zastrzyku lub zapalenie skręta dla przyjemności. Trudno więc dyskutować z hipokrytą. No chyba, że ktoś opiera swój pogląd na doktrynie Kościoła, ale wówczas i zapinanie pasów winno być uzasadnione stanowiskiem kościelnym, a nie gardłowaniem Volenti non fit iniuria.
Zostawiając jednak na boku ciągi logiczne (czy raczej ich braki) u naszych dyskutantów, warto na dyskusję o narkotykach spojrzeć, z szerszej, prawicowo-lewicowej argumentacji. Ale najpierw trzeba by wyraźnie zaznaczyć, że o narkotykach, tak, jak dajmy na to, o seksie, winni wypowiadać się raczej ci, którzy mieli z nimi jakąkolwiek styczność.
W przeciwnym razie wyjdzie mniej więcej tak jak w ostatnim artykule kolegi Bazaka i Matyszkowicza. A więc kolejna mowa trawa, gdzie dwaj oderwani od rzeczywistości fachowcy stawiają intelektualne rusztowanie oparte wciąż na tej samej sztampie (lewicowa inżyniera społeczna, rewolucja 68, wprowadzanie czegoś tam pod płaszczykiem), przez co ich artykuł równie dobrze może nadawać się do dyskusji o narkotykach, jak i o ekologicznych krowach. Jedyne zaś konkrety to akurat albo wtórne i przez wielu uważane za skompromitowane argumenty prohibicyjne albo opowieści w stylu, że od głodu narkotycznego jeszcze nikt nie umarł. Tymczasem fala zabójstw i samobójstw często ma za przyczynę właśnie ów głód narkotyczny, o czym by Panowie wiedzieli, gdyby zamiast sztampy poszperali choć trochę w temacie.
Tyle o Bazaku i Matyszkowiczu, pora na przejść do sedna. Otóż pozornie wydawałoby się, że skoro lewica (celowo upraszczam) odwołuje się do legalizacji narkotyków głosząc to prywatna sprawa każdego konsumenta, a prawica w swej większości (tak, też upraszczam) jest przeciw, to nastąpiło odwrócenie dotychczasowych ról. Wszak to właśnie prawica apelować ma do indywidualizmu, gloryfikacji własnych i tylko własnych potrzeb, zdrowego egoizmu, zaś oparta na empatii lewica głosi, że wie lepiej jak wychowa ci dziecko, wyda twoje pieniądze i zapewnie ci bezpieczeństwo. Tymczasem w przypadku legalizacji narkotyków prawica mówić ma głosem Artura Bazaka, czyli my wiemy lepiej niż Ty co jest dla Ciebie złe. Czy w takim razie zarówno prawica, jak i lewica zdradzają swoje ideały? Otóż owa zdrada jest tylko pozorna, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż zasada chcącemu nie dzieje się krzywda nie jest wyznacznikiem podziału lewica-prawica, ale jest wyznacznikiem liberalizmu. Liberalizm zaś, sprowadza się nie tylko do wolności gospodarczej, ale historycznie, i nie tylko, rzecz biorąc również do wolności politycznej (prawa kobiet)
i obyczajowej (rozwody, alimenty, seks jako sprawa intymna). Stąd patrząc na triadę owych wolności nie trudno zauważyć, że może być tak, że lewicy popierającej palenie marihuany przez parę adoptowanych przez gejów szesnastolatków jest bliżej do liberalizmu, niż prawicy, która nie chce zapinać pasów, ale wie lepiej ode mnie co jest dla mnie dobre. I że lewicowy liberał to nie jest oksymoron, jeżeli tylko liberał prawicowy wyjdzie, za swoje gospodarczo liberalne opłotki.




Komentarze
Pokaż komentarze (28)