Nie lubię krytykować mojego Państwa. Może dlatego, że wciąż uważam, iż jesteśmy w najlepszym momencie naszej historii. Choć większość robi wszystko by ów moment obrzydzić. A może, że, niczym Hercen, jestem zdania, iż uzdrawiania należy zacząć od siebie. Bo cóż ja takiego osiągnąłem? Może dlatego, że wolę krytykować ludzi, że nie sztuką jest kalać gniazdo cudze, a własne, choć akurat Polska podzieliła się wedle stadnych konformizmów. Na prawej modna jest narodnicka krytyka zgniłej Europy, na lewej i w centrum, cała masa epigonów Gombrowicz biczuje się i samooskarża. Czy wreszcie, może po prostu chodzi o ludzi, z którymi przychodzić mi ma ta cała krytyka. Może estetyka jest najważniejsza? Nie wiem, fakt, że mnie to męczy. I choć równie, a może bardziej, nie lubię zarozumiale wznosić się ponad wydarzenie, i z historiozoficznym zacięciem ujmować świat w symbole, struktury, nurty, kondycje czy stany zapalne, to na chwilę zrobię wyjątek. Bo patrząc na ową bitwę o KDT trudno nie uchwycić czegoś, co narzuca się samo.
Po pierwsze prawo. Szacunek do prawa, poczucie praworządności i te kilka prostych zasad. Że skoro dostałeś wymówienie to powinieneś się wynieść. I to bez względu na to czy druga strona się wywiązała z umowy. Bo wymówienie nie było warunkowe, a ty masz po prostu opuścić cudzy terenu. A jeżeli miasto się nie wywiązuje z umowy innej to od tego są sądy. Możesz pikietować, zbierać podpisy, założyć partię, a nawet robić strajki, choć wiesz, że to raczej nic nie da. Ale nie mieści się w tym walka z policją i zajmowanie cudzego czyjegoś terenu. Chyba, że to nieposłuszeństwo obywatelskie, ale wówczas liczyć się musisz z konsekwencjami. Bo z komornikiem już dyskusji nie ma, to już nie ten czas. Tylko kto szanuje dziś prawo? Jakoś to będzie, tyle razy się udawało, uda się i teraz. Z kilofami na stolice, jak górnicy, lekcja z pielęgniarkami pokazała, że trzeba robić dym. I trudno się dziwić. Skoro owe prawo czyni jednostkę wobec Państwa niemal bezradną, trzeba się łapać każdej okazji. A nuż się uda. Czasy są takie, że normy prawne są już tylko i wyłącznie znienawidzonym i zbędnym gorsetem, Polak intuicyjnie to czuje i bez żenady pruje szwy w swoją stronę. Tyle, że władza siłę przebicia ma nieporównywalnie większą, a obywatel, choć wierzga, kopania z koniem nie wygra.
Po drugie opór. Przed wojną, za czasów tych eleganckich pań i panów, usuwanie protestów trwałoby krócej. Nie byłoby, raz, dwa, padłyby strzały, może by ktoś byłby zabity. Potem ubolewania, histeria u jednych, fałszywa zaduma u drugich i byłoby po kłopocie. Dziś władza, owszem, miażdży, ale robi to zawstydzona, jakby zdjęcie białych rękawiczek ją obrzydzało. Przemoc fizyczna wycofuje się z rzeczywistości, oddaje pola innym, rzecz jasna, nie mniej skutecznym. Ale czystszym, po co brudzić ręce, nikt nie chce oglądać gorszących scen. W ostateczności, jak już naprawdę trzeba, kilka razy ktoś dostanie pałką. Nie wiadomo co gorsze, policja, która pałuje tłumy, czy taka, która nie potrafi stłumić zamieszek.
Po trzecie wrażliwość. Władza wrażliwa wrażliwością poddanych, którzy strzał w pysk przeraża, a sam dotyk jest już czymś skandalicznym, więc tym bardziej demonstracjom się dać trzeba wykrzyczeć. A potem spokojnie, po cichu, z dala od kamer, sprawę zakończyć. Dokładnie tak, z dala od kamer, bo na razie sprawy pilnują media. Medialne uwrażliwienie i szok, że gdzieś jeszcze w XXI wieku ktoś używa przemocy i się bije z policją. Nie szanujący prawa, kombinujący na wszystkie strony rodacy, jednocześnie tak bardzo przestraszeni gdy ktoś zaczyna prawo respektować. Z całą, daną mu surowością. Polacy lubią się ślizgać po własnych urojeniach. A pała w plecy to już nie miraż, to konkret.
Po czwarte media. Spraw nie załatwia się w świetle jupiterów, bo jupitery perspektywę wyolbrzymiają. Cała Polska miała być w żałobie po śmierci Kołakowskiego. Trochę ludzi w tym czasie widziałem, nie było wśród nich żałobników. Na Boga, historię, przyjaźń nikt już nie czyha. Teraz się czyha się na newsa, a każdy news jest wyjątkowy bo przecież ciągle, ciągle nic się nie dzieje. I news, na kilka sekund, urasta do roli rewolucji. Choć kto dziś serio myśli o rewolucji?
Po piąte marazm. Marazm Polaków, którzy choć boją się zwykłej szarpaniny, cudze szarpaniny uwielbiają oglądać. Wreszcie coś się stało, wreszcie coś może się ruszy. Obyś żył w ciekawych czasach – może to i przekleństwo, ale obyś te czasy mógł z pilotem w ręku poobserwować. Bo sam nie potrafisz zabić marazmu i nudy. Czyż nie na tym polega rozrywka ery realisty show?
Po szóste zapomnienie. Dwa, trzy, pięć dni, o sprawie wszyscy zapomną. Pogrzeje się temat i rozkopany porzuci. Ktoś zgłosi jakąś ustawę, ktoś się złapię za głowę, ktoś się głośno popuka w czoło. Zostaną tylko kupcy. I polityczni kibole.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)