Umarł Kołakowski (wykrusza się stalinowska gwardia) napisał bloger Tad9, co jednak nie do końca jest prawdą. Wszak żyje jeszcze prof. Trznadel, a z późniejszych komunistów, prof. Wolniewicz czy Jerzy Robert Nowak, więc z tym wykruszaniem się może tak bardzo nie spieszmy. A swoją drogą, ciekawe, że największym zarzutem w stosunku do „stalinisty” Kołakowskiego jest nie to, jakie ten miał poglądy, ale czego nauczał i na jakie chodził pogrzeby. Z pogrzebami sprawa jest jasna - bynajmniej nie jest to sprawa prywatna, zwłaszcza gdy sam pogrzeb jest ściśle prywatny, a żałobnik mógł, dajmy na to, wierzyć w win odpuszczenie po prywatnych i osobistych zwierzeniach. Ciekawsza jest sprawa z nauczaniem. Winę Kołakowskiego wyolbrzymiać musi fakt, że uczył skutecznie. Gdyby uczył fatalnie, albo gdyby, o zgrozo, w ogóle zniechęcał do nauki marksizmu, trzeba by go, za ten przypadkowy walenrodyzm, nagrodzić słowem pochwały. A to nie może się zdarzyć. Tyle, że skoro Kołakowski uczył skutecznie, to znaczy, że swego czasu skutecznie infekował swych uczniów, co w konsekwencji, musi tychże uczniów (tj. późniejszych komunistów) winę umniejszać. Słowem to już nie tylko pycha, strach i korzyści - jak chciał Zbigniew Herbert - ale również kąsanie. Kąsanie prof. Kołakowskiego. A kto nie wierzy w kąsanie nie może wierzyć w wychowanie, czyli np. w misję TVP. Rzecz jasna, dar skutecznego nauczania nie opuścił profesora po, niechby i iluzorycznej, zmianie frontu. Kołakowski nadal skutecznie nauczał, i to niemal do śmierci. A skoro nauczał, to musiał pisać językiem prostym, i tyleż efektowne, co nieskomplikowane przedstawiać prawdy. Inaczej skończyłby jak prof. Ingarden w anegdocie prof. Woleńskiego, kiedy to miano w Krakowie wytykać palcami jedną, jedyną Krakowiankę, którą zdołała przebrnąć przez „Spór o istnienie świata”. Robił więc Kołakowski nie tylko to co Berlin, Aron, czy Arendt, ale również to co zalecał Schopenhauer tudzież Nietzsche. Wyszedł z filozofią z uniwersytetów do ludzi. I ludzkim próbował o niej pisać językiem. Tyle co do ostatniej z win Kołakowskiego.
Ale w czym jeszcze mylił się Zbigniew Herbert? Otóż nie chodzi tylko o nic nie znaczące liściki o ukochanym Aliku Smolarze, Adasiu Michniku, czy czułe, przedśmiertne telefony do pryszczatego Woroszylskiego. Tak jak nie chodzi o to, że, mimo świadomości prowokacji kielecki, śmiał Herbert powiedzieć, że był to najohydniejszy mord Żydów, jaki zdarzył się na tych ziemiach. Czy też wreszcie nie liczy się to, że na zarzut Trznadla, iż przy niemieckich wypędzeniach nie jesteśmy bez winy, opowiedział: Oczywiście. Raz obrugałem jakiegoś żołnierza ludowego wojska, który pokopywał Niemkę, przerażoną, na pewno gwałconą, a on mi na to, że jego rodzina zginęła w obozie. Więc był to akt zemsty, a nie sprawiedliwości, tak zwanej dziejowej.Słowem nie chodzi o Herberta o bikontowo-barburowo-steinbachowych inklinacjach, ale o coś innego. O to, że Herbert powiedział w „Hańbie domowej”, iż To wszystko ma związek z potworną niedojrzałością, która jest niestety cechą tego narodu, i liczeniem na krótką pamięć, do czego wrócimy. W końcu wszystko się wybacza,, a kto zmieni front, ten jest już święty, i tak dalej.Niestety nie miał racji nasz czwarty wieszcz, gdyż wybacza się tylko tym, co front zmienili na słuszny. Stąd jedni wybaczają Trznadlowi, że śmierć Stalina przyjął jako coś złego, a drudzy Skamandrytom antysemickie wstawki.




Komentarze
Pokaż komentarze (86)