Pisanie o jakiejkolwiek instrumentalizacji ma ten feler, że oponentowi łatwo wchodzić na kolejne metapoziomy i grzmieć z wysokości o instrumentalizacji tego, który ową instrumentalizację wytyka. Ale skoro innej drogi nie ma warto odnotować tę jedynie wadę, odłożyć na półkę, i zaśpiewać za Kazikiem: widzę to, co widzę i w ogóle się nie wstydzę, niech wstydzi ten, co robi, nie ten co widzi… A potem podążyć swoją drogą, z próbą wskazywania kolejnych gierek pamięcią.
Znamienny przykładem jest ponoć chlubna akcja obchodzenia jubileuszu Anny Walentynowicz, mimo, jak się okazało, sama jubilatka nic o tym nie wiedziała. I nie chodzi już tylko o fakt, że każdy winien sam decydować o tym czy jubileuszu chce, zwłaszcza, gdy na ten cel publicznie zbierane są pieniądze, czy wreszcie o fakt, że o pieniądze prosi się rząd, z którym, delikatnie mówiąc, Walentynowicz jest nie po drodze. Chodzi o elementarny szacunek dla osoby, której nie bierze się za matołkowatego staruszka/staruszki, tylko respektuje jego wolę. Nie wyobrażam sobie sytuacji organizacji czegoś, komuś bez zapytania o zgodę. Nie mam pretensji (bo niby na jakiej podstawie) do organizatorek akcji, mam jedynie wrażenie, że bohaterowie potrzebni są tylko by sobie zrobić dobrze, nawet w imię świętej i jedynej racji (altruizm to, za Hegezjaszem zakłamany egoizm). Wyrywanie Walentynowicz z politycznego niebytu, choć pewnie słuszne, służyć ma nie tylko Walentynowicz, ale służyć ma innym - by wychować, pokazać, nauczać. Anna Walentynowicz jest symbolem, a te nie mogą przecież leżeć odłogiem, nie zaorane przez strażników pamięci. Jest symbol- trzeba go wykorzystać, a im symbol bardziej szlachetny tym lepsze można wygrywać melodię, bez względu na to co ów symbol, nie daj Boże, zacznie rozpowiadać. Dlatego gdy czasami myślę, co zrobi Gazeta Wyborcza, gdy już odejdą jej ostatnie autorytety, to odpowiadam, że autorytety są najlepsze po śmierci. Bo za życia, mogą się nawrócić na reakcyjny katolicyzm, wydziwiać, nie rozmieć prawdy etapu albo przegnać, jak to uczyniła Walentynowicz.
Autorytety, symbole, tak to jest potrzebne, ale byleby symbole siedziały cicho, a jak nie siedzą, to jedna Pani z druga Panią werbalnie strzelą w pysk, by znały swoje miejsce. Dlatego zwolennicy lustracji są przeciwko pewnemu zapisowi z niemieckiej ( ponoć wzorcowej) ustawy Gaucka, bo tam to ofiara decyduje, czy chce upubliczniać dane o swym prześladowaniu. A przecież ofiary – tak wysławiani bohaterowie, mogą tego nie chcieć. Mogą być przeciwko lustracji i czytać Gazetę Wyborczą. Co wtedy udać, że nic się nie stało? Czy może poprzetrącać życiorysy niedwuznacznymi uwagami. Tak jak się to dzieje choćby w przypadku Baertoszewskiego, który kapitał zasług ma na tyle duży, że co drugi dzień mógłby mówić o dyplomatołkach i nadal należałby mu się szacunek. Bo jeśli nie, jeśli ów kapitał by mu błyskawicznie stopniał, to cóż był on wart? Cóż warta był jego udział w Powstaniu, działalność u boku Moczarskiego, skoro byle polityczna utarczka obraca cały ten dorobek w niwecz. Pamiętam jak Czuma powiedział parę ostrych słów w debacie na temat Komisji, a już cały jego dorobek miał lądować na śmietniku. Zaiste, bardzo łatwo w Polsce, stracić dzisiaj szacunek, choć ponoć bohaterów się szanuje szczególnie.
Instrumentalizacja dotyczy, rzecz jasna, nie tylko osób, ale i całych wydarzeń. Ot, Powstanie Warszawskie, kto przeciw ten tchórz, zdrajca i powtarza argumenty PRL. Cóż, dziedzictwo PRL wygrywa pośmiertnie, bo dziś nie da się skrytykować zabagnionej II RP, by się nie narazić na gadanie Trybuną Ludu. A II RP krytykował za jej istnienia każdy. Oczywiście można być przeciw Powstaniu tak jak Łubieński, a można jak bloger xiazeluka – podawać parę jednostkowych przypadków by sugerować AKowców dekownictwo i wyśmiać ich bohaterstwo. To już nawet nie Gross (którego cenię, za liczne fakty), to już po prostu grossik. Ktoś powie, że prezydent dokonuje instrumentalizacji – pewnie, że dokonuje. Ale jeśli już, jeśli już politycy muszą grać na emocjach – to niech grają tak jak zagrał Kaczyński, obwieszczą, coś uchwalą, nic to nie zmieni, ale czy coś zaszkodzi? Nie wiem, co powiedzieć o Powstaniu, ciągle się waham i mam za mało wiedzy. Skłaniam się raczej ku wnioskom, że rzucanie się z gołymi rękami na wroga, było dowodem szaleństwa nie tylko w stosunku do dowódców, ale przede wszystkim ludności cywilnej. Choć kto mógł przewidzieć, aż taką hekatombę zemsty tego „kulturalnego” narodu niemieckiego? Próba rymkiewiczowskiego udowadniania, że ma to być już nie tylko jakiś fundament, początek, ale że to było potrzebne, jak owa krew, którą podlewasz drzewo wolności – jest dla mnie obrzydliwa. Bo spycha śmierć tych ludzi do jakiegoś ideologicznego nawozu, patriotycznej konewki, która polana na żarzący się jeszcze popiół ma dać nowe, zdrowsze i w dalekiej przyszłości, być może kolejne, stracone pokolenie. A na cholerę mi kraj, jak mi wymordują całą rodzinę?




Komentarze
Pokaż komentarze (30)