Pewien słynny profesor, którego badania czynią wielce kompetentnymi w tych sprawach, w mojej obecności wystąpił z następującą uwagą: „Gdy raz poczniecie zmieniać porządek natury, niepodobna powiedzieć, jakim będzie ostateczny tego rezultat”. Jeśli ta uwaga jest prawdziwą w zastosowaniu do przyrody martwej, o jakiej wtedy mówił, to jest ona tym więcej prawdziwą w stosunku do przyrodzonego porządku organizacji społecznych utworzonych przez istoty ludzkie zjednoczone w społeczeństwo.
Tak pisał protoplasta neoliberałów, niejaki Herbert Spencer w zgrabnym dziełku Jednostka wobec społeczeństwa (The Man versus the State). Oczywiście Spencer, jak to na libertyna przystało, parę klasycznych musi popełnić przemilczeń. Po pierwsze dziwny robi „stop” i domniemaniem, że co rządowe musi być szkodliwe, nie obejmuje armii, ani nawet policji. A przecież argumentacja o marnotrawstwie, urzędniczej głupocie jako żywo daje się zastosować również do wojska. Zwłaszcza, że wedle Spencera, im bardziej państwo zaborcze na zewnątrz, tym bardziej być może zaborcze do wewnątrz. Po drugie zaś nie potrafi przyznać, że nie istnieje ucieczka od instytucji państwa, choć przecież, jak słusznie twierdzi, żadna forma współdziałalności, mała czy wielka, nie może być ustanowiona bez przepisów, a tym samym bez poddania się działaczom porządkującym. Być może nie chce poddać się owemu państwowemu fatalizmowi, gdyż uważa, że w małych społeczeństwach pierwotnych, w których zupełny pokój panował przez długie wieki, nie istnieje nic podobnego do tego, co nazywamy rządem. Nie ma tam żadnej organizacji przymusowej lecz tylko władza honorowa, jeżeli zgoła jaka władza istnieje. Co się dzieje, gdy ktoś się nie chce podzielić z władzą honorową, tudzież ową władzę honorową, ma tam gdzie ciszę i spokój mieli ostatnio, niektórzy Powstańcy, Spencer nie wyjaśnia. Bo przecież jest oczywiste, że w małych społeczeństwach pierwotnych spokój panował przez długie wieki.
Ale wróćmy do cytatu. Okazuje się, że z tak banalną, konserwatywną uwagą, trudno pogodzić się liberalnym konserwatystom, zaś socjaliści, ku ogólnemu zdziwieniu, nie potrafią jej w pełni odrzucić. Czymże bowiem jest sprzeciw wobec lewicowych-ekologicznych postulatów nienaruszania natury, jak nie sprzeciwem wobec Spencerowskiego niezmieniania jej porządku?Tymczasem konserwatyści z uporem lepszej sprawy, utrzymują, że przyrodę można zmieniać dowoli, gdyż ta się może zregenerować. Tedy zdanie: Gdy raz poczniecie zmieniać porządek natury, niepodobna powiedzieć, jakim będzie ostateczny tego rezultat– musi być przeto dla nich fałszywe, inaczej proponowali by swoją działalność ekologiczną i powstrzymywali ludzką ekspansję. Z drugiej jednak strony, w pełni zgadzają się z wnioskiem kolejnym tj. wynikającym z niezmienności natury postulatem niezmienności stosunków społecznych. Burzenie stosunków społecznych doprowadzić może do katastrofy, ale do katastrofy doprowadzić nie może burzenie stosunków natury – ot, credo naszych konserwatywnych liberałów. Co ciekawe w tym kontekście nie postrzegają, iż człowiek jest również tejże natury częścią, więc on również winien umieć się regenerować (przynajmniej w sensie gatunkowym). Oczywiście mechanizm ten działa tez i w drugą stronę. Lewica, bezpardonowo dążąca do zmiany stosunków społecznych, jednocześnie zakazuje tych zmian w naturze, zupełnie pomijając „naturalistyczny” aspekt zmian w ludzkim społeczeństwie.
Chcąc być złośliwym, można by rzec, że paradoksalnie tak jak socjalista jest ostrożny w stosunku do natury, tak bezczelny jest w stosunku do człowieka, o którego ma przecież dbać. Zaś tak jak konserwatywny liberał, bezczelny jest w stosunku do regenerującej się natury, tak ostrożnie podchodzi do człowieka, który, jako szczytowe tejże natury osiągnięcie, też chyba, jako gatunek, winien umieć się regenerować.
Żródło:
"Jednostka wobec społeczeństwa"Herbert Spencer, wyd. Liber, Warszawa 2002.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)