Futbolowa miłość dopada znienacka. Pielęgnowana od pokoleń, ostatnia spontaniczna tradycja blokowisk, powoli wypierana przez zdradliwy świat wirtualnych przyjemności.
Być może jestem przedstawicielem ostatniego pokolenia, gdzie osiedlowa hierarchia oparta była o umiejętności prawie piłkarskie, gdzie społeczne role przypisane były według zasług, gdzie tylko dziwak albo najsłabszy stawał na bramce, a w splendorze lokalnej gwiazdy pławił się zawsze i wyłącznie napastnik. Ten świat przemija, a szkoda bo była to świetna, być może najlepsza szkoła charakteru.
Każdy zdeklarowany kibic pamięta jak nadszedł taki moment, gdy ogólna fascynacja piłkarska zmieniła się w uwielbienie dla jednej, wybranej drużyny. Kiedy dreszcz emocji przebiegł po grzbiecie po raz pierwszy, kiedy z kibica zmienił się w fana. Niektórzy zmienili się w fanatyków, bo niekontrolowane uczucie potrafi zawładnąć i duszą, i rozumem.
Mój pierwszy dreszcz to półfinał Ligi Mistrzów w 1994 r., gdy duma Katalonii, słynna Barcelona pokonuje 3:0 F.C.Porto. Po boisku biegnie zdobywca drugiej swojej bramki, nagle zwalnia, powoli, dostojnie kroczy po murawie, podnosi w górę rękę, pozdrawia tłumy. Na ręku błyszczy się złota bransoletka. Tak pewnie kiedyś zachowywali się gladiatorzy. Andrzej Zydorowicz (fatalny polski komentator) przedstawia...oto słynny Hristo Stoichkov gwiazdor F.C.Barcelony, a ja kilkunastoletni dzieciak jeszcze wtedy pewnie nie wiem, że tak narodziła się moja fascynacja Barcą..., fascynacja, która nieprzerwanie trwa do dzisiaj.
Prawdziwy kibic to taki, która rzecz jasna jest z klubem na dobre i na złe. Prawdziwym kibicem zostałem szybko, dramatycznie szybko. Kilka tygodni później Barcelona poznała smak największego w swej historii upokorzenia... 4:0 z Milanem w finale Ligi Mistrzów. To nie była porażka , to był pogrom. Ta zadra została wśród kibiców na wiele, wiele lat.
Na szczęście, zaraz potem był mundial w USA, chyba najlepszy jaki oglądałem. Romario, Stoichkov, Baggio, Hagi, piłkarskie ikony pokazały dlaczego futbol to najpiękniejsza ze wszystkich gier.
Życie kibica to nieustanny rolercoster. Raz na górze, raz na dole, w mgnieniu oka możesz spaść na sam dół. Pamiętny rok 94 to zmierzch ery Johana Cruyffa- genialnego piłkarza, a potem trenera, który jako pierwszy doprowadził Barcelonę na piłkarski parnas-do zdobycia Pucharu Mistrzów w 1992 r.
Potem bywało różnie. Najlepszy rok w karierze Ronaldo ( słynna bramka po dryblingu miedzy sześcioma piłkarzami ! ), holenderska kolonia van Gaala, prześwietna gra Figo, Rivaldo czy nieudane transfery Savioli, Riquelme i wielu, wielu innych. Raz było lepiej raz gorzej, ale to odwieczny wróg Real gromadził kolejne Puchary. Tymczasem szowinistyczny prezes Gaspart pogrążał klub coraz bardziej.
Odnowa przyszła nieoczekiwanie wraz z wygraniem wyborów na prezesa (tak, tak w Barcelonie prezesa wybierają kibice) przez młodego prawnika Joana Laportę. Gdy zastanawiał się kogo sprowadzić na Camp Nou, Beckhama czy Ronaldihno, ściskałem kciuki za tego drugiego. To był gracz z potencjałem, choć nie wiedziałem, że aż takim. Przyszedł Eto'o, Deco, z wieku juniora wyrósł Messi i w końcu kibice mogli oglądać wznoszony puchar.
Ten sezon miał być najlepszym w historii, a okazało się że jest zupełnie odwrotnie. Odpadnięcie z Ligi mistrzów, porażki w prestiżowych pojedynkach. I gdy kolejne mądre głowy rozprawiały o kryzysie, być może nawet o końcu Barcy Rijkaarda, w porywającym widowisku kolejny geniusz znowu dął o sobie znać. Tym razem geniusz młodego Argentyńczyka Leo Messiego. Kto oglądał sobotni mecz ten mógł zrozumieć dlaczego warto być kibicem. Gdy twoje drużyna grając w dziesiątkę remisuje, a mimo to atakuje, gdy piłkarze nie załamują się nawet po utracie gola, a najlepszemu piłkarzowi świata wyjątkowo nie idzie, gdy nawet ty nie masz już nadziei i nagle widzisz akcje która przechodzi do historii, to czujesz, że żyjesz. Miliony fanów poczuło to w sobotę i jestem pewny poczują to jeszcze nie raz.
Dlaczego pisze ten tekst, skoro to blog raczej polityczny? Również dlatego, że w polskich gazetach codziennych ciężko jest przeczytać coś chociażby przeciętnego o Barcelonie ( i nie tylko) W „Wyborczej" pisze Rafał Stec, który naprzemian żongluje kilkoma piłkarskimi truizmami i potrafi udowadniać nawet najbardziej kuriozalną tezę, byleby zaspokoić swe kabotyńskie ciągoty. W „Dzienniku" poziom tekstów o lidze hiszpańskiej ( i nie tylko ) jest żenująco niski, a Kamil Gapiński swą wiedzą raczej pasuje do „Faktu". „Rzeczpospolita" z kolei ma najlepszych dziennikarzy sportowych (Szczepłek, Rosiak, Bratkowski), ale sport jest tam traktowany aż tak po macoszemu, że wygląda to na jakiś sabotaż.
P.S.1. Nie obejdzie się jednak bez politycznego wtrętu. W weekendowej „Rzeczpospolitej" przy opisie niecnych antylustracyjnych praktyk szefostwa Wyborczej, dodano „wyciąg" z komentarzy popularnych blogerów. Był i Galba, i kataryna ( gratuluje), ale również polityk Samoobrony R.Czarnecki, dziennikarz "Faktu„ Łukasz Warzecha oraz blogerzy Mieczysław Nowacki, Łukasz Medeksza i Bumier. Zapewne przypadkiem na 7 blogerów wszyscy są prawicowi, prolustracyjni i rzecz jasna miłością do Wyborczej nie pałają. Największym kuriozum w tym rzetelnym komentarzu jest nazwanie Mieczysława Nowackiego autorem popularnego blogu- do tej pory popełnił aż 3 wpisy, 38 razy skomentował, sam otrzymał 24 komentarze. Zaiste oszałamiająca to popularność.
Galopuję sobie trochę po blogach i zauważyłem, że lustracyjny spór dzieli internautów prawie tak silnie jak dziennikarzy. Stąd moje zdziwienie takim zestawieniem w Rzeczpospolitej. Ale może galopuję nie po tych blogach co trzeba.
I tak sobie myślę, że nawet podjąłbym intelektualny wysiłek, aby zrozumieć głosy zwolenników ustawy lustracyjnej, ale jak ktoś mnie wali propagandowym obuchem w łeb, to ciężko mi się myśli.
P.S.2. Tak wiem, że Wyborcza zatrudnia Maleszkę, wali antylustracyjną propagandą po oczach, a przyrodni brat Adama Michnika to Stefan Michnik.
Uparty centrolewicowiec, niedogmatyczny liberał i gospodarczy i obyczajowy, skłaniający się raczej ku agnostycyzmowi, fan F.C. Barcelony choć nick upamiętnia Ferenca Puskasa gracza Realu Madryt email:
gamaj@onet.eu
About Ferenc Puskas: I was with (Bobby) Charlton, (Denis) Law and Puskás, we were coaching in a football academy in Australia. The youngsters we were coaching did not respect him including making fun of his weight and age...We decided to let the guys challenge a coach to hit the crossbar 10 times in a row, obviously they picked the old fat one. Law asked the kids how many they thought the old fat coach would get out of ten. Most said less than five. Best said ten. The old fat coach stepped up and hit nine in a row. For the tenth shot he scooped the ball in the air, bounced it off both shoulders and his head, then flicked it over with his heel and cannoned the ball off the crossbar on the volley. They all stood in silence then one kid asked who he was, I replied, "To you, his name is Mr. Puskás". George Best
His chosen comrades thought at school He must grow a famous man; He thought the same and lived by rule, All his twenties crammed with toil; 'What then?' sang Plato's ghost. 'What then?' Everything he wrote was read, After certain years he won Sufficient money for his need, Friends that have been friends indeed; 'What then?' sang Plato's ghost. 'What then?' All his happier dreams came true - A small old house, wife, daughter, son, Grounds where plum and cabbage grew, poets and Wits about him drew; 'What then.?' sang Plato's ghost. 'What then?' The work is done,' grown old he thought, 'According to my boyish plan; Let the fools rage, I swerved in naught, Something to perfection brought'; But louder sang that ghost, 'What then?' “What then”” William Butler Yeats
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka